Sarunas Marciulionis

Sarunas Marciulionis

Fun Fact: Trochę nie wiem skąd wziął się stereotyp, że Europejczycy to kiepscy atleci i chucherka, skoro szlaki w NBA przecierał im Sarunas.

Zanim kontuzje zahamowały jego karierę, Litwin rzucał 18.9 punktów w 72 meczach sezonu 91/92, przy skuteczności z pola 53.8%. Szybki rzut oka na Basketball Reference pokazuje, że w historii NBA było tylko trzech innych zawodników mających nie więcej niż 6 stóp i 5 cali wzrostu, którzy mogli się takimi statystykami punktowo-skutecznościowymi pochwalić – Adrian Dantley (6 takich sezonów), Otis Birdsong (1) i Dwyane Wade (1).

Marciulionis jest jednak kimś więcej niż tylko świetnym koszykarzem. Wiadomo jak wiele zrobił dla raczkującej litewskiej demokracji, organizując naprędce reprezentację kraju, ale pomagał nie tylko swoim rodakom – moja ulubiona anegdota na jego temat, to ta rozpowszechniana mi.n. na Wikipedii, o tym jak Marciulionis w dresie rozgrzewkowym Warriors pojawił się na miejscu wypadku kolejowego w trakcie trzęsienia ziemi w San Francisco w 1989 roku i pomagał poszkodowanym.

A do tego wszystkiego potrafi szarpidrucić na poziomie podstawowym.

Otagowane

Shawn Kemp

Shawn Kemp

Fun Fact: Historia o tym, jak Shawn Kemp przeszedł do Cleveland, zrobił się gruby i kiepski w kosza, to jedna z najczęściej przypominanych historii przez fanów NBA z lat 90. Nic w tym dziwnego, bo Kemp był przez pewien czas wręcz drugą co do wielkości gwiazdą tej ligi i nagły schyłek jego kariery zaskoczył wszystkich, którzy oglądali Finały 1996. Muszę się jednak przyznać, że powtarzając tę opowieść i rzucając beztroskie żarty o grubasach, zapominam o pewnym fakcie, który zatarł się w głowach także wielu innych kibiców: Shawn Kemp w Cleveland nie grał wcale źle, nawet wtedy, gdy był już Grubym Shawnem Kempem. Dopiero w Portland, w towarzystwie innych Jail Blazers, styl życia i charakter wreszcie przeważył i pociągnął go na dno razem z całym jego talentem.

W pierwszym sezonie po wymuszeniu transferu – rozgrywkach 97/98 – Kemp poprowadził do playoffów zespół, który w pierwszej piątce miał trzech rookies (Zydrunas Ilgauskas, Brevin Knight, Cedric Henderson), drugim najlepszym jego zawodnikiem był trzecioroczny role player, Wesley Person, a miejsce w rotacji mieli Danny Ferry i Scott Brooks. Jego średnie – 18.0 PPG i 9.3 RPG nie różniły się zbytnio od tego, co robił w Seattle (choć zauważalna była gorsza skuteczność rzutów z pola, 44.5%, najniższa wśród pierwszych sezonów kariery, efekt większej ilości rzutów z dystansu), a Reign Man po raz szósty z rzędu wystąpił w All-Star Game jako lider bodaj najlepiej broniącej drużyny w NBA.

Potem miał miejsce niesławny lokaut, podczas którego Kemp sobie niesłabo pofolgował, bo – jak przyznał potem z rozbrajającą szczerością – myślał, że sezon zostanie odwołany w całości. Nikogo nie zdziwiło, że Cavs spadli w tabeli Wschodu poza pierwszą ósemkę, ale tak naprawdę Shawn znów nie grał źle. Ba – już jako Gruby Shawn Kemp ustanowił w 42 meczach swoje rekordy kariery w średniej punktowej (20.5 PPG) oraz wskaźniku PER (23.6). Kawalerzyści grali gorzej, ale na cały sezon stracili Ilgauskasa (po 5 meczach), przez co Kemp musiał w 33 spotkaniach dzielić miejsce w pierwszej piątce z Andrew DeClercqiem (ciekawe czy zatęsknił wtedy za Jimem McIlvaine’em?). W każdym razie jak na kogoś, kto właśnie przejadł swoją karierę, ciągnął jeszcze nieźle.

W ostatnim sezonie w Cleveland – gdy było już jasne, że Kemp nie ma w sobie wystarczająco dużo dyscypliny, czy chęci, by wrócić do formy i pchnąć swoją karierę z powrotem na właściwe tory – zaliczał na pożegnanie z Ohio 17.8 PPG i 8.8 RPG przy słabiutkich 41.7% z pola (w robiących wrażenie ze względu na kłopoty ze sportowym trybem życia 82 meczach). Mimo wszystko prawdziwym załamaniem formy był dopiero następny sezon w Blazers – kampanię 00/01 zakończył ze średnimi 6.5 PPG i 3.8 RPG i właściwie to rok 2000, a nie 1997, należy wyryć na nagrobku kariery Kempa.

Mimo anegdotyczności tamtego mrocznego okresu, lepiej jednak wspominać Kempa z czasów świetności, gdy efektowne wsady rozdawał na prawo i lewo niczym swój materiał genetyczny.

Tak na marginesie: bardzo lubiłem to przytulne wnętrze Tacoma Dome, gdzie Sonics grali w 1994 i 1995, w czasie renowacji hali KeyArena (dawniej Seattle Center Coliseum).

Na marginesie marginesu przypomnę jeszcze – bo sam sobie to właśnie przypomniałem ku własnej uciesze – że jestem współtwórcą karcianej gry „Kemp”.

Otagowane

Travis Knight

Travis Knight

Fun Fact: W nawiązaniu do poprzedniego wpisu: Serio? Knicks za Patricka Ewinga dostali Travisa Knighta? W Drafcie 1996 wybrali go Bulls (1 runda, 29 pick), ale zwisał im on do tego stopnia, że zrzekli się do niego praw, nie oferując mu gwarantowanego kontraktu debiutanckiego. Szkoda. Mogli mieć w składzie kolejnego – po Willu Perdue – sobowtóra młodszego kolegi Axela Foleya z Beverly Hills…

ae87c-bevhillscop_112pyxurz

Jako wolny agent, podpisał kontrakt z Los Angeles Lakers. Jego 4 punkty i 4 zbiórki w meczu okazały się wystarczające, aby wskoczyć do drugiej piątki najlepszych debiutantów i aby szalony Rick Pitino zaoferował mu siedmioletni kontrakt wart 22 miliony dolarów (zresztą rok później Knight został odesłany z powrotem do „Jezioran”). Oczywiście, gdy ten nie do końca zasłużony (choć jako debiutant naprawdę miewał przebłyski) kontrakt wygasł, Travis zakończył swoją przygodę z NBA z paroma milionami na koncie, dziewczyną modelką (która urodziła mu córeczkę) i luksusową willą w Nikaragui. Co zrobił z tak pięknie zaczętą w wieku 28 lat emeryturą? Kontynuował zapuszczanie włosów…

tknight01

tknight02

Travis Knight nie pozostawił po sobie zbyt wiele koszykarskich wspomnień. Miał niezły sezon debiutancki, zaliczył jeden, jedyny występ z 20/10 na koncie w czasie gry w Celtics oraz ustanowił rekord NBA pod względem najszybszego złapania 6 fauli w meczu playoffs (6 minut w trakcie czwartego meczu drugiej rundy playoffs 1999 między Lakers a Spurs). W tej sytuacji są tacy, którzy za jego największe osiągnięcia uważają mieszkanie w tym samym pokoju w akademiku z Rayem Allenem oraz ten jeden raz, gdy Kobe Bryant nazwał go swoją prawą ręką…

Otagowane ,

Patrick Ewing

Patrick Ewing smile

Fun Fact: Znalazłem na dysku szkic długiego tekstu, w którym próbuję odpowiedzieć na pytanie, co by było, gdyby New York Knicks nigdy nie pozbyli się Patricka Ewinga. Przejrzałem go i wiem, że już do niego nie wrócę (zbyt dużo ponownego dłubania, żeby odtworzyć tok myślenia sprzed paru lat), ale dwie rzeczy uznałem za warte sprzedania osobno.

Po pierwsze: już o tym wspominałem w jednym z postów na MMJK, ale przypomnę kolejny raz – to nie Knicks bezdusznie pozbyli się swojej żywej legendy, tylko sam Ewing zażądał transferu. Był nawet taki moment, po tym, jak pierwsza wersja transferu do Seattle się rozsypała, że klub po raz kolejny próbował udobruchać swojego centra, ale ten był zbyt obrażony m.in. na wszystkie ówczesne teorie fanowskie, że Knicks są lepsi bez niego. Po 10 latach od niesławnej ucieczki z Nowego Jorku Patrick ocenił tamtę sytuację jednoznacznie: „Gdybym mógł przeżyć to jeszcze raz, nie poprosiłbym o transfer”. Także jego agent, David Falk, opisywał ją jako „obopólną decyzję i obopólny błąd”. Głupio wyszło.

Po drugie: „klątwa Ewinga”, o której mówiono w kontekście kiepskich lat Knicks w poprzedniej dekadzie, nie jest więc karą za wypędzenie z miasta symbolu klubu, ale za serię kolejnych ruchów kadrowych. Gdyby ich center dograł swój kontrakt do końca, zwolniłby 14 milionów w salary cap latem 2001 roku i Nowy Jork miałby szansę na szybką przebudowę. Zamiast tego, zespół z Wielkiego Jabłka zaabsorbował mnóstwo niewygodnych kontraktów podpisanych przez graczy mocno średnich lub po prostu słabych, których potem próbował się pozbyć, absorbując kolejne złe umowy. Gdyby nie to i nie przelicytowanie samych siebie w trakcie negocjacji nowego kontraktu z Allanem Houstonem (dali mu 100 milionów za 6 lat, podczas gdy żadna inna drużyna nie była w stanie zapłacić mu więcej niż 80 milionów), wszystko mogło potoczyć się inaczej. W swoim notatniku miałem szkielety składów z kolejnych alternatywnych sezonów i gdyby Knicks wszystko rozegrali, jak należy, to ze swoimi uwolnionymi funduszami, anulowanymi nietrafionymi transferami i tymi samymi miejscami w drafcie mogli mieć na sezon 05/06 następującą rotację:

PG – Mo Williams / Nate Robinson
SG – Ray Allen / Monta Ellis
SF – Joe Johnson / Trevor Ariza
PF – Josh Smith / Nene
C – Tyson Chandler/ Channing Frye

Aha – gdyby chcieli, mogliby też wciąż mieć Macieja Lampe. Ogólnie naprawdę nienajgorzej. Zwłaszcza, gdy porównamy ten skład z prawdziwym składem z tego samego sezonu.

W sumie transfer Ewinga to już nie lata 90, na których zajmuję się na MMJK, ale to trochę tak jakby ich oficjalne zakończenie. Właśnie zerknąłem na konstrukcję tamtego trade’u na Basketball Reference… o, mamo…

September 20, 2000: As part of a 4-team trade, traded by the New York Knicks to the Seattle SuperSonics; the Los Angeles Lakers traded Travis Knight, Glen Rice and a 2001 1st round draft pick (Jamaal Tinsley was later selected) to the New York Knicks; the New York Knicks traded Chris Dudley and a 2001 1st round draft pick (Jason Collins was later selected) to the Phoenix Suns; the Phoenix Suns traded Luc Longley to the New York Knicks; the Seattle SuperSonics traded Emanual Davis, Greg Foster, Horace Grant and Chuck Person to the Los Angeles Lakers; and the Seattle SuperSonics traded Lazaro Borrell, Vernon Maxwell, Vladimir Stepania, a 2001 2nd round draft pick (Eric Chenowith was later selected), a 2001 2nd round draft pick (Michael Wright was later selected) and a 2002 1st round draft pick (Kareem Rush was later selected) to the New York Knicks.

Lazaro Borrell? Knicks wymienili Patricka Ewinga na Lazaro Borrella? I Vladimira Stepanię? I nieświeżych już Vernona Maxwella oraz Glena Rice’a? I Luca Longleya? I Travisa Knighta? (I garść picków, z których żadnego potem sami nie wykorzystali?) UGH.

Otagowane

Johnny Newman & David Wingate

Johnny Newman i David Wingate

Fun Fact: Niby wiem, że pierwszy z nich był specem od ofensywy, a drugi od defensywy, ale zawsze uważałem, że Johnny Newman i David Wingate to w zasadzie ta sama osoba. Gdy grali razem w Hornets i nosili w zasadzie ten sam numer, tyle że odwrócony do góry nogami, to uczucie zostało tylko spotęgowane. Nawet „hobby” mieli podobne: Newman został kiedyś skazany na 60 dni więzienia i grzywnę za pobicie żony, a Wingate tylko z powodu niewystarczających dowodów i wycofania zeznań wywinął się z oskarżenia o dwa gwałty na przestrzeni 3 miesięcy na początku lat 90…

Spróbowałem znaleźć jakieś akcje obydwu „dżentelmenów” na YouTube, ale nie ma tego zbyt wiele. Po panu Wingate został tylko ten „blooper”…

… a Newman okazał się specem od poster dunków zajmujących szóste miejsca w notowaniach NBA Action…

Otagowane ,

Armon Gilliam

Armon Gilliam

Fun Fact: Armon – drugi pick w Drafcie 1987 – pod koniec swojej kariery (najlepszy sezon: 95/96 w Nets ze średnimi 18 punktów i 9 zbiórek, prawie 20 punktów na mecz zdobywał przez 25 meczów rozgrywek 90/91 jako zawodnik Hornets) zaczął się wszędzie podpisywać jak Armen, bo miał dość przekręcania jego imienia, którego prawidłowym brzmieniem wcale nie było „Ar-MON”. Nigdy nie narzekał jednak na to, że ludzie nazywają go „Hammer”…

W kategorii wsadów nad Charlesem Barkleyem wygrywa oczywiście Chris Webber, ale „Armen” spisał się naprawdę nieźle.

Sad Fact: Gilliam to jeden z tych koszykarzy, którzy zmarli w trakcie uprawiania swojego ukochanego sportu. W jego przypadku, było to w czasie gry ze znajomymi w lokalnej sali sportowej w 2011. Miał wówczas 47 lat.

Otagowane

Brent Barry

Brent Barry

Fun Fact: Konkurs wsadów z 1996 roku stał na bardzo niskim poziomie, ale jak dla mnie, to nie tamta impreza ugruntowała status Barry’ego jako dunkera o dużej gracji, a ten wsad:

Poezja.

A co do tamtego nieszczęsnego Slam Dunk Contest 1996, to wsady Brenta Barry’ego nie były nawet jego najfajniejszymi akcjami z tamtego Weekendu Gwiazd – ode mnie ten tytuł dostaje jego asysta z meczu debiutantów…

Otagowane

Tony Smith

Tony Smith

Meh Fact: Tony’ego Smitha zaliczyłem jakiś czas temu do pierwszej piątki zawodników NBA z lat 90, którzy zupełnie niczym się nie wyróżniali. Chyba muszę ten wybór przemyśleć, bo Smithowi udało się kiedyś coś, czym zdecydowanie się wyróżnił…

Czas na tradycyjny w tych stronach gościnny występ Zoidberga:

Zoidberg: You should feel bad

Smith potrafił chociaż dobrze wybierać moment na wpadkę – były to ostatnie sekundy dogrywki już wygranego meczu. Brandon Knight powinien się patrzeć i uczyć…

(kocham ten klip…)

Otagowane ,

Will Perdue

Will Perdue

Fun Fact: Jeśli ktoś uważa, że Michael Jordan był dupkiem, bo na treningach rzucał się z pięściami na mniejszych, bladoskórych kolegów, to spieszę stanąć w jego obronie: MJ rzucał się z pięściami także na większych bladoskórych kolegów. Kiedyś precyzyjnie wymierzony „strzał” Jego Powietrzności wylądował na twarzy Willa Perdue, po tym jak na treningu center postawił o jedną twardą zasłonę za dużo.

Bonusowy Fun Fact: Jedna ze świętych zasad anegdotycznego pisania o koszykówce lat 90 zobowiązuje do wspominania przy każdym nawiązaniu do Willa Perdue o jego wielkich stopach (choć już raz zdarzyło mi się ją złamać). 20 lat temu uważano, że ma największy rozmiar buta w całej NBA i jestem w stanie w to uwierzyć, bo miały one 55 centymetrów. Innymi słowy: but Willa Perdue to ponad 1/3 Muggsy’ego Boguesa.

Otagowane ,

Spis powszechny polskich fanów NBA – wyniki

Spis

Blisko 2300 osób wzięło udział w prostej sondzie, którą skleciłem równo dwa tygodnie temu. To naprawdę dużo i tylko po turnauowskiemu „wielkiemu cichu” liczyłem aż na taki zasięg. Znajomości na popularnych fanpage’ach facebookowych pomogły jednak dotrzeć do grona polskich kibiców NBA większego niż to, które gromadzi się wokół tego kameralnego bloga (choć i ono powiększyło się w wyniku promowania sondy!).

Nadszedł więc czas, żeby tę dość solidną próbkę danych na temat pochodzących z Polski fanów NBA przedstawić i pokrótce przeanalizować. Nie będzie to jakiś głęboki raport, bo i pytania były dość proste/nieliczne, ale poświęciłem parę chwil na żonglerkę wynikami i wszystkie co ciekawsze kwestie zamierzam poniżej poruszyć.

 

Twój ulubiony zespół to…

(Ważna informacja – procenty są zaokrąglane, a w przypadku remisów, o układzie zespołów na poniższej liście decydują „małe punkty”)

1. Chicago Bulls – 14%
2. Los Angeles Lakers – 13%
3. Boston Celtics – 10%
4. Cleveland Cavaliers – 8%
5. New York Knicks – 6%
6. Miami Heat – 6%
7. San Antonio Spurs – 6%
8. Oklahoma City Thunder – 5%
9. Golden State Warriors – 4%
10. Los Angeles Clippers – 4%
11. Houston Rockets – 3%
–. Washington Wizards – 3%
13. Philadelphia 76ers – 3%
14. Minnesota Timberwolves – 2%
15. Portland Trail Blazers – 2%
16. Phoenix Suns – 1%
17. Detroit Pistons – 1%
18. Orlando Magic – 1%
19. Dallas Mavericks – 1%
20. Toronto Raptors – 1%
21. Charlotte Hornets – 1%
22. Milwaukee Bucks – 1%
23. Indiana Pacers – 1%
24. Denver Nuggets – 1%
25. Memphis Grizzlies – 1%
–. Utah Jazz – 1%
27. Brooklyn Nets – 0%
28. New Orleans Pelicans – 0%
–. Sacramento Kings – 0%
30. Atlanta Hawks – 0%

Pierwsza myśl, która nasunęła mi się, gdy zerknąłem na wyniki: 30 drużyn to bardzo dużo i w takiej lidze jak NBA, każdy może znaleźć coś dla siebie. Żadną niespodzianką jest, iż dwie najpopularniejsze drużyny to Chicago Bulls i Los Angeles Lakers, oraz że zaraz za nimi pojawili się Boston Celtics, Cleveland Cavaliers, New York Knicks i Miami Heat. To akuratna mieszanka drużyn kultowych, którym najłatwiej oczarować kibiców z dalekiego kraju, oraz zespołów LeBrona Jamesa – bezsprzecznie największej gwiazdy od ponad 10 lat. Poza pierwszą czwórką notowania, żadna z ekip nie osiągnęła jednak więcej niż 6 procent kibicowskiego poparcia, a ponad połowa ligi mieści się w przedziale 0-2% (przy czym oczywiście zero procent nie oznacza zerowej ilości głosów, to po prostu małe liczby). 45% polskich kibiców trzyma kciuki za 4 drużyny NBA, reszta jednak lokuje swoje uczucia bardziej wszechstronnie (choć ostatnie 10 fanbaz może się uznać za alternatywne).

 

Jaki jest Twój DRUGI ulubiony zespół NBA?

1. San Antonio Spurs – 11%
2. Golden State Warriors – 11%
3. Chicago Bulls – 10%
4. Washington Wizards – 9%
5. Cleveland Cavaliers – 6%
6. Los Angeles Clippers – 6%
7. Oklahoma City Thunder – 5%
8. Los Angeles Lakers – 5%
9. Boston Celtics – 4%
10. Miami Heat – 4%
11. New York Knicks – 4%
12. Minnesota Timberwolves – 3%
13. Houston Rockets – 2%
14. Milwaukee Bucks – 2%
15. Memphis Grizzlies – 2%
16. Charlotte Hornets – 2%
17. Detroit Pistons – 1%
18. Dallas Mavericks – 1%
19. Portland Trail Blazers – 1%
20. New Orleans Pelicans – 1%
21. Indiana Pacers – 1%
22. Philadelphia 76ers – 1%
23. Sacramento Kings – 1%
24. Phoenix Suns – 1%
–. Toronto Raptors – 1%
26. Orlando Magic – 1%
27. Denver Nuggets – 1%
28. Brooklyn Nets – 1%
29. Atlanta Hawks – 0%
30. Utah Jazz – 0%

Te wyniki ciekawiły mnie najbardziej. Najpopularniejsze drużyny wśród polskich kibiców można było odgadnąć w miarę łatwo, sympatie „rezerwowe” wydawały się trudniejsze do rozszyfrowania…

Koniec końców sprawa okazała się prosta: polski kibic (ale zakładam, że nie tylko on) wybierając drugą drużynę, uruchamia racjonalną część swojego koszykarsko-fanowskiego mózgu i stawia na drużyny powszechnie cenione i grające najładniejszą koszykówkę. Stąd remis na szczycie, w którym poprzedni mistrzowie mają nad mistrzami obecnymi 7 głosów przewagi. Zarówno Spurs, jak i Warriors to ekipy, których po prostu nie da się w ostatnich latach nie lubić. To dwa zespoły, które uprawiają ten sport dokładnie tak, jak powinien być uprawiany. Pozostajemy wierni naszej pierwszej miłości, ale kątem oka spoglądamy też na Ostrogi i Wojowników, bo to po prostu bardzo ładny widok.

Trzecie miejsce Bulls to tylko kolejny dowód potęgi Michaela Jordana – magia najlepszego koszykarza wszech czasów wciąż unosi się nad Chicago i to moim zdaniem główny powód, że dziś Byki są wciąż najpopularniejszym klubem w Polsce (choć Derrick Rose pomógł). Ich dominację jeszcze lepiej widać, gdy zsumujemy głosy z pytania pierwszego i drugiego. Na pierwszym lub drugim miejscu w swoim osobistym rankingu drużyn NBA, ma Bulls 12% głosujących. Los Angeles Lakers – którzy na liście wice-faworytów spadają na 8 miejsce – mają łącznie 9%-owe poparcie, co jest dużą przewagą dla Chicago, biorąc pod uwagę ogólny, wyrównany rozkład wyników.

Washington Wizards są 12 najpopularniejszą drużyną wśród Polaków, ale gdy pytamy o drugi ulubiony zespół, patriotyczne wsparcie dla Marcina Gortata wyraźnie daje znać o sobie – stołeczna ekipa jest na miejscu 4, zaraz za wymienionymi tuzami.

 

Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z NBA?

1. W latach 2000-2010 – 39%
2. Po roku 2010 – 22%
3. W latach 1990-1995 – 20%
4. W latach 1995-2000 – 15%
5. Przed rokiem 1990 – 3%

Z ciekawości dorzuciłem pytanie dotyczące kibicowskiego stażu. W dalszej części tego wpisu sprawdzimy, jak wpływa on na wybór ulubionych drużyn. Póki co, warto zauważyć, że grono fanów NBA w Polsce wciąż rośnie w siłę. Aż 22% głosujących zaczęło interesować się tym wydaniem koszykówki w ciągu ostatnich 5 lat. Z kolei w pierwszej dekadzie XXI wieku bakcyla połknęło nawet więcej osób (39% głosujących) niż w kultowych latach 90 (łącznie 35%), choć pewnie spora część fanów z lat 1990-2000 zupełnie przestała interesować się tym sportem (wiele osób traktowało go rozrywkowo, jak nie mniej kolorowe i pełne superbohaterów kreskówki). Pozdrawiam też fanów z lat 80 i wcześniejszych – oni naprawdę istnieją!

 

Jakieś zaskoczenia?

Analizę wyników zacznijmy od niespodzianek. Nie było ich wiele, choć pojawiły się wyniki sprzeczne z moimi osobistymi przewidywaniami. Mnie przede wszystkim dziwi bardzo małe wsparcie dla Brooklyn Nets. Początkowo wydawało się, że Brooklynowi odpowiedziała „hello” znaczna część kibiców. Gdy aura nowości wyblakła, bostońska Wielka Dwójka zakończyła nieudany eksperyment, a Deron Williams pozostawał na liście osób zaginionych – najwyraźniej wszyscy nowi fani „zrobili Homera”…

0%, 11 głosów i 27 miejsce w wyborach ulubionej drużyny, 1%, 12 głosów i 28 miejsce w wyborach drugiej ulubionej drużyny. Bandwagon Nets opróżnił się szybciej niż talerz postawiony przed Oliverem Millerem

Zdziwiło mnie też dopiero 28 miejsce New Orleans Pelicans wśród drużyn numer jeden (0%, 9 głosów – trochę lepiej było wśród wice-faworytów: 20 miejsce). Czyżby polscy fani jeszcze nie wiedzieli, jak dobry jest Anthony Davis? Dobra wiadomość jest taka, że wciąż można stać się ich fanem, bez przypięcia sobie łatki oportunisty.

 

Bandwagon na marginesie

Kibice sezonowi – znani w USA pod wdzięczną nazwą „bandwagoners” – nie odcisnęli aż takiego piętna na głosowaniu, jak co bardziej zajadli ich przeciwnicy mogli się spodziewać. W pierwszej ósemce najbardziej ulubionych drużyn tylko połowa awansowała w tym roku do playoffs, a pierwszą rundę wygrały ledwie dwa z tych zespołów. Mistrzowie NBA są na miejscu 9, Lob City podskoczyło na poziom 10 miejsca (9 punktów procentowych mniej niż Lakers), a hardenowskie Rakiety i gortatowscy Czarodzieje mają ponad 3 razy mniejsze wsparcie niż Celtowie, których najlepszym zawodnikiem w poprzednim sezonie bywał często Tyler Zeller. Drużyny LeBrona zajmują rozsądne – po pięciu latach od pierwszej „Decision” – miejsca 4 i 6 (choć pewnie, gdyby nie zmieniał drużyny – czy to teraz, czy w 2010 roku – jego team byłby w pierwszej trójce), co sugeruje, że nie wszyscy fani Miami Heat stali się teraz fanami Cleveland Cavaliers.

 

Fani Bulls trzymają się mocno

Chicago Bulls – jak już wspomniałem – zebrali najwięcej głosów w wyborach ulubionej drużyny, mają ich też najwięcej w kategorii łączonej. Ich fani to głównie kibice ze stażem ponad 20-letnim. W grupie głosujących, którzy zadeklarowali początek miłości do NBA w latach 1990-1995, Byki zebrały aż 22% głosów. Są też ulubionym teamem wśród najstarszych kibiców – w kategorii „przed 1990” miały 15% „poparcia”. Dodajmy, że w tych dwóch grupach „wiekowych” wygrywały też wśród drugich ulubionych drużyn. W latach 1995-2000, nowi kibice najwyraźniej nie kochali już tak mocno chicagowskiej Dynastii 2.0, bo Bulls spadli na drugie miejsce – ich 15% głosów to cztery punkty procentowe mniej niż w grupie fanów zaczynających przygodę z NBA w drugiej połowie lat 90 uzyskali Shaq, Kobe i odrodzony blichtr Lakers. W przedziale 2000-2010 Chicago uplasowało się dopiero na 4 miejscu, ale wśród najnowszych kibiców także cieszą się największą sympatią – zebrali 14% ich głosów.

Michael Jordan

Jaką drużynę jako drugą ulubioną wybierają fani Chicago Bulls? 17% z nich trzyma połowiczne kciuki za San Antonio Spurs, 15% za Golden State Warriors a 10% za Los Angeles Lakers. Jeziorowcy zapewne korzystają z mostka, jaki między fanami Bulls i Lakers zbudował Phil Jackson, bo zazwyczaj są dużo niżej we wszystkich rodzajach rankingów drugich drużyn.

 

Lakers versus Celtics

Jeziorowcy i Celtowie przewijają się w czołówkach prawie wszystkich cząstkowych list, ale zdecydowanie największą popularnością cieszą się wśród tych głosujących, którzy fanami NBA są od lat 2000-2010. Nic dziwnego. W drugiej połowie tamtej dekady odrodziła się ich wielka rywalizacja. Dwa najbardziej utytułowane organizacje w NBA podzieliły między sobą 30% głosów w tej grupie. Minimalnie – o słownie DWA głosy – większą sympatią cieszy się Boston. Za plecami tej dwójki jest przepaść 6 punktów procentowych, na której krawędzi stoją Cavs (9%), Bulls (9%) i Heat (8%), co sygnalizuje początek przejmowania ligi przez LeBrona i D-Wade’a…

Ciekawostka: prawie 3.5% fanów Celtics deklaruje, że ich drugą ulubioną drużyną są Lakers, a niemal 2% kibiców Jeziorowców trzyma też kciuki za arcyrywala z Bostonu.

 

Nowa krew

Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko głosy kibiców z najkrótszym stażem – którzy pierwszy raz zacisnęli kciuki oglądając mecz NBA po 2010 roku – lista 10 najpopularniejszych drużyn NBA wygląda następująco:

1. Chicago Bulls – 14%
2. Los Angeles Lakers – 9%
3. Oklahoma City Thunder – 8%
4. Cleveland Cavaliers – 7%
5. Boston Celtics – 7%
6. Houston Rockets – 7%
7. Los Angeles Clippers – 7%
8. Golden State Warriors – 6%
9. New York Knicks – 6%
10. Miami Heat – 6%

Szczerze mówiąc spodziewałem się wyższych pozycji Clippers, Heat i Warriors, a mniejszego wsparcia dla pechowych Bulls czy nierównych Knicks.

 

Lata 90

Jako że to blog poświęcony w 90 (a jakże) procentach latom 90 w NBA, nie mogło zabraknąć ustępu im poświęconego. Komu dziś kibicują ludzie tacy jak ja i wielu z Was, czyli interesujący się ligą zaoceanicznych dwumetrowych łowców punktów od ponad 15 lat? Zebrałem do kupy głosy ludzi deklarujących, że „I love this game!” zakrzyknęli po raz pierwszy w latach 1990-1995 i 1995-2000. Wyszło coś takiego:

1. Chicago Bulls – 19%
2. Los Angeles Lakers – 14%
3. San Antonio Spurs – 8%
4. New York Knicks – 8%
5. Boston Celtics – 7%
6. Cleveland Cavaliers – 7%
7. Miami Heat – 4%
8. Golden State Warriors – 4%
9. Philadelphia 76ers – 4%
10. Oklahoma City Thunder – 3%

Bulls – wiadomo. Lakers i Celtics to też jakiś tam constans. Podobnie oczywiste jest czwarte miejsce Knicks – lata 90 to były ostatnie tłuste lata tego klubu. Trzecie miejsce Spurs to moim zdaniem jednak wpływ ostatnich paru sezonów i rosnącego szacunku dla ich dokonań. Nawet w latach 90, Spurs mieli bowiem łatkę nudziarzy (poza tym krótkim okresem, gdy grał dla nich Dennis Rodman). David Robinson jest zdecydowanie członkiem najmniej kontrowersyjnej pierwszej piątki w historii tej ligi, Tim Duncan zresztą także (choć ostatnio ma w niej coraz mniej pewne miejsce). Jasne – na koniec dekady urwali mistrzostwo, ale czy naprawdę Ostrogi byłyby trzecią siłą w NBA, gdybym zapytał o to w 2000 roku?

Podobnie sprawa się ma z wysokim miejscem Cavs. Ja wiem, że Brad Daugherty, Mark Price i Larry Nance, ale też przecież Bob Sura, Tyrone Hill i gruby Shawn Kemp. Dlatego też podejrzewam, że jednak LeBron James. Miami Heat to moim zdaniem już nie LeBron. Alonzo Mourning i Tim Hardaway dali kibicom w drugiej połowie lat 90 dosyć powodów, aby trzymali swoje kciuki właśnie za nich. Warriors to chyba też efekt ostatnich sukcesów i nowo odnalezionej nostalgii, 76ers to Allen Iverson (bo przecież nie John Hornacek, Andrew Lang i Tim Perry) a OKC… cóż – każdy zestaw danych ma swoje anomalie…

Zaskakuje także niskie wsparcie dla mistrzów z 1994 i 1995 roku – Houston Rockets uciułali jedynie 2% poparcia i minimalnie więcej głosów niż Detroit Pistons, mistrzowie z 1990 roku. Bulls strasznie zawłaszczyli sobie tę dekadę…

Szybko zapomniano też o Orlando Magic, którzy w połowie lat 90 byli największą rewelacją ligi. Shaq swoich fanów zabrał do Los Angeles, a Penny swoich w tournee po szpitalach. Efekt: tylko 2% głosujących interesujących się NBA w tamtych latach trzyma nadal kciuki za Magic.

Ustęp o latach 90 zakończmy top 5 drugich wyborów wśród kibiców ligi z tamtego okresu:

1. Chicago Bulls – 14%
2. San Antonio Spurs – 11%
3. Golden State Warriors – 10%
4. Washington Wizards – 8%
5. Los Angeles Clippers – 6%

Takie, a nie inne pozycje Byków, Ostróg i Wojowników: patrz wyżej. Ci, którzy w tej grupie kibicowskiej klikali na opcję „Wizards” myśleli zapewne „Gortat”, ale pewnie niektórym też plątało się po głowie „Bullets” (w latach 90, w erze Chrisa Webbera, Bullets byli też moim drugim wyborem). Pozycja Clippers to na pewno też odprysk z teraźniejszego Lob City, ale nie tylko. Przez krótki czas, ten sterlingowski cyrk był nawet szanowaną drużyną NBA (gdy trenował ich Larry Brown), a przede wszystkim już wtedy wszyscy czuli, że Clippers to nie są jacyś tam zwykli, szarzy ligowcy. Ich skazanie na porażkę zaskarbiało im sympatię, która na pewno odżyła w fanach z lat 90, gdy przyszły wreszcie lata grube.

 

Królowie niczego

Sacramento Kings mieli najbardziej widowiskowo grającą drużynę ligi końca lat 90 i początku XXI wieku, ale okazuje się, że ich magia z tamtych lat nie przetrwała do dziś. Tylko 1.4% kibiców z lat 1995-2000 oraz 0.3% z lat 2000-2010 wciąż trzyma za nich kciuki. Trochę lepiej jest z opcją rezerwową – odpowiednio 2% i 0.9% we wspomnianych przedziałach. Zdecydowanie. Za. Mało.

Wychodzi na to, że drużyny, które nagle zaczynają błyszczeć, często też szybko się w pamięci kibiców wypalają: Phoenix Suns, którzy przejęli od Sacto schedę najefektowniej grającego zespołu ligi także są w dolnych stanach procentowych (1.2% wśród kibiców zaczynających w latach 2000-2010). To taki akapit ku przestrodze Golden State Warriors, a przede wszystkim Los Angeles Clippers.

 

Prehistoria

To co prawda mała próbka, ale kibice NBA ze stażem dłuższym niż 25 lat to naprawdę zasłużona grupka, godna osobnego potraktowania. 68 głosów może nie jest bardzo miarodajne, ale rzut oka na wyniki pokazuje, iż nie są całkowicie przypadkowe (jeśli weźmiemy pod uwagę sportowe trendy NBA z tamtego okresu).

1. Chicago Bulls – 15%
2. Boston Celtics – 9%
3. Los Angeles Lakers – 9%
-. New York Knicks – 9%
5. Portland Trail Blazers – 7%
-. Detroit Pistons – 7%

Głosy w pierwszy pytaniu zebrało tylko 6 teamów. Byki nawet w oderwaniu od tego, co zaszło w latach 90, były drużyną na fali wznoszącej z niesamowitym MJ-em szykującym się do wyważenia wszystkich drzwi w panteonie koszykówki. Celtowie i Jeziorowcy właśnie zrobili dla popularyzacji tej ligi więcej niż ktokolwiek przed nimi. Knicks to Knicks, a Blazers i Pistons – choć są raczej daleko w innych grupach wiekowych – tu najwyraźniej korzystają z ery, w której ci pierwsi byli jedną z najefektowniej grających drużyn na fali, a drudzy przechodzili do historii jako Bad Boys.

Za kogo najstarsi fani NBA w naszym kraju trzymają kciuki w drugiej kolejności? Tu wskazano tylko 5 drużyn:

1. Chicago Bulls – 19%
2. Golden State Warriors – 12%
3. Washington Wizards – 10%
4. New York Knicks – 7%
-. Cleveland Cavaliers – 7%

Mnie to wygląda na mieszankę starego z nowym, podobną do wszystkich innych cząstkowych ujęć wyborów drugiej ulubionej drużyny. Kolejny dowód na to, że wice-ulubieńców znacznie częściej wybieramy na podstawie aktualnych, zmiennych sympatii, choć nostalgia za mistrzami z dawnych lat pozostaje bardzo silnym bodźcem. Tak samo zresztą, jak prestiż ekipy z Madison Square Garden.

 

A gdzie są Seattle SuperSonics?!

Na Facebooku dostało mi się – mniej lub bardziej poważnie – za pominięcie w gronie drużyn, na które można było głosować Seattle SuperSonics. Odpowiadałem na ten zarzut – także mniej lub bardziej poważnie – w prosty sposób: w sondzie pojawiły się tylko kluby obecnie istniejące. Warto jednak pamiętać, że są wśród nas, polskich kibiców NBA, osoby, które nie mają ulubionej drużyny, bo zostali jej podstępnie pozbawieni.

One na pewno nie zagłosowały na Oklahoma City Thunder, ale warto zauważyć, że zespół, który w 2008 roku musiał prawie od zera pracować na sympatię kibiców, dzięki Kevinowi Durantowi i Russellowi Westbrookowi wyrobił sobie nową tożsamość i mocną markę. Dowodem m.in. 8 i 7 miejsce w wyborach (odpowiednio) pierwszej i drugiej drużyny, oraz – co jest chyba najbardziej wymowne – wysokie 10 miejsce w sercach kibiców NBA z lat 90 (w końcu oni chyba najbardziej tęsknią za Seattle SuperSonics).

 

Dowcip o Atlanta Hawks

Znacie ten dowcip, że Atlanta Hawks mają 14 fanów? Okazuje się spalony, bo według wyników sondy mają ich 4. Dwóch z nich interesuje się NBA od 2010 roku, jeden zaczął kibicować w latach 2000-2010, a jeden zaczynał jeszcze w latach 80. Czterej fani Hawks, gdy nie są zajęci kibicowaniem Hawks, kibicują Charlotte Hornets (2 głosy w wyborach drugiej drużyny), Washington Wizards (1) lub Cleveland Cavaliers (1). Idzie jednak nowe, bo prawie trzy razy tyle głosów Jastrzębie uzyskały jako wice-faworyt, co znaczy, że dobry poprzedni sezon zaczyna przynosić korzyści. Pozdrawiam wszystkich kibiców teamu ze stanu Georgia. Naprawdę serdecznie.

Dikembe Mutombo

 

Słynne ostatnie słowa

O ile wyniki sondy są ciekawe, bo prezentują dość miarodajny ranking polskich sympatii kibicowskich w amerykańskiej lidze koszykówki, to nie przyniosły żadnych szokujących odkryć. Lubimy przede wszystkim drużyny, które najpopularniejsze są także wśród reszty świata – z największych rynków i najbardziej utytułowane. Myślę, że podobna sonda przeprowadzona w USA dałaby bardzo zbliżone wyniki, choć może kolejność czołowych drużyn różniłaby się nieco ze względu na czynniki geograficzne i związany z nimi lokalny patriotyzm. Mnie przede wszystkim cieszy spory odsetek nowych kibiców oraz bardzo rozsądne wybieranie drugich drużyn, zgodne z najlepszymi aktualnymi wzorcami.

Moją ulubioną drużyną są New York Knicks. Bo to moja pierwsza miłość, z którą jestem nieprzerwanie od 23 lat. Jako drugą ulubioną zaznaczyłem w tej sondzie Sacramento Kings (Chris Webber to mój ulubiony koszykarz ever, a Boogie Cousins – wśród obecnie grających), ale dobrze życzę też Milwaukee Bucks (za jelonka i Wielkiego Psa oraz niszowość), Portland Trail Blazers (za patrona tego bloga i jego kolegów z początku lat 90), Charlotte Hornets (choć bardziej jednak kibicowałem Bobcats) i New Orleans Pelicans (skoro nikt inny najwyraźniej nie chce, to postanowiłem pójść za swoją radą zawartą w tym tekście i zostać ich fanem, póki nie jest to jeszcze modne… zresztą Tyreke’a Evansa lubię od przedwojnia, serio…). A gdy startują playoffy, od trzech lat zamieniam się w fana San Antonio Spurs, bo grzechem byłoby nie załapać się na końcówkę(?) ich niesamowitej, a tak długo niedocenianej ery. Nawet to nie jest jednak koniec listy drużyn, o których myślę ciepło…

Kibicowanie ma mało wspólnego z kalkulacją, ale ja lubię sporządzać wszelkiego typu listy i zestawienia. Przy okazji mojej ankiety nadarzyła się okazja, by zrewidować swoje fanowskie uczucia i mam nadzieję, że Wam też dała ona trochę radości wymieszanej z ciekawością. Teraz już wiem, że mogłem zadać przynajmniej kilka innych dodatkowych pytań, które uczyniłyby całą sondę bardziej interesującą (pominąłem m.in. kluczowy wątek pod tytułem „kibicujesz drużynie, czy zawodnikowi?”), ale nic nie stoi na przeszkodzie (skoro już wiem, że mogę liczyć na duże wsparcie), aby w przyszłości wystartować z kolejną sondą uzupełniającą.

 

Reasumując…

Pamiętam, jak 20 lat temu przechadzałem się po rynku 12-tysięcznego miasta w Polsce środkowo-wschodniej i stanąłem na chwilę przy straganie z nieudolnie podrabianymi czapkami z logo drużyn sportowych. Sprzedawca – typ żylastego pięćdziesięciolatka z zawadiacko rozpiętą na klacie koszulą i okazałymi wąsami w roli wyczerpujących didaskaliów – natychmiast zwietrzył szansę na zrobienie interesu i pospiesznie rzucanymi sloganami próbował mnie przekonać, że u niego znajdę wszystko, czego tylko potrzebuję. Gdy zapytałem, co ma z NBA, odparł z niekrytym zadowoleniem, że jest u niego i „Byczek” i „LAKERSI” („LAKERSI”, nie „lejkersi”). Dwadzieścia lat później okazało się, że jego strategia marketingowa była trafiona jak osobisty Micheala Williamsa rzucony między 24 marca a 9 listopada 1993 roku – Byczek i LAKERSI to wciąż dwie najpopularniejsze zespoły NBA wśród Polskich kibiców. I taki jest główny wniosek z tego „spisu powszechnego”.

Dzięki za Wasze głosy i pomoc w promowaniu sondy!

 

PS: Bloga Mercy Mercy Jerome Kersey można lubić na Facebooku.

Clipboard023

Otagowane ,