Category Archives: Karty

Keith Closs

Keith Closs

Fun Fact: Keith Closs to jedna z największych osobliwości NBA lat 90. Długi (221 cm), chudy (90-coś kilo) i brzydki (piłka Spaldinga ma lepszą cerę niż on), a na dodatek grający dla Clippers. Jeśli chodzi o dwa ostatnie przymioty, zdecydowanie pozostajemy w klimacie poprzedniego wpisu.

Keith Closs

W lidze wytrzymał tylko 3 niepełne sezony, przegrywając nierówną walkę z alkoholizmem. Szkoda. Miał przed sobą świetlaną przyszłość w roli tego dryblasa, który równie często blokuje rzuty, co daje nad sobą widowiskowo dunkować…

Shawn Bradley approves.

W tej sytuacji jego najbardziej znanym highlightem pozostaje amatorskie wideo z niesławną bójką pod klubem nocnym, w którym pijany Closs prowokuje i zostaje pobity przez bandę nie mniej pijanych imprezowiczów (Clossowi nie tylko nic się nie stało, ale następnego dnia rozegrał jeden z najlepszych meczów życia, z drugim największym dorobkiem punktowym w karierze). Drugie miejsce to chyba ta akcja:

Przez pewien czas wydawało się, że połączenie niespełnionego talentu, nieludzkich warunków fizycznych i przykuwającej uwagę ze złych powodów aparycji czyni z Keitha Clossa gracza niepowtarzalnego, ale potem na 19 meczów wpadł do NBA Peter John Ramos.

ramos

A Closs ostatecznie się ogarnął, wygrał z nałogiem i wrócił do gry w kosza, zaliczając m.in. całkiem udany epizod w lidze chińskiej. I życzy Wam wszystkim Wesołych Mikołajek…

Otagowane

Ken Bannister

Ken Bannister

Fun Fact: Aby jak najlepiej wyjaśnić moją sympatię do tej karty, zacytuję fragment „The Book Of Basketball”, w której Bannister dostał cały akapit jako członek drużyny złożonej z najbardziej niepowtarzalnych zawodników ery „po Billu Russellu” – drugich takich, „z powodów genetycznych lub fizycznych”, nigdy już nie będzie:

„Nie jestem pewien w jaki sposób Bannister, skrzydłowy Knicks w połowie lat osiemdziesiątych, dorobił się ksywki „The Animal”, ale mam kilka podejrzeń. Za każdym razem, gdy Kenny Bannister wychodził tunelem na parkiet, wszyscy cichli, tak jakby działo się właśnie coś złego (to zdarzało się tylko w przypadku trzech osób: Bannistera, Cadillaca Andersona i Popeye’a Jonesa – są jak Bird, Magic i MJ brzydoty). Jest kapitanem Drużyny Gwiazd „Dzięki Bogu, Że W Jego Czasach Nie Było Jakości HD”, która składa się z Dennisa Rodmana, Grega „Cadillaca” Andersona, Gheorghe Muresana, Brooka Steppe, Tyrone’a Hilla, braci Cummings (Terry’ego i Pata), Paula Mokeskiego, Anthony’ego Masona, Davida Wesleya, Ervina „Nie Magica” Johnsona, drużyny Celtics z 1987 roku, Kings z 2002 i nieśmiertelnego Popeye’a Jonesa, o którym kiedyś napisałem, że ‚Niczym Wielki Kanion i Kaplicę Sykstyńską, Popeye’a trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy’„.

Też nie wiem skąd wzięła się ksywa „The Animal”, ale Bannister przez krótki czas spędzony w NBA (1984-1991) ze sporym oddaniem ją kultywował. Przykładowo: w sezonie 90/91 przekazywał 50 dolarów ogrodowi zoologicznemu w Los Angeles za każdy spudłowany rzut wolny (co było dość hojnym gestem w wykonaniu gościa, który miewał problemy z trafianiem 40% swoich osobistych). „Zwierzak” pozostawał jednak wierny swojemu przydomkowi nie tylko poza parkietem:

Klinika Weterynaryjna Bannister w Raytown, Missouri, wbrew pozorom nie jest już jednak z nim związana. W zasadzie to po 2000 roku (gdy skończył karierę międzynarodową) słuch po Kenie zaginął. Mam nadzieję, że żyje i ma się dobrze. Pozdrowienia.

Otagowane

Reggie Lewis

Reggie Lewis

Sad Fact: Gdyby jego serce nie poddało się w trakcie treningu latem 1993 roku, Reggie Lewis obchodziłby dzisiaj swoje 50 urodziny.

Fun Fact: Jak dobry był Reggie Lewis? Kibice (w tym ja) mają dziś pewne problemy z recenzjami jego talentu, bo zostaliśmy przez los pozbawieni okazji do oglądania go u szczytu formy (zmarł w wieku 27 lat, akurat gdy Celtics zostali jego zespołem po odejściu Larry’ego Birda), a poza tym trudno wyobrazić sobie jego dalszą ścieżkę kariery ze względu na brak oczywistych porównań z innymi zawodnikami. Był łowcą punktów w starym stylu – graczem obwodowym z ciągiem na kosz, ale bez rzutu trzypunktowego – który wchodził w swój „prime” w lidze u progu nowej ery. Znamienny jest jednak fakt powszechnego szacunku wśród jemu współczesnych zawodników. Jeden z najlepszych defensorów w swoich czasach, Joe Dumars, powiedział kiedyś, że wyłączając Michaela Jordana, Lewis był najtrudniejszym do upilnowania graczem z jakim przyszło mu się zmagać. Jordan z kolei porównywał go do właśnie Dumarsa i choć chodziło mu o stalowe nerwy na parkiecie, to wspólnym mianownikiem była też dobra gra w obronie (wzmiankę o wypowiedziach Dumarsa i Jordana znajdziecie w tym artykule). W skrócie: Reggie Lewis był dobry.

Otagowane

Atrament Sympatyczny: Scot Pollard

Scot Pollard

Scot Pollard back

(Moje karciane zbieractwo bardzo rzadko polega na kolekcjonowaniu konkretnych podserii, ale kiedyś wziąłem się za kompletowanie setu Elusive Ink wchodzącego w skład serii 2011-12 Panini Past & Present. To co mnie w nim ujęło i co chciałem w cyklu „Atrament Sympatyczny” wypromować, to idea stojąca za Elusive Ink – przypomnienie mniej znanych zawodników nie tylko z lat 90, ale też 70 i 80. Oto kolejny bohater tej serii, którego ulotny urok tradycyjnie spróbuję uchwycić w pięciu krótkich punktach…)

1. Nazywanie Scota Pollarda typowym wyrobnikiem jest błędem. Był wyrobnikiem bardzo nietypowym…

pollard01

2. W ujęciu liczbowym, jego wkład w historię NBA to mało imponujące 4.4 PPG i 4.6 RPG za całą karierę (trwającą 11 sezonów z postojami w Detroit, Sacramento, Indianie, Cleveland i Bostonie), z rekordowymi skokami do 6.5 PPG w sezonie 00/01 i 7.1 RPG w 01/02. Swój najlepszy mecz rozegrał 16 kwietnia 2002 roku, gdy zastępując Chrisa Webbera w pierwszej piątce zaaplikował Golden State Warriors 23 punkty (jego rekord strzelecki) i 14 zbiórek, 3 asysty oraz 2 bloki. Spuścizny Pollarda nie da się jednak oddać liczbami… No bo kto zliczy jego wszystkie dziwne fryzury?

pollard02

3. Scot zagrał tytułową rolę w horrorze „Axeman”, w którym przy pomocy równie tytułowej siekiery (i nie tylko) dołożył swoją cegiełkę do przetrzebiania szeregów napalonych nastolatków spędzających wakacje w odciętych od świata chatkach.

4. Mordowanie ludzi to jednak nie najbardziej kontrowersyjna rzecz w wykonaniu Pollarda, jaką uchwyciły kamery:

5. Scot został zaproszony do 32 edycji reality show „Survivor” (premiera w amerykańskiej telewizji w lutym 2016), w ramach której będzie zmagał się z naturą (także ludzką) na kambodżańskiej wyspie. Dajcie mu siekierę i macie moją uwagę…

Otagowane , , ,

Vin Baker

Vin Baker

Fun Fact: Zapewne zauważyliście, że lubię wynajdować stare reklamy z bohaterami mojego bloga. Stara reklama z Vinem Bakerem też istnieje.

Hmm… Chyba wszyscy wiemy jak tę porażkę odreagował Vin…

Ale kiepskie żarty na bok – najbardziej „fun” ze wszystkich bakerowych faktów to w tym momencie jego kolejne sukcesy w wychodzeniu na prostą. Baker alkohol zamienił najpierw na komżę ministranta w kościele prowadzonym przez swojego ojca, a teraz na pracę w Starbucksie. Ktoś tam pewnie odchrząknie znacząco, bo w teorii przejście z bycia gwiazdą NBA do robienia hipsterom latte w sieciówce jest dość dramatycznym zwrotem akcji, ale jak dla mnie to news jednoznacznie pozytywny i trzymam kciuki za pozbawioną skrótów karierę Bakera w korpoświecie.

I wciąż nie przestaję liczyć na karierę wokalną.

Otagowane

Paul Pierce

Paul Pierce

Fun Fact: W składach klubów NBA na początku sezonu 15/16 jest dziewięciu zawodników z lat 90. Są to: Kevin Garnett (zaczął karierę w 1995 roku), Kobe Bryant (1996), Tim Duncan (1997), Vince Carter (1998), Dirk Nowitzki (1998), Paul Pierce (1998), Jason Terry (1999), Andre Miller (1999) i Koszykarz Znany Wcześniej Jako Ron Artest (1999). Ich klasa i długowieczność sprawia, że nawet lepiej pasowaliby do bloga o latach zerowych lub dziesiętnych w NBA, ale metryki nie kłamią. Gdy Paul Pierce zaczynał karierę, Will Smith śpiewał „Gettin’ Jiggy With It”, Celine Dion „My Heart Will Go On” a Aerosmith „I Don’t Want To Miss A Thing”. Trudno o bardziej ninetiesowe rzeczy do śpiewania.

Z tym początkiem kariery Pierce’a, wiąże się też klasyczna anegdota z serii „co by było, gdyby”, której centralnym punktem jest pochopna obietnica i honor Larry’ego Browna. Gdy w drugiej połowie lat 90 prowadził 76ers, wybrał z numerem ósmym Draftu 1998 Larry’ego Hughesa, którego zhandlował za Toniego Kukoca półtora roku później. Paul Pierce był wtedy wciąż do wzięcia i na swoich przednaborowych listach rankingowych, Sixers umieszczali „Prawdę” wyżej niż Larry’ego. Trener Brown jednak w trakcie testów Hughesa w Philly chlapnął, że obiecuje mu, iż Sixers wezmą go z ósemką, jeśli wciąż będzie do wzięcia. W dniu draftu postanowił dotrzymać słowa, zagłuszając zdrowy rozsądek także tradycyjnym bełkotem o wyborze ze względu na pozycję (Tim Thomas, dla którego w teorii było zaklepane miejsce na small forward, został oddany do Milwaukee jeszcze w debiutanckim sezonie Pierce’a). Allen Iverson i Paul Pierce w jednej drużynie? Zważywszy na to, że A.I. nigdy nie doczekał się drugiej gwiazdy do pomocy, można fantazjować, że początek XXI wieku mógł mieć zupełnie inny przebieg…

Z drugiej strony, gdyby Sixers zgarnęli Pierce’a, Boston mógł wziąć Hughesa (który zresztą nie był złym zawodnikiem, zdobywał kiedyś po 22 punkty w meczu i trafił do pierwszej piątki All-Defensive w 2005), co dałoby nam w jednej drużynie gościa, który doczekał się strony internetowej o adresie larryhughespleasestoptakingsomanybadshots.com oraz gościa tłumaczącego, że rzuca tak często za trzy punkty, bo nie da się za cztery. Nie wiem, czy ten sport by to przetrwał…

Prawdą jest jednak, że w 1999 roku i tak uważałem, że w Drafcie 1998 wszyscy powinni wybrać Jasona Williamsa. No, ewentualnie Vince’a Cartera

Otagowane

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Zaczął się 70 sezon NBA i 50 sezon istnienia Chicago Bulls (którzy zresztą uczcili obydwie okazje pokonując w meczu otwarcie Cavs). Mija też mniej więcej 20 lat odkąd uważam powyższą kartę, za najlepszą kartę Michaela Jordana – zawodnika, którego przypomnienie (choć Jordana przecież nie trzeba nikomu przypominać) jest jedynym możliwym zabiegiem, gdy chce się uczcić urodziny Bulls poprzez jedno tylko nazwisko.

Przy okazji Jordan jest też rekordzistą NBA jeśli chodzi o ilość punktów w pierwszym dniu sezonu (przynajmniej od 1963 roku, nie mam pewności czy Wilt Chamberlain czegoś wcześniej nie wywinął). Wicerekordzistą zresztą też. W 1989 roku zaczął od 54 punktów (Bulls także grali wtedy z Cleveland), a w 1986 – od 50 (oczywiście w Madison Square Garden). Stephen Curry z wczorajszą czterdziestką nie łapałby się nawet do pierwszej dziesiątki pod tym względem.

Jak jeszcze uczcić początek obchodów 50 urodzin Bulls? Można na przykład przypomnieć boleśnie drętwą reklamę z pierwszych lat klubu, w której wystąpiła ich ówczesna gwiazda, Jerry Sloan. I nie tylko on…

Ponieważ to jednak blog o ostatniej dekadzie XX wieku, na koniec coś bardziej pasującego do tamtego przedziału czasowego i estetycznego:

Sto lat, Byki. Bez was nie miałbym przeciwko komu kibicować w latach 90.

Otagowane

Johnny Taylor

Johnny Taylor

Fun Fact:

NAJGORSZA.

KARTA.

EVER.

Kiepsko wklejone tło, nieporadnie udawany gest tryumfu połączony z płaczliwą miną… Wyobraźcie sobie, że jesteście debiutantem w NBA, dopiero co wybranym z 17 numerem w drafcie, stojącym u pierwszego stopnia stromych schodów prowadzących do zdobycia powszechnego szacunku i rozpoznawalności… i wtedy wpada wam w ręce wasza debiutancka karta, na której jakiś żartowniś umieścił zupełny odrzut z sesji fotograficznej. Pewnie gdy w 2000 roku – trzy sezony po wyborze przez Magic – Johnny Taylor opuszczał NBA, liczył że to koniec z występami na kartach koszykarskich. W tym kontekście doczekał się happy endu, bo do amerykańskiej ligi już nie powrócił (poza epizodem w D-League, ale tam nie robią kart), za to grał zawodowo aż do 2012 roku w takich krajach jak Włochy, Filipiny, Rosja, Korea Południowa, Hiszpania, Liban, Belgia, Japonia i Bahrain.

15-letnia kariera zawodowa to naprawdę spore osiągnięcie (a dziś Taylor jest asystentem trener na swoim dawnym uniwerku), więc w kontekście powyższej karty można by było powiedzieć (na przykład okrutnemu fotoedytorowi z firmy Topps), że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Tyle że daleko nam jeszcze do ostatniego śmiechu wywołanego widokiem debiutanckiej karty Taylora. Tak długo jak zachowam swój egzemplarz, będzie on rozbrzmiewał nieustannie…

Otagowane ,

Chris Carr

Chris Carr

Fun Fact: Domyślam się, że przez ostatnie 20 lat, parę osób mogło zapomnieć o cegiełkach jakie ten obrońca dołożył do krótkotrwałego, ale jakże ekscytującego związku Kevina Garnetta i Stephona Marbury’ego w Minnesocie. A jak już Chris Carr dokładał cegiełkę, to zazwyczaj z góry:

Spuścizna Carra to przede wszystkim powyższy wsad nad Mutombo (oraz parę innych widowiskowych wykończeń akcji Wolves w latach 1996-1998), drugie miejsce (za Kobe Bryantem) w Slam Dunk Contest 1997 (choć nie był to jakiś wiekopomny występ) oraz całkiem solidny sezon 97/98 (średnio 9.9 PPG), po którym został jednak oddany – na początku kolejnych rozgrywek – do New Jersey Nets, jako część nieszczęsnego transferu Starbury’ego. Trzy lata później był już poza NBA, choć na początku 2000 roku zakotwiczył – po serii dwóch 10-dniowych kontraktów – w Chicago, gdzie rzucał po 9.8 punktu w 50 meczach. Tyle że byli to Bulls, którzy wygrali 17 spotkań, a 9.3 punktu rzucał dla nich niejaki Rusty LaRue, 7.7 punktu niejaki Corey Benjamin, 7.6 punktu niejaki Dedric Wiloughby a 6.5 punktu – the one and only – Kornel David.

David_Kornel_202

Tego lata myślałem o Chrisie najwięcej od 1998 roku, oto bowiem jego nazwisko pojawiło się nagle w artykułach o moim najbardziej nieodżałowanym obecnie niespełnionym talencie – okazało się, że Carr jest mentorem próbującego dostać jeszcze jedną szansę w NBA Royce’a White’a. Na razie praca z trenerem szkoły średniej w minnesockim Eden Prairie załatwiła White’owi miejsce w lidze letniej, ale występy w składzie Clippers miał raczej marne i nie zaktowiczył na żadnym obozie treningowym drużyny NBA.

A wracając do spuścizny Chrisa Carra to został on kiedyś ukarany przez NBA za noszenie zbyt długich spodenek.

Otagowane

P.J. Brown

PJ Brown

Fun Fact: Collier Brown Junior (podobno „P.J” to ksywka, którą zainspirowała jego dziecinna miłość do „peanut butter and jelly”) nie raz w swojej karierze walczył o zbiórkę. Jest dzięki temu na 25 miejscu w historii ligi pod względem ilości zbiórek ofensywnych, przed – między innymi – Kareemem Abdul-Jabbarem czy Patrickiem Ewingiem. Nie raz pomagał w ten sposób swojej drużynie, ale najbardziej pamiętną walkę o zbiórkę ofensywną stoczył 14 maja 1997. I choć nie złapał wówczas piłki, to tą jedną akcją pomógł swojej drużynie wygrać dwa mecze i całą serię best of seven, w której przegrywała ona już 1-3. Bo zamiast piłki zebrał w niej Charlie’ego Warda. A potem bezceremonialnie rzucił nim w trybuny…

Reszta jest historią. P.J. Brown został wykluczony z gry na resztę serii, ale w wyniku bójki zawieszono znaczną część zawodników Knicks, co Miami wykorzystuje pokonując ich w meczu numer 6 (nie grali wówczas Patrick Ewing, Allan Houston i Charlie Ward) oraz numer 7 (brakował wtedy Larry’ego Johnsona i Johna Starksa) i awansując do finału Konferencji Wschodniej.

Jako fan Knicks nie mam pretensji do Browna. Przecież na tym polegała rywalizacja Heat i Knicks. Wszystkie chwyty były dozwolone i Collier junior po prostu dopisał do tego wątku kolejny rozdział. Mam do niego pretensję o co innego: że ubarwiając historię rywalizacji między Miami i Nowym Jorkiem, pozbawił wszystkich ostatniego tańca między Knicks a Bulls – chyba jeszcze bardziej legendarnej rywalizacji z lat 90. Byki w 1997 roku ograły Heat w pięciu meczach bez większej historii, którą na pewno byłby siódmy pojedynek playoffowy Chicago i Nowego Jorku na przestrzeni ośmiu lat. Te starcia były solą koszykówki lat 90. Solą w oku fana Knicks, dodajmy.

Otagowane