Tag Archives: bardzo biali ludzie

Chris Corchiani

Chris Corchiani

Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 36. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Chris Corchiani to trochę taki Mike Iuzzolino.

Otagowane ,

Uwe Blab

Uwe Blab

Fun Fact: Gdy ostatnim razem Uwe Blab gościł na łamach tego bloga, ograniczyłem się właściwie do zauważenia, że się śmiesznie nazywa (swoją drogą, chciałbym – w imię podtrzymania częstotliwości publikowania postów – wrócić do takich krótkich, durnych notek). Mam jednak w zanadrzu nieco bardziej rozbudowaną sylwetkę tej postaci, którą kiedyś opublikowałem w serwisie Z Krainy NBA jako część cyklu „Pozdro Retro”, a którą – wobec zniknięcia oryginału z Internetu – chciałbym teraz utrwalić na tych łamach…

Fun Fact Właściwy: W tym samym roku, w którym Detlef Schrempf rozpoczynał swoją niezwykle udaną karierę w NBA, do ligi trafił inny Niemiec, Uwe Blab.

Schrempf i Blab w tym samym sezonie trafili nie tylko do NBA, ale do tej samej drużyny. Detlef został wybrany z ósmym numerem Draftu 1985, a Uwe – z 17. Obydwaj Niemcy mieli za sobą pełną sukcesów karierę w NCAA, a wysoka pozycja Blaba była efektem solidnej gry dla Bobby’ego Knighta i Indiana University.

Fani Mavs latem 1985 wierzyli, że ich drużynie brakuje tylko centra, by stać się pełnoprawnym członkiem elity ligowej i z wyboru Blaba cieszyli się nawet bardziej niż Schrempfa. Los miał jednak pokazać, że na tamtym naborze Dallas nie zyskało zupełnie nic – Detlef formę odnalazł dopiero po przejściu do Indiany, a wybór Blaba, a jeden pick przed nim – Billa Wenningtona, jest po dziś dzień uznawany za jedną z najgorszych sekwencji kolejnych wyborów przez jedną drużynę.

Uwe wytrzymał w lidze tylko 5 lat, bo nie potrafił właściwie wykorzystać swoich 218 centymetrów, a na dodatek nigdy tak naprawdę koszykówka nie była dla niego najważniejsza. Pierwszy raz z tym sportem zetknął się w telewizji, oglądając film „Latający profesor”…

…ale tak naprawdę dowiedział się o co chodzi w wieku 15 lat, gdy namawiany przez siostrę spróbował swoich sił na parkiecie. Od tego czasu grywał dość okazjonalnie, ale jego klub z Monachium spotkał się kiedyś z amerykańską amatorską drużyną rozgrywającą cykl sparingów w Europie. Ojciec jednego z jej graczy zaproponował 17-letniemu Uwe i jego rodzinie przeprowadzkę do Stanów, gdzie Blab mógłby szlifować umiejętności pod okiem tamtejszych trenerów. Uniwersytecką przygodę z koszykówką zaliczył też jego brat, Olaf Blab, który dostał się do składu Illinois.

Ten ruch oczywiście się opłacał i pozwolił zarobić Uwe około miliona dolarów, który później miał się okazać bardzo przydatny w układaniu sobie reszty życia, ale Blab nie pracował wystarczająco ciężko, aby dokonać czegoś więcej niż po prostu być w składzie drużyny NBA. Przed ostatnim sezonem jego kontraktu z Mavericks, Blab stanął przed szansą awansu w hierarchii drużynowej, bo rok wcześniej ogarnął się na tyle, by stać się de facto pierwszym rasowym centrem na ławce (choć w praktyce na środku grywał też nominalny power forward, Roy Tarpley). Zamiast iść za ciosem, spędził całe lato na podróżowaniu w ramach miesiąca miodowego, co wypomina sobie do dziś.

Kolejny dowód, że Blabowi po prostu nie zależało wystarczająco mocno – jeszcze jako gracz NBA znalazł sobie drugą pracę i w wakacje dorabiał jako programista w Texas Instruments, wykorzystując matematyczną i komputerową wiedzę, którą zdobył w college’u i która była jego prawdziwą pasją.

Kariera w NBA (potem grał jeszcze 3 lata w Europie, w tym razem z bratem Olafem w ALBIE Berlin) Uwe Blaba zakończyła się w 1990 roku po sezonie spędzonym w Golden State (40 meczów, w tym nawet 33 w pierwszej piątce, choć z ledwie 12 minutami w meczu i tak samo mizernymi jak zawsze wynikami – około 2 punktów i 2 zbiórek) i San Antonio (7 meczów). Do Spurs trafił na mocy transferu, który Bill Simmons po latach nazwał najwspanialszą i najbardziej niewytłumaczalną wymianą jeden-za-jednego w historii trade deadline – zamienił się miejscami z innym niespełnionym Niemieckim wieżowcem – Christianem Welpem.

Egzotyka Uwe – bardzo wyraźna w znacznie mniej otwartej na świat NBA lat 80. – oraz ponadczasowa egzotyka samego jego imienia i nazwiska oraz zawsze kultowy status drewnianego dryblasa grzejącego ławę – to wszystko (a rude włosy pewnie pomogły) sprawia, że Blab pamiętany jest dziś bardziej, niż zasługuje na to statystyczny gość z pięcioletnim, mało udanym stażem w NBA.

Próbowałem znaleźć jakiś stosowny do tematu highlight, ale niestety natrafiłem tylko na zapis Uwe Blaba, któremu Larry Bird zakłada „siatę” (choć może właśnie to jest stosowny highlight?):

Dziś Uwe (którego w 2010 roku spotkała ogromna tragedia – jego 19-letni syn Chris w trakcie bójki uderzył się w głowę i zmarł) nadal mieszka w Teksasie i nadal pracuje w branży komputerowej. Czyli karierę wybrał chyba właściwą…

Otagowane ,

Tim Kempton

Tim Kempton

Fun Fact: Tim Kempton to taki Brian Scalabrine dla średnio zamożnych. Rudy dryblas, który w grze miał tyle finezji, że aż dziwne, iż w kółko nie mówił „I am Groot”, ale udało mu się przez kilka lat zahaczać w składach drużyn NBA. O ile jednak na początku kariery – w trzech pierwszych sezonach (przeplecionych roczną przygodą z ligą włoską) – miał miejsce w rotacji swoich drużyn (a byli to, kolejno, Clippers, Hornets i Nuggets), tak później zaliczał już tylko role epizodyczne. W sezonie 1992/93 (czyli po kolejnej, tym razem dwuletniej przygodzie z ligą włoską) był czwartym wysokim wicemistrzów NBA, Phoenix Suns i występował po 5 minut w 30 meczach (ale w składzie playoffowym już się nie znalazł), ale ilość spotkań jakie zaliczał w kolejnych sezonach była już znikoma (kolejno: 13 – Hornets i Cavs, 0 – francuska, 3 – Hawks, 10 – Spurs, 8 – Magic i Raptors).

W rezultacie spuścizna Kemptona to michałki pozaboiskowe:

– w tekście Robesa Pattona z 1995 roku o modzie na tatuaże w NBA, Danny Ainge (który grał z naszym bohaterem w Suns) zdradził, że Kempton na pośladku wytatuowanego Diabła Tasmańskiego;

– w czasach gry w Charlotte, Kempton zjadł Whoppera jednym kęsem…

– technicznie poza boiskiem był także wtedy, gdy wziął udział w swojej najsłynniejszej akcji:

W takiej sytuacji nic więc dziwnego, że jego „highlight reel” na YouTube’ie wygląda tak:

Niehumorystyczne montaże nie są jednak dla Tima dużo bardziej łaskawe. Druga dostępna na YT składanka jego zagrań zawiera przybijanie piątek, poprawianie spodenek, dwa rzuty wolne, faul na Timie, kolejny rzut wolny, asystę do Rexa Chapmana, podkoszowe pudło i samobójczą dobitkę przeciwnika, zupełnie zwykły layup przyćmiony efektowną asystą Chapmana i jeszcze jedno dość zwykłe umieszczenia piłki w koszu:

Łaskawe niech mu będzie za to długie życie w zdrowiu czego Timowi, pracującemu od wielu lat jako komentator meczów Suns, życzę dziś z okazji 56. urodzin.

Otagowane ,

Danny Schayes

Danny Schayes

Fun Fact: Napisałem w swoim życiu wiele bzdur. Na tym blogu znajdziecie ich mnóstwo, bo wiele opowiadanych tutaj historii bazuje na plotkach, miejskich legendach i Jaysonie Williamsie.

Jeden mój błąd jest jednak szczególnie gruby. Napisałem kiedyś, że…

„Oprócz bycia jednym z najbardziej białych ludzi jacy grali w NBA w latach 90. i jednego z najgorszych wykonawców rzutów wolnych (48% w karierze), Danny Schayes jest też jednym z trzech najlepszych żydowskich koszykarzy w historii, obok swojego ojca Dolpha i, cóż, Amar’e Stoudemire’a.”

Pierwszej i ostatniej tezy wciąż będę bronił, ale skąd wziąłem tę środkową, nie mam pojęcia (pewnie w końcu wyedytuję ten wpis, ale najpierw chciałbym swój błąd udokumentować). Danny Schayes miał bowiem w swojej karierze skuteczność z osobistych na poziomie 80%, co jest doskonałym wynikiem jak na centra. Nie mam pojęcia o chodzi z tymi 48 procentami, ale widocznie musiałem Danny’ego pomylić z Chrisem Dudleyem. Schayes musiał być przecież świetny z wolnych, bo to była też specjalność jego ojca, który trzykrotnie przewodził w tym elemencie całej NBA.

W ogóle Dolph Schayes to była ciekawa postać. Był pionierem gry przodem do kosza i rzucania z dystansu z pozycji silnego skrzydłowego, mistrzem NBA z 1955 roku, 12-krotnym All-Starem i członkiem drużyn All-NBA, wyróżnionym włączeniem do Hall Of Fame i grona 50 najlepszych zawodników wybranych na 50-lecie ligi. Zmarły cztery lata temu Dolph (który gdy złamał prawy nadgarstek, po prostu nauczył się grać lewą ręką), dbał by pamięć o jego dokonaniach nie zaginęła – podczas każdej rozmowy o koszykówce fundował interlokutorowi szybki quiz wiedzy, w którym prawidłową odpowiedzią było zawsze „Dolph Schayes”. Tak przynajmniej wspomina to Danny.

„Dolph Schayes” to także odpowiedź na pytanie: „Który ojciec zawodnika NBA wszczął bójkę w trakcie meczu jego syna?” 4 maja 1997 roku, Dolph był na trybunach hali Miami Heat, gdy podejmowali Orlando Magic z Dannym w składzie. Gdy w trakcie trzeciej kwarty Burnie, maskotka Heat, opryskał wodą kilku fanów, papa Schayes wstał i przywalił mu pięścią. Dolpha musiała uspokoić ochrona, która eskortowała Burnie’ego na bezpieczną odległość.

„Strzelał w nas wodą. […] Myślą, że to śmieszne? To koszykówka, więc po prostu grajmy w koszykówkę.”

mówił potem Schayes, którego od 69. urodzin dzieliły raptem dwa tygodnie.

Co do Danny’ego, to jest znacznie mniej pytań dotyczących historii ligi, w których jest dobrą odpowiedzią, ale grał aż 18 sezonów, więc przewijał się w tle różnych wydarzeń.

W finałach konferencji zachodniej z 1985 roku przyduszał go Kareem (za co wyleciał z boiska).

To nad jego rękami Mario Elie trafił wygrywający serię rzut nazwany potem „pocałunkiem śmierci”.

W meczu poprzedzającym bójkę jego starego z maskotką uprzykrzał życie Alonzo Mourningowi tak skutecznie, że ten w szatni zaczął wyżywać się na dziennikarzach, nie przebierając przy tym w słowach (to była pierwsza runda playoffs, a Danny i Magic, rozstawieni wówczas z numerem 7, wyrównali właśnie stan serii na 2-2… Richard O’Brien pisał wtedy w Sports Illustrated, że w sondzie/rankingu dostępnym na stronie „Famous Jews–Interactive”, Schayes po tym meczu dostał tyle głosów, że awansował z 73 na 23 pozycję).

Schayes jako wieloletni członek składu Nuggets, załapał się też na legendarny mecz z Pistons zakończony największą łączoną zdobyczą punktową w historii. W starciu, w którym rzucono 370 punktów, Danny oddał tylko jeden – niecelny – rzut z gry, za to trafił 11 z 12 rzutów wolnych… co sprawia, że tym bardziej jest mi głupio za tę pomyłkę ze starego posta…

Otagowane ,

Chris Dudley

Chris Dudley

Fun Fact: Cytat z Wikipedii… albo z Nagłowków nie do ogarnięcia:

W październiku 2018 podano do wiadomości, że we wrześniu 1985 roku, Chris Dudley i obecny sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, Brett Kavanaugh, wzięli udział w bójce barowej z mężczyzną, który wyglądał jak Ali Campbell, wokalista UB40.

Cudne.

Kusi mnie, żeby pozwolić temu zdaniu wybrzmieć i rzucić mikrofon…

…ale w sumie warto krótko rozwinąć temat.

Sprawa wypłynęła przy okazji nominacji Kavanaugh do Sądu Najwyższego. Oskarżano go bowiem o próbę gwałtu gdy był jeszcze studentem, a barowy incydent był jednym wielu z przykładów, że w tamtych czasach przesadzał z alkoholem i agresją (czemu sędzia Sądu Najwyższego wcześniej zaprzeczał zeznając pod przysięgą).

Dudley – kumpel Kavanaugh z uniwerku Yale – w samej aferze ma mały udział, ale w bójce już znacznie większy.

Panowie poszli razem na koncert UB40 a imprezę postanowili kontynuować w barze. Tam ich uwagę przykuł jeden z gości, wyglądający – ich zdaniem – jak wokalista reggae’owej kapeli. Sobowtór Aliego Campbella poczuł się nieco nieswojo w towarzystwie bezpardonowo gapiących się pijanych kolesi (z których jeden miał 210 centymetrów wzrostu) i zwrócił im uwagę, podkreślając wagę swoich słów wulgaryzmem. Sprowokowany Kavanaugh rzucił w niego piwem (są różne wersje tego, co zrobił przyszły sędzia, ale taką akurat wersję przedstawia świadek wydarzeń, grający z Dudleyem w reprezentacji Yale, Chad Ludington), mężczyzna wyprowadził cios i panowie zaczęli zapasy w kałuży złotego napoju. I wtedy do imprezy dołączył Chris Dudley, ochoczo – jakby chodziło o przepychankę w walce o zbiórkę – rozbijając butelkę na głowie „wokalisty UB40”. Cytując Ludingtona, „była krew, było szkło, było piwo i było trochę darcia się, aż przyjechała policja”.

Kilka lat później, Chris Dudley pomylił z Alim Campbellem Chrisa Corchianiego…

Najzabawniejsze jest to, że doczekaliśmy się oświadczenia od samego Aliego Campbella, który na wszelki wypadek potwierdził w rozmowie z „Guardianem”, że to nie on został poturbowany przez późniejszego gracza NBA i późniejszego sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda Ali Campbell w barze, oto dość wierne odwzorowanie tamtego październikowego wieczoru z 1985 roku, tyle że zamiast pękającej butelki mamy pękające serce, a zamiast krwi – czerwone czerwone wino…

Otagowane ,

Joe Kleine

Joe Kleine

Fun Fact: Jakie są najboleśniejsze przykłady straconych sezonów w latach 90? Większość przypada na dwuletnią przerwę w dominacji Bulls, bo wtedy najwięcej ekip „poczuło krew”. Knicks w 1994 i 1995. Magic w 1995. Suns i Sonics w 1994. Poza tamtym okienkiem: Celtics w 1990 (wyeliminowani przez coraz bardziej zawodne ciała Wielkiej Trójki), Knicks w 1993 (wyeliminowani przez Charlesa Smitha), Heat w 1998 i 1999 (wyeliminowani przez Knicks w pierwszej rundzie, jako – kolejno – druga i pierwsza drużyna konferencji).

Jestem jednak skłonny przyznać miano najboleśniejszego rozczarowania Phoenix Suns w 1995 roku.

Zaczęło się od wyjątkowego offseason – klub, który miał na widelcu późniejszych mistrzów NBA (2-0 przeciw Rockets w drugiej rundzie PO 1994, ale porażka po siedmiu meczach) i skład oparty o wciąż jeszcze dającego radę Charlesa Barkleya, Kevina Johnsona, Dana Majerle, A.C. Greena i Danny’ego Ainge’a, ściągnął do siebie – praktycznie za darmo – Danny’ego Manninga i Waymana Tisdale’a – oraz w drafcie wybrał, jak się miało okazać bardzo przydatnego, Wesleya Persona.

Danny Manning miał 28 lat i opinię jednego z największych talentów. Potrafił na boisku praktycznie wszystko i nie miał problemu z żadną rolą – potrafił być liderem, ale chętnie też stawał się zadaniowcem. Po latach straconych w beznadziejnych Clippers (i połowie sezonu w Hawks), był gotowy pokazać całej lidze swoją wszechstronność.

Zamiast wielkiego kontraktu wybrał jednak jednoroczną umowę od Suns, by mieć szansę powalczyć o tytuł jeszcze w swoim prime.

To może nie było wzmocnienie rzędu „KD-do-Warriors”, ale już „Boogie-do-Warriors” jak najbardziej. Dodajmy do tego pożytecznego Tisdale’a (także dostał bardzo niską, jednoroczną umowę), który przez sześć poprzednich lat dawał Kings średnio 18 punktów i 7 zbiórek w każdym meczu i mamy zespół gotowy na wszystko. Przed sezonem Magic i Suns byli bardzo gorącymi typami na finał.

Oczywiście zdrowie zaczęło odbierać Barkleyowi radość z gry, ale Manning miał go odciążać. Suns zaczęli sezon od bilansu 10-3, mimo iż w jedenastu meczach musieli sobie radzić bez Chuckstera. Danny nie miał problemu z rolą rezerwowego, która przypadła mu po powrocie Sir Charlesa do zdrowia. Po 46 meczach sezonu, ekipa z Arizony miała 36 zwycięstw i 10 porażek i wtedy – na jednym z treningów – nastąpił początek końca ich sezonu: Manning zerwał ACL. Fani Suns zobaczyli go ponownie w grze dopiero równy rok później.

Tak Phoenix prezentowało się w przedostatnim meczu Danny’ego w tamtym sezonie (nowy nabytek Słońc miał w nim 30 punktów, 14 zbiórek i 4 bloki):

Suns wygrali ostatecznie 59 spotkań, choć Kevin Johnson zagrał tylko o jeden mecz więcej niż Manning. KJ wrócił na playoffy i grał w nich fantastycznie – jego średnie z sezonu zasadniczego to 15 punktów i 8 asyst, a w playoffs – 25 punktów i 9 asyst (plus TAMTEN wsad na Olajuwonem), ale pozbawieni wsparcia boiskowego szwajcarskiego scyzoryka znów ulegli Rakietom w siedmiu meczach. Ja wiem, że serce mistrza i w ogóle, ale Houston byli wówczas do ogrania. Nie wierzę, że Suns trwonią przewagę 3-1 ze zdrowym Manningiem w składzie…

A jaka była w tym wszystkim rola Joe’ego Kleine’a?

W sezonie zasadniczym 42 razy wystąpił w pierwszej piątce, choć średnio na parkiecie spędzał niecałe 13 minut (jego 12.9 MPG to trzecia najniższa średnia minut gracza, który przynajmniej 41 razy zaczynał mecz od pierwszej minuty). W tym czasie rzucał nieco ponad 3 punkty i zbierał nieco ponad 3 piłki.

No i to na jego stopę nadepnął Danny Manning, gdy zerwał więzadło krzyżowe przednie…

Otagowane , ,

Mike Iuzzolino

Mike Iuzzolino

Fun Fact: Basketball Reference na swoim profilu facebookowym wrzuciło niedawno ciekawe zestawienie – listę drużyn, które w czasie jednego sezonu najczęściej przegrywały 20 punktami lub więcej…

Mavericks z sezonu 92/93 wygrali tylko 11 meczów i byli tak słabi, że Mike Iuzzolino spędził na boisku czwartą największą ilość liczbę minut w całym zespole… Ba, byli tak słabi, że Iuzzolino znalazł się w pierwszej, automatowej wersji gry NBA Jam, bo twórcy uznali, że jest drugim najbardziej ekscytującym zawodnikiem (pierwszy był Derek Harper).

Nieprzypadkowo tamte feralne dla Dallas rozgrywki były najlepszym sezonem w karierze wybranego z 35 numerem Draftu 1991 niziutkiego rozgrywającego – zaliczał średnio 8.7 PPG (co właściwie było wynikiem gorszym od 9.3 PPG z sezonu debiutanckiego) i 4.7 APG. To był też jego ostatni sezon. Choć w Mavs był pierwszym point guardem z ławki, nikt nie był zainteresowany podpisaniem z nim umowy latem 1993 i Mike’a już więcej w NBA nie widziano. Swoją koszykarską ojczyznę znalazł we Włoszech, gdzie grał jeszcze przez 10 kolejnych lat.

Wiele nie zdziałał w NBA, ale… ALE! Wiecie ilu koszykarzy w historii ligi zakończyło swój sezon debiutancki ze średnimi przynajmniej 9 punktów i 3.5 asysty na mecz, przy jednoczesnym trafianiu 45% rzutów z pola i 43% rzutów trzypunktowych (i rozegrali więcej niż 2 mecze, bo wtedy łapałby się też nauczyciel matematyki z Los Angeles Lakers, Andre Ingram)? Tylko dwóch. TYCH dwóch:

Query Results Table
Crit Crit Crit Crit Crit Tota Tota Per Per Per Per Per Shoo
Player Age Tm PTS AST FG% 3P% Season G GS MP FG FGA 3P 3PA TS%
Stephen Curry 21 GSW 17.5 5.9 .462 .437 2009-10 80 77 36.2 6.6 14.3 2.1 4.8 .568
Mike Iuzzolino 24 DAL 9.3 3.7 .451 .434 1991-92 52 21 24.6 3.1 6.8 1.1 2.6 .591
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 9/8/2018.

A wracając do tamtych beznadziejnych Mavericks, to ich trzon, oprócz wspomnianego Harpera, tworzyli Jim Jackson (który w swoim debiutanckim sezonie rozegrał tylko 28 meczów z powodu kontraktowego impasu) i Bond, Walter Bond (pick szóstej rundy draftu… CBA), Doug Smith (szósty najlepszy Doug w historii ligi wyprzedzany tylko przez Collinsa, Moe, Christie, Westa i Overtona), Terry Davis (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy poświęcone swojej osobie na tym blogu) i Sean Rooks (R.I.P.), a na ich – przeważnie no-name’owym – zapleczu można było znaleźć takie michałki jak Serb Radisav Curcic, który został upamiętniony na najmniej koszykarskiej z koszykarskich kart w historii (niestety nie mam jej w swojej kolekcji, więc skan – wyjątkowo – z internetu):

Otagowane , ,

Cherokee Parks

Cherokee Parks

Fun Fact: Do drabiny, która jest motywem przewodnim drugiej serii 1995-96 Upper Deck Collector’s Choice jeszcze kiedyś wrócimy, a na razie skupmy się na gościu, który na powyższym obrazku próbuje się po niej wspiąć (SPOILER ALERT: nie uda mu się).

Znacie go jako typowego, niewiele wnoszącego białasa z NBA. Coś tam słyszeliście o jego zamiłowaniu do tatuaży (miał swego czasu na plecach wytatuowaną paszczę, która otwierała się, gdy Parks się schylał), być może też o jego siostrze – basistce punkowej, ale ogólnie miał tak nieciekawy dorobek boiskowy, że zapobiegł zapadnięciu na dłużej w pamięć nawet tak nietuzinkowej postaci.

Do ligi trafił z uniwerku Duke, gdzie najpierw znęcał się nad nim buc Christian Laettner (którego niby miał być drugim wcieleniem), potem cień rzucał nań Grant Hill, a gdy wreszcie Parks został niekwestionowaną opcją numer jeden, „poprowadził” swoją szkołę do jednego z najgorszych sezonów w historii (po dziś dzień jedyny ujemny bilans i brak awansu do NCAA Torunament po 1983 roku).

Pokazał jednak wystarczająco dużo, żeby Mavericks wykorzystali na niego swój 12 pick w Drafcie 1995. Tam z kolei pokazał wystarczająco mało, by po roku Teksańczycy opchnęli do Minneapolis w zamian za zmianę zabezpieczeń na picku pozyskanym w 1994 roku w ramach transferu Sean Rooksa

W drugim sezonie w koszulce Wolves dostał szansę gry w pierwszej piątce, którą… cóż… wykorzystał, o ile wykorzystaniem szansy można określić średnie na poziomie 7.1 PPG i 5.5 RPG. Minnesota jakoś specjalnie się nimi nie jarała i rozwiązała kontrakt z Parksem.

I wtedy przyszedł lokaut, który zaważył na dalszej karierze Cherokee’ego.

Niejeden zawodowiec wracał wówczas do gry na lokautowej tarczy (patrz: Kemp, Shawn), a dla Parksa był to moment, w którym uznał, że sportowy tryb życia czyni go nieszczęśliwym. Pojechał wówczas do rodzinnego miasta w Kalifornii i rozpoczął imprezowy ciąg, który w zasadzie trwał przez kilka następnych lat, przerywany bardzo rzadko, w tym m.in. po to, żeby podpisać nowy kontrakt z Vancouver Grizzlies.

W Kanadzie zasłynął tym, że spędzał więcej czasu w klubach ze striptizem niż na treningach. Po latach przyznał, że w offseason praktycznie nie dotykał piłki, a jak nie hulał, to leżał przed telewizorem. Jego ostatnią kampanią był sezon 2003/04, który zakończył przedwcześnie w grudniu, po zwolnieniu przez Golden State Warriors. Były drużyny zainteresowane jego usługami, ale on grzecznie odmówił. Z ulgą zostawił za sobą karierę sportową i otworzył punk rockową spelunę.

Tam właśnie zastało go oświecenie, że źle zdiagnozował swój życiowy problem i zatęsknił za koszykówką.

Próbował comebacku w 2011 roku, podpisując kontrakt z francuskim ligowcem. Wkrótce okazało się jednak, że jest chory i przeszedł operację na otwartym sercu, kończącą jego marzenia o powrocie na parkiet, ale nie o powrocie do NBA.

Dziś Parks pracuje w biurze ligi w Nowym Jorku, do którego dostał się dzięki programowi stażów dla byłych graczy. Podobno jest niezwykle podekscytowany, w tym takimi rzeczami jak nauka obsługi Excela, bo odnalazł w nich to, czego zawsze w jego życiu brakowało – porządek, system i jasny plan działania.

Rzucił pracę w rockowej knajpie i wyjechał pracować w korporacji?

A co, spodziewaliście się, że gość imieniem Cherokee zrobi coś zgodnie z utartymi schematami?

Otagowane ,

Michael Smith

Michael Smith

Fun Fact: Najwięcej złego dla kariery Michaela Smitha (nie, nie tego Michaela Smitha) zrobił Red Auerbach, który w 1989 roku uparł się (na przekór m.in. właścicielowi klubu), żeby trzynasty pick w drafcie – nagrodę za sezon stracony przez kontuzję Larry’ego Birda (zagrał tylko w 6 meczach, Celtics mieli bilans 42-40) – wykorzystać właśnie na niego, zamiast Tima Hardawaya (to właśnie jego chciał Alan Cohen, właściciel) lub Shawna Kempa. Na tym jednak nie poprzestał, beztrosko rzucając po wyborze, że Smith „ma wiele wspólnego z Larrym Birdem – mamy nadzieję”.

I tak przylgnęła do niego łatka „Birda dla ubogich” (choć można było zrozumieć o co chodziło Redowi – Michael był wysokim skrzydłowym, który na uczelni zdobywał dużo punktów – w tym z dystansu – zbierał, podawał… wypisz, wymaluj, kolejna nadzieja białych).

Resztę złego dla kariery Michaela Smith zrobił już on sam. Na obóz przygotowawczy dotarł bez formy, przez co szybko złapał kontuzję, tracąc szansę na zaznajomienie się z nową sytuacją i udowodnienie swojej wartości. Gdy jesteś debiutantem w legendarnej drużynie celującej w mistrza, w której na Twojej pozycji grają Bird, Kevin McHale a nawet, czasami, Reggie Lewis, to trudno w trakcie sezonu zdobyć zaufanie trenera. Dodatkowo – słusznie lub niesłusznie, nie wiem, nie znam człowieka – przylgnęła do Smitha łatka gracza mało ambitnego, który w oczach trenerów nie starał się wystarczająco mocno. Jeśli dodać do tego boiskową opinię – nie umiejącego bronić samoluba – nic dziwnego, że po dwóch sezonach w Bostonie (w żadnym nie grywał średnio nawet po 10 minut w meczu), został zwolniony i do NBA już nie wrócił, nie licząc 29 meczów dla Clippers w rozgrywkach 94/95.

Ale na jeden z fajniejszych celtyckich highlightów lat 90. się załapał, nawet jeśli tylko w roli drugoplanowej…

 

Otagowane ,

Blair Rasmussen

Blair Rasmussen

Fun Fact: Tak w gruncie rzeczy, to nie da się na Blaira Rasmussena powiedzieć niczego jednoznacznie złego.

W college’u (Oregon) był gwiazdą, a w NBA solidnym zmiennikiem na centrze, który gdy dostał szansę regularnych występów w pierwszej piątce, był liderem swojej drużyny w zbiórkach i blokach. To był sezon 90/91, szósta zawodowa kampania naszego bohatera, a średnie wynosiły 9.7 RPG i 1.9 BPG (Blair dorzucał też w każdym meczu 12.5 PPG, ale to nie był jego rekord kariery, bo parę lat wcześniej przekroczył ten wynik o 0.2).

Co prawda tą drużyną byli Denver Nuggets, którzy akurat w tamtym sezonie przegrali 62 mecze tracąc w każdym meczu ponad 130 punktów (więc nie żeby Rasmussen miał jakąś wielką konkurencję w realizacji defensywnych obowiązków – w końcu przez poprzednie cztery lata najlepiej zbierającym graczem Bryłek był 190-centymetrowy obrońca), ale ogólnie piętnasty pick w Drafcie 1985 jakoś specjalnie swoich talentów nie sprzeniewierzył.

Był wielki (siedem stóp wzrostu), rzucał z dystansu (choć nie za trzy, ale pamiętajmy, że w tamtych latach to była fanaberia) i potrafił blokować rzuty – dziś zmusiłby niejednego skauta do zmiany bielizny, a wówczas zmajstrował sobie przyzwoitą, ośmioletnią karierę, która byłaby dłuższa, gdyby poważny problem z plecami nie wyłączył Rasmussena z akcji na dobre.

Mimo to, przedłużenie kontraktu, które dostał w Denver w 1989 było przegięciem.

Nie chodziło tylko o to, że 17.5 miliona dolarów za 7 lat gry to było za dużo jak na rezerwowego centra, ale Blairowi wręczono ten kontrakt bez akceptu nowych właścicieli Nuggets. Bertram Lee i Peter Bynoe niedawno przejęli większość udziałów w klubie (za 65 milionów dolarów), zostając pierwszymi czarnoskórymi właścicielami w czołowych amerykańskich ligach zawodowych, ale ani generalny menadżer Pete Babcock, ani zatrudniony by go nadzorować, prezydent John Spoelstra (z tych Spolestrów) nie wpadli na to, żeby dać im znać, że planują wydać ich 17 milionów. Wkurzeni Lee i Bynoe próbowali potem namówić agenta Rasumssena, aby zredukował umowę do 10 milionów i 5 lat, ale jego śmiech podobno doprowadził do zejścia lawiny w Górach Skalistych.

W efekcie Blair zarabiał więcej niż np. Larry Bird, Scottie Pippen (i to trzykrotnie), Clyde Drexler, Dominique Wilkins czy John Stockton. Pensja Rasmussena za rozgrywki 90/91 była 18. najwyższą w całej lidze. Zarabiał nawet więcej niż Jon Koncak, do cholery, a przecież on został tak przepłacony, że aż dostał upamiętniającą to ksywkę…

Jak już jednak wspomniałem, złego słowa na Rasmussena nie powiem.

W końcu zdarzało mu się nawet założyć czapę Jordanowi.

Otagowane ,