Author Archives: kostrzu

Hakeem Olajuwon

Hakeem Olajuwon

Fun Fact: Quadruple-double zanotowano w meczu NBA tylko czterokrotnie, a jego autorzy w kolejności chronologicznej to Nate Thurmond, Alvin Robertson, Hakeem Olajuwon i David Robinson. Znajdziecie jednak wysoko pozycjonowane w wyszukiwarce Google źródła, które twierdzą, że poczwórnych wyników dwucyfrowych było pięć, a Hakeem odpowiedzialny był za dwie z nich.

Fantomowe quadruple-double Olajuwona miało miejsce 3 marca 1990 roku – 26 dni przed tym legitnym, rozpisanym na 18 punktów, 16 zbiórek, 10 asyst i 11 bloków w starciu z Milwaukee Bucks – i choć oficjalne było tylko przez trzy dni, najwyraźniej nie wykreślono go ze wszystkich annałów.

Gdy wybrzmiał ostatni gwizdek trzeciomarcowego pojedynku Rockets i Warriors, ówczesny Akeem miał w protokole meczowym wpisane 29 punktów, 18 zbiórek, 9 asyst i 11 bloków. Trener Don Chaney i PR’owiec Jay Goldberg zwietrzyli szansę na darmową reklamę dla klubu i natychmiast po zakończeniu meczu przejrzeli zapis wideo, ostatecznie znajdując rzekomą dziesiątą, przegapioną asystę. Protokół został uaktualniony i wynik poszedł w świat.

Nie tak szybko – powiedział wiceprezydent NBA, Rod Thorn.

Thorn sam obejrzał retransmisję i zarządził unieważnienie tej dziesiątej asysty. Mało tego, jak pisał wówczas Bob Ford z Philadelphia Inquirer, gdyby Olajuwon faktycznie miał dziewięć asyst w meczu z Dubs, Thorn zapewne pozwoliłby mu zachować wątpliwe quadruple-double. Źródła Forda twierdziły (tak jest – „Źródła” mieszały już w na samym początku lat dziewięćdziesiątych), że wiceprezydent naliczył nie dziewięć, a co najwyżej 6-7 asyst Nigeryjskiego środkowego. Oznacza to ni mniej, ni więcej, iż był to kolejny przykład na łatwość manipulacji protokołami meczowymi, którą wiele lat później nazwano „Efektem Nicka Van Exela” (long story short: pewien fan Lakers, który pracował jako statystyk Grizzlies, przypisał w 1997 roku 23 naciągane asysty Nickowi Van Exelowi, bo był zniechęcony nagminnymi przekłamaniami w protokołach i chciał sprawdzić czy dostanie burę za tak jaskrawe wypaczenie, ale – ha! – czekała go pochwała od wysoko postawionego działacza z Vancouver: „dobra robota Alex, dzięki temu na pewno pokażą nas jutro rano w SportsCenter!”).

Skoro asysty są najbardziej podatne na protokolarne przekłamania, jedynym bezpiecznym quadruple-double wydaje się to z października 1974 – Nate Thurmond do 22 punktów, 14 zbiórek i 12 bloków dodał 13 asyst i jest jedynym „kwadruplem”, który miał więcej niż równo 10 asyst.

Inne sprawa, że odpowiedzią dążącego do równowagi wszechświata na niesłusznie przyznane quadruple-double Olajuwona, jest niesłusznie nie przyznane quadruple-double Tima Duncana w szóstym meczu Finałów 2003…

PS: A tak zupełnie by the way – nie wiem, czy kliknęliście w link zaszyty pod cytatem z kanadyjskiego działacza, ale artykuł z Deadspina o rzekomo nagminnych przekłamaniach nadgorliwych protokolantów kończy się cudowną konkluzją:

Czy Scott Skiles naprawdę rozdał 30 asyst? Czy Elmore Smith naprawdę zablokował 17 rzutów w jednym meczu? Czy Don MacLean naprawdę grał w NBA, czy był tylko kolejnym przykładem fuszerki protokolanta?

LOWE dla dissu McCleana, bo dokładnie w tych rejonach ostatecznie błąkają się moje myśli, gdy pojawia się w nich drogowskaz z napisem Don MacLean (co pewnie dzieje się częściej niż u przeciętnego misia). Oficjalna errata do moich postanowień na 2019 rok to „zmierzyć się ze spuścizną Dona MacLeana”. Stay tuned, a na razie możecie przeczytać mój równie krótki, co niewybredny żart dotyczący jego twarzy.

Otagowane

Joe Kleine

Joe Kleine

Fun Fact: Jakie są najboleśniejsze przykłady straconych sezonów w latach 90? Większość przypada na dwuletnią przerwę w dominacji Bulls, bo wtedy najwięcej ekip „poczuło krew”. Knicks w 1994 i 1995. Magic w 1995. Suns i Sonics w 1994. Poza tamtym okienkiem: Celtics w 1990 (wyeliminowani przez coraz bardziej zawodne ciała Wielkiej Trójki), Knicks w 1993 (wyeliminowani przez Charlesa Smitha), Heat w 1998 i 1999 (wyeliminowani przez Knicks w pierwszej rundzie, jako – kolejno – druga i pierwsza drużyna konferencji).

Jestem jednak skłonny przyznać miano najboleśniejszego rozczarowania Phoenix Suns w 1995 roku.

Zaczęło się od wyjątkowego offseason – klub, który miał na widelcu późniejszych mistrzów NBA (2-0 przeciw Rockets w drugiej rundzie PO 1994, ale porażka po siedmiu meczach) i skład oparty o wciąż jeszcze dającego radę Charlesa Barkleya, Kevina Johnsona, Dana Majerle, A.C. Greena i Danny’ego Ainge’a, ściągnął do siebie – praktycznie za darmo – Danny’ego Manninga i Waymana Tisdale’a – oraz w drafcie wybrał, jak się miało okazać bardzo przydatnego, Wesleya Persona.

Danny Manning miał 28 lat i opinię jednego z największych talentów. Potrafił na boisku praktycznie wszystko i nie miał problemu z żadną rolą – potrafił być liderem, ale chętnie też stawał się zadaniowcem. Po latach straconych w beznadziejnych Clippers (i połowie sezonu w Hawks), był gotowy pokazać całej lidze swoją wszechstronność.

Zamiast wielkiego kontraktu wybrał jednak jednoroczną umowę od Suns, by mieć szansę powalczyć o tytuł jeszcze w swoim prime.

To może nie było wzmocnienie rzędu „KD-do-Warriors”, ale już „Boogie-do-Warriors” jak najbardziej. Dodajmy do tego pożytecznego Tisdale’a (także dostał bardzo niską, jednoroczną umowę), który przez sześć poprzednich lat dawał Kings średnio 18 punktów i 7 zbiórek w każdym meczu i mamy zespół gotowy na wszystko. Przed sezonem Magic i Suns byli bardzo gorącymi typami na finał.

Oczywiście zdrowie zaczęło odbierać Barkleyowi radość z gry, ale Manning miał go odciążać. Suns zaczęli sezon od bilansu 10-3, mimo iż w jedenastu meczach musieli sobie radzić bez Chuckstera. Danny nie miał problemu z rolą rezerwowego, która przypadła mu po powrocie Sir Charlesa do zdrowia. Po 46 meczach sezonu, ekipa z Arizony miała 36 zwycięstw i 10 porażek i wtedy – na jednym z treningów – nastąpił początek końca ich sezonu: Manning zerwał ACL. Fani Suns zobaczyli go ponownie w grze dopiero równy rok później.

Tak Phoenix prezentowało się w przedostatnim meczu Danny’ego w tamtym sezonie (nowy nabytek Słońc miał w nim 30 punktów, 14 zbiórek i 4 bloki):

Suns wygrali ostatecznie 59 spotkań, choć Kevin Johnson zagrał tylko o jeden mecz więcej niż Manning. KJ wrócił na playoffy i grał w nich fantastycznie – jego średnie z sezonu zasadniczego to 15 punktów i 8 asyst, a w playoffs – 25 punktów i 9 asyst (plus TAMTEN wsad na Olajuwonem), ale pozbawieni wsparcia boiskowego szwajcarskiego scyzoryka znów ulegli Rakietom w siedmiu meczach. Ja wiem, że serce mistrza i w ogóle, ale Houston byli wówczas do ogrania. Nie wierzę, że Suns trwonią przewagę 3-1 ze zdrowym Manningiem w składzie…

A jaka była w tym wszystkim rola Joe’ego Kleine’a?

W sezonie zasadniczym 42 razy wystąpił w pierwszej piątce, choć średnio na parkiecie spędzał niecałe 13 minut (jego 12.9 MPG to trzecia najniższa średnia minut gracza, który przynajmniej 41 razy zaczynał mecz od pierwszej minuty). W tym czasie rzucał nieco ponad 3 punkty i zbierał nieco ponad 3 piłki.

No i to na jego stopę nadepnął Danny Manning, gdy zerwał więzadło krzyżowe przednie…

Otagowane , ,

Vince Carter & Dirk Nowitzki

Vince Carter

Dirk Nowitzki

Fun Fact: Równo 20 lat temu rozpoczął się ostatni sezon lat dziewięćdziesiątych w NBA.

Załapali się na niego m.in. Vince Carter i Dirk Nowitzki, którzy w roku 2019 – wydającym się wówczas wymysłem twórców science-fiction – wciąż będą czynnymi koszykarzami NBA (wiem, w przypadku Dirka trochę przesadzam).

Trudno było się oprzeć właśnie takiemu karcianemu ujęciu tematu polokautowego, ograniczonego do 50 spotkań sezonu, choć miałem kilka innych pomysłów na symboliczną dla tamtego okresu kartę. Być może najlepsza byłaby karta Tima Duncana rzucającego nad Chrisem Webberem (ale tylko dlatego, że moją jedyną kartę Jasona Williamsa z tamtego sezonu już tu kiedyś wrzucałem), albo karta Latrella Sprewella, lub ewentualnie Marcusa Camby’ego blokującego rzut Kornela Davida. Scottie Pippen w barwach Houston Rockets też kojarzy się jednoznacznie. Można także było zestawić kartę Charlesa Oakleya w koszulce Raptors i Johna Starksa w koszulce Warriors, ale to chyba zbyt dziwne… Vince i Dirk to jednak równie dobre symbole, no i jakoś tak mniej człowiek się czuje starym ramolem, gdy uświadomi sobie, że pewne rzeczy się nie zmieniają nawet dwie dekady później…

A wiecie kto jeszcze zaczynał karierę równo 20 lat temu? Ci goście:

Michael Doleac

Matt Harpring

Otagowane , , ,

Kevin Willis

Kevin Willis

Fun Fact: Gdy Kevin Willis stracił cały sezon 88/89 z powodu kontuzji kolana, postanowił poświęcić wolny czas na rozpoczęcie kariery w wyuczonym na Michigan State University zawodzie – modzie i tekstyliach. Liga pomogła mu wkręcić się na staże i już wkrótce miał swoją własną markę odzieży. Firma Willis & Walker (jego wspólnikiem był – „był”, bo już nie ma nic wspólnego z interesem – kolega uniwersyteckiej drużyny, Ralph Walker) działa do dziś i oferuje ubrania projektowane i szyte z myślą o wysokich i bardzo wysokich panach. A pewnie też wysokich panach z krótkimi ramionami.

Zainteresowanie światem mody było – zwłaszcza w tamtej przeładowanej testosteronem erze NBA – dość nietypowe, ale zbudowany jak komiksowy superheros rysowany w latach dziewięćdziesiątych przez Roba Liefelda miał nieposzlakowaną opinię twardziela, która zawiera się nawet w genezie mistrzowskiej dynastii Bad Boys. Podobno Chuck Daly po jednym z meczów, w którym Pistons musieli zmagać się ze stalowymi mięśniami Willisa, zaczął narzekać, że jego podkoszowa formacja jest mało męska i w przerwie międzysezonowej swojego podstawowego power forwarda, Dana Roundfielda, wymienił na Ricka Mahorna. Reszta jest historią, która odmieniła losy całej ligi w równym stopniu co sukcesy Golden State Warriors w latach dziesiątych.

Christmas Fact: Za moment święta, ale ja zamiast klasyków w stylu „Cichej nocy” lub „Last Christmas” polecam jako ścieżkę dźwiękową do tych radosnych i spokojnych dni (których niniejszym życzę wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają!) „bangiera” pod tytułem „Hugs Not Drugs” w wykonaniu Tall Boys, czyli Kevina Willisa, Cliffa Levingstona, Tree Rollinsa i Jona Koncaka (uwaga, utwór niekompletny, nagle wskakuje irytujący dżingiel)…

Jakiż czas lepszy jest niż świąteczny czas, żeby przypomnieć, że przytulanie bliskich nam osób jest lepsze niż narkotyki? Przytulajmy się.

Otagowane

Mark Jackson

Mark Jackson

Creepy Fact: Właśnie powiększyła się ilość kart koszykarskich uwieczniających osoby, które pozbawiły życia inne osoby. Do kart Jaysona Williamsa, Mookie’ego Blaylocka i Javarisa Crittentona (choć Rudy Tomjanovich chciałby także zgłosić przynajmniej 3/4 karty Kermita Washingtona) dołączyła właśnie karta Marka Jacksona z serii 1990-91 Hoops. Spokojnie, pastor Jax nikogo nie zabił (choć mnie zawsze zabijał kreatywnością swoich asyst), za to dwaj goście siedzący na trybunach w tle już (najprawdopodobniej) tak…

Mark Jackson Menendez Brothers

Wirusową popularność w internecie zyskała ostatnio informacja, że dwaj młodzieńcy w pierwszym rzędzie MSG to Lyle i Erik Menendez – bracia, których świat (choć głównie USA) zna jako morderców swoich rodziców. Bracia Menendez zastrzelili z zimną krwią Josego i Kitty Menendez w sierpniu 1989 roku. Ponieważ początkowo nie uważano ich za podejrzanych, aresztowano ich dopiero w marcu 1990 roku. Przez te kilka miesięcy, mordercy z wielką finezją wydawali majątek rodziców, m.in. – najprawdopodobniej – na bilety w pierwszym rzędzie Madison Square Garden.

Słowo „najprawdopodobniej” padło już dwukrotnie, bo oczywiście mówimy o dość niewyraźnym zdjęciu, więc dopóki odsiadujący dożywocie bracia nie potwierdzą jego autentyczności, należy pamiętać o istniejącym marginesie błędu.

Tak czy siak, goście z karty są bardzo podobni do Menendezów, a zdjęcie Jacksona pochodzi z sezonu 89/90, który przypadł akurat na okres między morderstwem a aresztowaniem (mówiłem, że to creepy fact!) Lyle’a i Erika (którzy, przypominam, zajmowali się w tamtym czasie trwonieniem pieniędzy, a na co lepiej je trwonić, jak nie na pierwszy rząd na meczu Knicksów?).

Warta jakąś złotówkę karta oczywiście stała się hitem na eBayu i najbardziej niecierpliwi są dziś w stanie zapłacić za nią nawet i 35 dolarów.

Fun Fact: Mark Jackson bywał uwieczniany nie tylko w towarzystwie morderców. Oto na przykład Jax na plakacie ze Scottiem Pippenem

…a oto pamiątkowa fotka z kolanami Toma Chambersa

Otagowane

Duane Causwell

Duane Causwell

Fun Fact: Gdybym jesienią 1992 roku grał w Fantasy Basketball (ba, gdyby Fantasy Basketball w ogóle wtedy istniało), to zapewne chciałbym w którejś z późniejszych rund draftu postawić na Duane’a Causwella. Miał za pasem dwa sezony w NBA i – wydawało się – przełomowe rozgrywki, w których notował 8.0 PPG, 7.3 RPG oraz 2.7 BPG.

(Moja pierwsza dwunastka przed fantasy draftem wyglądałaby przed sezonem 92/93 następująco: David Robinson, Michael Jordan, Hakeem Olajuwon, Scottie Pippen, Charles Barkley, Karl Malone, Patrick Ewing, Clyde Drexler, John Stockton, Chris Mullin, Larry Johnson)

Niestety Causwell nigdy nie zrobił następnego kroku i choć w trzecim sezonie poprawił średnią punktową o 0.2, to w pozostałych kategoriach statystycznych już nigdy nie wzniósł się na tak obiecujący poziom. Miał swoją niszę jako spec od bloków i dzięki temu spędził w NBA aż 11 sezonów, ale nigdy nie wyszedł poza strefę komfortu jakim była dla niego rola zadaniowca i drugiego centra.

Pierwsze 7 lat kariery spędził w Sacramento (choć w sezonie 93/94 został oddany do Detroit Pistons, ale transfer nie doszedł do skutku z powodu oblanego przez Duane’a testu medycznego), a ostatnie 4 w Miami. Spędził na parkiecie NBA 9409 minut, blokując w tym czasie 767 rzutów. Rudy Gobert do dnia dzisiejszego rozegrał 9394 minuty i ma na koncie 729 czap, co daje nam pewne pojęcie o efektywności Causwella w tym elemencie (i jego miejscu w kolejce po czas gry).

Nie szukałem specjalnie usilnie informacji o tym, co Duane porabia na emeryturze, bo wystarczy mi w tym temacie jego nieudana próba sprzedania stacjom telewizyjnym własnego pomysłu na talent show – „America’s Top Baller”. Sądząc po klimacie zajawki promocyjnej z 2009 roku, ominął nas kawał kiepskiej koszykówki i jeszcze gorszej telewizji.

Otagowane

Nick Van Exel

Nick Van Exel

Fun Fact: Nick Van Exel w playoffach wyrobił sobie renomę i także w playoffach ją stracił.

Powyższa karta trafiła do obiegu po sezonie 94/95, który był dla Van Exela przełomowy. Jako drugoroczniak, w pierwszej rundzie playoffów przyćmił, mającego już wówczas na koncie dwa występy w Meczu Gwiazd, Gary’ego Paytona. Młodziutcy Lakers rozbili Sonics 3-1 (w decydującym meczu Nick The Quick miał 34 punkty, 9 asyst i 6 zbiórek, trafiając 7 razy za trzy punkty), a potem zmusili najlepszą drużynę sezonu regularnego do rozegrania sześciu meczów. Do takiej długości serii Van Exel przyłożył się dość bezpośrednio, bo był autorem game-winnera w meczu numer 5, tym samym zyskując miano gracza stworzonego do wyrównanych końcówek…

Łatka z napisem „clutch” była jednak zawsze nieco mniejsza od tej, na której widniał rysunek czerwonej flagi. Od czasu studiów w zadziorności Van Exela widziano potencjalne problemy wychowawcze. Głównie dlatego był dopiero dziesiątym pickiem w drugiej rundzie naboru do NBA. Jego niewyparzona buźka, odpały takie, jak popchnięcie sędziego (było to niemal równo rok po Playoffs 1995 i skończyło się zawieszeniem na 7 spotkań), a także konflikt z Delem Harrisem cementowały złą reputację.

To właśnie w trakcie playoffów, tych w 1997 roku, w czasie (przegranego) spotkania z Utah Jazz, ostentacyjnie zignorował chcącego zamienić z nim słowo coacha Jeziorowców, a potem opowiadał, że nie jest w stanie z Harrisem współpracować.

W 1998 roku, Lakers znów odpadli z post season po starciu z Utah Jazz i to bardzo boleśnie – po 0:4 w finałach konferencji. Wtedy to Van Exel zaprezentował wyjątkowo nietrafione poczucie humoru, które przypieczętowało jego karierę w Mieście Aniołów.

Po jednym z treningów – team z Los Angeles przegrywał wtedy już 0:2 – próbujący się zmotywować do odwrócenia losów serii zawodnicy zebrali się w kółku na środku boiska. Złączyli razem ręce i gdy zaczęli skandować „LAKERS! LAKERS! LAKERS!”, Nick dla żartu wykrzykiwał „CANCUN! CANCUN! CANCUN!”, czyli nazwę luksusowego kurortu, do którego wybierał się po sezonie – dla wielu osób jednoznaczny sygnał, że bardziej marzą mu się wakacje, niż gra w Finałach NBA. Wśród tych osób był Shaquille O’Neal (swoją drogą też nie słynący z najbardziej wyszukanego dowcipu), który całe zajście zreferował Jerry’emu Westowi, domagając się zdecydowanej reakcji. West się wściekł i równo miesiąc po ostatnim meczu półfinałów, świeżo upieczonego All-Stara opchnął do Denver praktycznie za darmo (Tony „Nie zagrałem w LA ani jednego meczu, bo wymieniono mnie na Travisa Knighta” Battie i Tyronn „Próg zwalniający” Lue).

Po przyjściu Phila Jacksona, Jeziorowcy zgarnęli trzy kolejne tytuły mistrzowskie, więc nie wypada ich sądzić, ale transfer Van Exela jest jednym z najgorszych w historii klubu, podobnie zresztą jak wymiana kolejnego młodego All-Stara z 1998 roku (Lakers mieli wtedy aż czterech reprezentantów w drużynie Zachodu) – Eddie’ego Jonesa. EJ’a oddano w trakcie polokautowych rozgrywek do Hornets (z Eldenem Campbellem) za starzejącego się Glena Rice’a, starego B.J.’a Armstronga i średniego niezależnie od wieku J.R.’a Reida.

W 1995 roku, zarówno Van Exel, jak i Jones wciąż jednak byli przyszłością Showtime’u, a tego pierwszego uważano nawet za siódmego najlepszego strzelca w całej lidze… przynajmniej według rewersu dzisiejszej karty:

To był ten moment, kiedy wskakiwanie na „bandwagon” Lakers było cool.

Otagowane

Mike Iuzzolino

Mike Iuzzolino

Fun Fact: Basketball Reference na swoim profilu facebookowym wrzuciło niedawno ciekawe zestawienie – listę drużyn, które w czasie jednego sezonu najczęściej przegrywały 20 punktami lub więcej…

Mavericks z sezonu 92/93 wygrali tylko 11 meczów i byli tak słabi, że Mike Iuzzolino spędził na boisku czwartą największą ilość liczbę minut w całym zespole… Ba, byli tak słabi, że Iuzzolino znalazł się w pierwszej, automatowej wersji gry NBA Jam, bo twórcy uznali, że jest drugim najbardziej ekscytującym zawodnikiem (pierwszy był Derek Harper).

Nieprzypadkowo tamte feralne dla Dallas rozgrywki były najlepszym sezonem w karierze wybranego z 35 numerem Draftu 1991 niziutkiego rozgrywającego – zaliczał średnio 8.7 PPG (co właściwie było wynikiem gorszym od 9.3 PPG z sezonu debiutanckiego) i 4.7 APG. To był też jego ostatni sezon. Choć w Mavs był pierwszym point guardem z ławki, nikt nie był zainteresowany podpisaniem z nim umowy latem 1993 i Mike’a już więcej w NBA nie widziano. Swoją koszykarską ojczyznę znalazł we Włoszech, gdzie grał jeszcze przez 10 kolejnych lat.

Wiele nie zdziałał w NBA, ale… ALE! Wiecie ilu koszykarzy w historii ligi zakończyło swój sezon debiutancki ze średnimi przynajmniej 9 punktów i 3.5 asysty na mecz, przy jednoczesnym trafianiu 45% rzutów z pola i 43% rzutów trzypunktowych (i rozegrali więcej niż 2 mecze, bo wtedy łapałby się też nauczyciel matematyki z Los Angeles Lakers, Andre Ingram)? Tylko dwóch. TYCH dwóch:

Query Results Table
Crit Crit Crit Crit Crit Tota Tota Per Per Per Per Per Shoo
Player Age Tm PTS AST FG% 3P% Season G GS MP FG FGA 3P 3PA TS%
Stephen Curry 21 GSW 17.5 5.9 .462 .437 2009-10 80 77 36.2 6.6 14.3 2.1 4.8 .568
Mike Iuzzolino 24 DAL 9.3 3.7 .451 .434 1991-92 52 21 24.6 3.1 6.8 1.1 2.6 .591
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 9/8/2018.

A wracając do tamtych beznadziejnych Mavericks, to ich trzon, oprócz wspomnianego Harpera, tworzyli Jim Jackson (który w swoim debiutanckim sezonie rozegrał tylko 28 meczów z powodu kontraktowego impasu) i Bond, Walter Bond (pick szóstej rundy draftu… CBA), Doug Smith (szósty najlepszy Doug w historii ligi wyprzedzany tylko przez Collinsa, Moe, Christie, Westa i Overtona), Terry Davis (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy poświęcone swojej osobie na tym blogu) i Sean Rooks (R.I.P.), a na ich – przeważnie no-name’owym – zapleczu można było znaleźć takie michałki jak Serb Radisav Curcic, który został upamiętniony na najmniej koszykarskiej z koszykarskich kart w historii (niestety nie mam jej w swojej kolekcji, więc skan – wyjątkowo – z internetu):

Otagowane , ,

Damon Stoudamire

Damon Stoudamire

Fun Fact: Najniższy w historii zwycięzca nagrody Rookie Of The Year nie jest aż tak bardzo znienawidzony w Toronto, jak Vince Carter, ale swego czasu równie boleśnie złamał serce kibiców Raptors. To bowiem on rozpoczął trend uciekania przy pierwszej okazji z Kanady, często poprzez wymuszone trade’y.

Damon ponad lojalność wobec klubu, który uczynił go swoim pierwszym w historii wyborem w drafcie, przedłożył lojalność wobec osoby, która pociągnęła wtedy za spust. Gdy Isiah Thomas opuścił Raptors jesienią 1997 roku (po nieudanej próbie kupienia zespołu i z powodu kiepskich relacji z ówczesnym właścicielem większościowym, Allanem Slaightem), Stoudamire niemal natychmiast zaczął wszem i wobec dawać do zrozumienia, że latem 1998 zmieni miejsce pracy jako wolny agent.

Gdy stało się pewne, że nie jest zainteresowany liderowaniem młodej i zdolnej, choć wygrywającej bardzo rzadko ekipie, Toronto zaczęło szukać partnera do wymiany. W tym Damon też nie pomagał, zniechęcając kolejnych kupców publicznymi deklaracjami na temat tego gdzie chciałby przedłużyć kontrakt, a gdzie nie.

W ten sposób lista chętnych zawęziła się do Knicks i Blazers. Ci pierwsi podobno źle ocenili stopień desperacji Dinozaurów i niespecjalnie próbowali osłodzić swoją wyjściową ofertę, która składała się z Chrisa Childsa, Chrisa Millsa, picku w pierwszej rundzie i gotówki. Zespół z Oregonu przelicytował ich (za pakiet zawierający Walta Williamsa i Carlosa Rogersa) Kennym Andersonem, Garym Trentem, Alvinem Williamsem, trzema pickami (dwa w pierwszej rundzie, obydwa zmarnowane na Bryce’a Drew i Mirsada Turkcana) i obietnicą partycypacji w kosztach kontraktu Andersona. Kenny zresztą w ogóle nie miał zamiaru grać w Kanadzie i pięć dni później powędrował (razem z Popeye’em Jonesem i Zanem Tabakiem) do Bostonu, za Chaunceya Billupsa, Dee Browna, Johna Thomasa i Roya Rogersa.

Jeszcze szybciej z Toronto uciekł trener Darrell Walker, który swoją rezygnację ogłosił tego samego dnia, kiedy transfer Damona Stoudamire’a stał się oficjalny.

„Nie mam problemu z trenowaniem drużyny ekspansywnej, ale chciałbym, aby na końcu tunelu było jakieś światło, a teraz go nie widzę.”

…powiedział Walker na do widzenia.

Stoudamire postawił na swoim, a niedługo potem dostał od Blazers duży kontrakt. Wygrywał dużo więcej meczów i współtworzył (choć w mniejszej boiskowej roli niż dotychczas) bardzo utalentowany zespół, który w pierwszych dwóch pełnych latach Damona w Oregonie meldował się w Finale Konferencji. Toksyczna atmosfera Jail Blazers i własne niefortunne decyzje pozaboiskowe sprawiły jednak, że po paru latach kolejne miasto opuszczał w niesławie.

Trzy wiosny temu doczekał się swoistego powrotu do korzeni, w czasie wideo-hołdu odtworzonego w hali Raptors z okazji dwudziestolecia drużyny…

…i trzeba przyznać, że choć w koszulce Blazers rozegrał ponad dwa razy więcej meczów, a tyle samo czasu, co w Toronto, spędził w Memphis, to tylko w trykocie z welociraptorem wygląda na swoim miejscu.

Gdyby został, miałby szansę stworzyć coś wyjątkowego razem z Tracym McGradym i Marcusem Cambym, którzy dołączyli do drużyny jeszcze za jego kadencji, a może i z Vince’em Carterem (jest spora szansa, że nawet z Damonem, sezon 97/98 potoczyłby się dla Raptors tak samo). Może przykład Stoudamire’a – młodej gwiazdy, która chciała grać w Toronto – natchnąłby do zostania i T-Maca, i VC?

Jedno jest pewne – Damon Stoudamire ugruntowałby swoją pozycję legendy koszykówki w Kanadzie. Jego numer już dawno wisiałby pod kopułą hali Raptors, a on na zawsze byłby tym gościem, który niemalże w pojedynkę nauczył Toronto kochać nowy sport, a resztę ligi – szanować Toronto. Byłby najmocarniejszą z myszy…

 

Otagowane

Rik Smits

Rik Smits

Fun Fact: Właśnie sobie uświadomiłem, że przez te wszystkie lata blogowej aktywności nie znalazłem jeszcze pretekstu, by wrzucić jedną z ikonicznych dla lat dziewięćdziesiątych akcji – bardzo riksmitsowego game-winnera Rika Smitsa z czwartego meczu Finałów Wschodu z 1995 roku…

Trzeba przyznać, że tamta dekada była urodzajna w playoffowe zwycięskie rzuty z półdystansu autorstwa centrów…

A wracając do Rika, to warto wspomnieć, że wspomniany game-winner był wisienką na torcie jego bodaj najlepszego sezonu.

Po latach hejtu ze strony własnych kibiców i lokalnych dziennikarzy, w rozgrywkach 94/95 zerwał ostatecznie z łatką gracza niegodnego drugiego picku w drafcie (co do tego hejtu, to prezydent Pacers, Donnie Walsh, powiedział kiedyś: „Nigdy nie widziałem, żeby nad jakimś zawodnikiem znęcano się aż tak bardzo. Nigdy. Fani go niszczyli, prasa go niszczyła, kolejni trenerzy go niszczyli. […] To trwało jakieś cztery czy pięć lat, ale Rik się nie zrażał”).

17.9 PPG to wynik, który potem pobił tylko raz (następny sezon zakończył ze średnią 18.5 punktu), a 7.7 RPG pozostało jego rekordem kariery (inna sprawa, że jak na kogoś o wzroście 224 centymetrów, nie był to wynik powalający). Pomógł awansować Pacers do finałów konferencji, dając im przeciętnie ponad 20 punktów w każdym meczu tamtego postseason, w tym 22.6 PPG na skuteczności 60% FG w serii przeciwko Patrickowi Ewingowi i Knicks (Pat miał wówczas osiągi na poziomie 19.3 PPG i 49.5% FG).

Co prawda większe sukcesy drużynowe osiągał w erze Larry’ego Birda, i wtedy też – w 1998 roku – został pierwszy i ostatni raz powołany do All-Star Game, ale „Peak Rik” to połowa lat 90. Szkoda, że jego prime storpedowały kontuzje. W rozgrywkach 95/96 opuścił prawie 20 meczów, a w kolejnych – po operacji obydwu stóp – 30.

Rozegrał potem jeszcze trzy sezony i na obolałych stopach przeszedł na emeryturę, na której oddał się swoim dwóm wielkim pasjom: motoryzacji (zbiera zabytkowe auta i motocykle, na tych drugich nawet wyczynowo jeżdżąc) oraz kolekcjonowaniu wszystkiego co jest związane ze… Strusiem Pędziwiatrem.

Fun Fact #2: Dopiero teraz zauważyłem, że Rik nie grał przez całą karierę z numerem 45. Od debiutu w lidze do 1992 roku biegał z 24-ką, bo 45 widniało na koszulce Chucka Persona.

Otagowane