Category Archives: Karty

Rony Seikaly

Rony Seikaly

Fun Fact: Rony Seikaly – czyli członek klubu „znanych graczy, którzy w latach 90 grali dla Golden State i zupełnie niczego nie osiągali (bo byli za starzy, za młodzi albo wpadali tylko przelotem)” – jest bohaterem jednej z dziwniejszych historii z rodzaju „co by było gdyby?”.

Podczas trade deadline w 1998 roku, gdy był w trakcie swojego drugiego sezonu w Orlando, Magic dogadali się z Jazz w sprawie wymiany, ekspediującej Libańczyka do Salt Lake City, w zamian za Chrisa Morrisa, Grega Fostera i pick w drafcie. Jazzmani zmierzali wówczas do drugiego kolejnego występu w finałach NBA i notujący w tamtym momencie średnie na poziomie 15 punktów i 7 zbiórek center, byłby zdecydowanym wzmocnieniem podkoszowej rotacji składającej się właśnie z Fostera, Grega Ostertaga, Adama Keefe’a i Antoine’a Carra (którzy w Playoffs 1998 rzucali ŁĄCZNIE 14 punktów na mecz). Dałby Jerry’emu Sloanowi bardzo przydatną opcję ofensywną, która nie musiałaby odmienić losów finałowego pojedynku z Bulls, ale na pewno by pomogła.

Tyle, że Seikaly nie stawił się w Utah i klub anulował transfer po upływie 48 godzin, w ciągu których – według regulaminu – zawodnicy muszą zameldować się w nowym miejscu pracy.

Center, który w tej sytuacji został oddany do Nets, zarzekał się, że bardzo chciał grać o mistrzostwo z Johnem Stocktonem i Karlem Malone’em (Rony w całej karierze zagrał w playoffs 14 razy, Jazz w samych playoffach 1998 – 20). Według niego, wymiana nie doszła do skutku z winy Jazzmanów, po tym, jak wyszła na jaw kontuzja stopy Libańczyka, która miała zmusić go do pauzowania przez kilka tygodni.

Zespół z Salt Lake City przedstawiał zupełnie inną wersję wydarzeń, w której gracz i jego agent w pewnym momencie zerwali kontakt i mimo upływu dwóch dni, nie wyjaśnili nieobecności nowego pracownika.

Nie tylko jednak Jazzmani nie wiedzieli o co chodzi koszykarzowi – także działacze Magic nie kryli swojej frustracji postawą Seikaly’ego, rozważając ukaranie go poprzez wypowiedzenie umowy, gdyby nie udało się dopiąć żadnego dealu z jego udziałem.

W wersję o niezdecydowaniu włodarzy Utah Jazz trudno uwierzyć m.in. dlatego, że center Magic już wcześniej blokował transfery.

Zanim dogadali się z Jazz, Magicy mieli niemal gotową trójstronną wymianę z Sixers i Warriors, ale Seikaly powiedział, że nie chce grać w Filadelfii. Gdy w ramach planu B, Orlando rozpoczęło rozmowy z Raptors, Rony znów podniósł larum, że nie planuje przeprowadzać się do Kanady. Nic dziwnego, że zbuntował się też na myśl o zamianie plaż Florydy na śnieżne połacie Utah (co sugerował chociażby jego ówczesny kolega z Magic, Nick Anderson).

Dodatkowo pojawia się wątek restrukturyzacji umowy środkowego, która przestawała być gwarantowana po kolejnym sezonie, co gracz chciał zmienić, a klub – przemyśleć. Jeśli Seikaly uznał, że nie postawi na swoim, to mógł albo się obrazić, albo próbować wywrzeć nacisk poprzez ciche (dwa) dni. W każdym razie gadka o wycofaniu się z transferu ze względu na kontuzje brzmi niezbyt logicznie, bo przecież Rony nie stawił się nawet w Salt Lake City na badania lekarskie. Jeśli jego uraz faktycznie zaniepokoiłby drużynę, mogli spokojnie anulować deal na tej właśnie, medycznej podstawie.

Wiarę w słowa Seikaly’ego i jego wielką chęć gry o mistrzostwo utrudnia także anegdotka Johna Salleya – kumpla Libańczyka z czasów gry dla Heat:

Pewnego dnia [Seikaly] mówi do mnie: „Hej, stary, jak to jest z tym graniem aż do czerwca?”

Jak pamiętacie, przez sześć sezonów grałem w Pistons i występowałem co roku w playoffach. Pytam więc: „Ale o co ci chodzi?”

„No wiesz, playoffy, trzecia runda, gra się aż do 28 czerwca” – kontynuuje.

„Eee, no tak to już jest, gdy wygrywasz mistrzostwo” – mówię.

A on na to: „Ale przecież płacą ci tylko za grę od listopada do kwietnia! To zabiera zbyt dużą część lata. To niedorzeczne”.

Tłumaczę więc: „No cóż, w grze o tytuł nie liczą się pieniądze, tylko duma”.

On zaś odpowiada: „Chyba musi tak być, bo to przecież straszne gówno, że musicie grać dwa miesiące dłużej”.

Oczywiście Rony Seikaly zaprzecza, że coś takiego powiedział.

Nie zaprzecza z kolei Derek Harper, że gdy rok wcześniej był w takiej samej sytuacji co Seikaly – jego Mavericks chcieli oddać go Jazz – miał gdzieś szansę gry o mistrzostwo jako zmiennik Johna Stocktona. Dziennikarzom ESPN powiedział wówczas:

Tak, była mowa o transferze do Utah, ale sami sobie idźcie do Utah. Nie mam nic do stanu, ani drużyny, ale po prostu nie chcę tam mieszkać.

Może więc nie powinno się w Seikaly’ego rzucać kamieniami zanim ktoś nie zapyta, czy wolimy mieszkać w Miami czy Salt Lake City?

Zresztą Jazz nie mają czego żałować, bo po tym, jak odrzucił szansę gry dla nich (albo oni odrzucili jego – chyba już nigdy się nie dowiemy), Rony rozegrał tylko 18 meczów NBA – 9 do końca sezonu 97/98 i 9 w polokautowych rozgrywkach 98/99 – i zakończył karierę z powodu… a jakże, kontuzji stopy, która zaczęła mu doskwierać przed trade deadline 1998.

Czyli wersja z Jazz orientującymi się nagle, że oddali dwóch kluczowych zadaniowców za gościa z jedną nogą, wcale nie jest mniej sensowna niż niechęć Seikaly’ego do dwóch miesięcy pracy za darmo.

Otagowane

Walt Williams

Walt Williams

Fun Fact: Obejrzałem sobie ostatnio mecz pomiędzy Sacramento Kings i Miami Heat z 5 lutego 1996 roku, głównie dlatego, że chciałem popatrzeć na Walta Williamsa w akcji.

W pakiecie dostałem też Billy’ego Owensa, który interesuje mnie z tych samych powodów co The Wizard – obydwaj panowie przychodzili do ligi jako wszechstronni skrzydłowi ze smykałką do rozgrywania. To Owens był uważany za większy talent i – ostatecznie – większe rozczarowanie, ale tak on, jak i Walt bardzo blado wypadali na tle niegdysiejszych porównań do Magica Johnsona.

Co ciekawe, nieco ponad dwa tygodnie po tym meczu, Kings i Heat wymienili się swoimi niespełnionymi nadziejami. Walt Williams powędrował na Florydę razem z Tyrone’em Corbinem (został tam tylko do końca sezonu), zaś oprócz Billy’ego Owensa zmuszony do spakowania się został Kevin Gamble. To było w ogóle rewolucyjne zamknięcie okienka transferowego dla Heat, którzy domknęli jeszcze dwie wymiany – pozyskali Tima Hardawaya i Chrisa Gatlinga z Warriors za Bimbo Colesa i Kevina Willisa, a Terrence’a Renchera zamienili z Suns na Tony’ego Smitha. Wszystko po to, żeby mieć latem kasę na Gary’ego Paytona, Reggie’ego Millera i Juwana Howarda (choć, jak wiemy, plany od A do C nie wypaliły i Heat musieli się zadowolić nową umową dla Tima Hardawaya, Danem Majerle i P.J. Brownem).

Do Walta Williamsa mam też sentyment zbudowany na jego udziale w moim ulubionym, choć dość niszowym przerywniku z lat 90., w którym – już w jednej z kilku pierwszych migawek – prezentuje efektowny wymach nogami po wsadzie.

Ten spot jest jak zapis imprezy, na której moje dwie szczenięce miłości z tamtych lat – NBA i euro dance – spotkały się i nawciągały kokainy. LOWE.

Otagowane

David Robinson

David Robinson

Fun Fact: 2 lutego to Dzień Świstaka czyli humorystyczne amerykańskie święto zwiastujące rychłe nadejście wiosny, ale mnie ono jednak bardziej kojarzy się z przeżywaniem w kółko tego samego dnia, jak w filmie Harolda Ramisa, którego tłem była uroczystość w kolebce świstaczego zwyczaju – mieście Punxsutawney. Główny bohater, grany przez Billa Murraya, skazany jest na ciągłe powtarzanie niezbyt udanych 24 godzin swojego życia, dopóki nie uda mu się naprawić swoich błędów i stać się lepszym człowiekiem (i poderwać Andie MacDowell).

Jeśli potraktować tę pętlę nie jako piekło, a szansę na wprowadzenie znaczących poprawek do swojego życia, to pewnie znaleźlibyśmy kilku koszykarzy NBA z lat 90. chętnych na powtórkę.

Chris Webber z pewnością chciałby cofnąć czas – czas wzięty w czasie finału NCAA.

Nick Anderson swoim Dniem Świstaka wybrałby dzień pierwszego meczu Finałów 1995 (ciekawe powtórek zajęłoby mu trafienie choć jednego z czterech rzutów wolnych).

Karl Malone także mógłby poćwiczyć osobiste w finałowych pierwszych meczach, tyle że w 1997 roku. Albo cięte riposty, gdy ktoś ci mówi „Listonosz nie pracuje w niedzielę” (możliwe opcje: „A Twój ryj nie pracuje cały tydzień”, „Przynajmniej nie biorę urlopów na żądanie w okresie największego obłożenia i nie zastępuje mnie Toni Kukoc” lub „Spier***”).

Charles Smith ustawiłby sobie na „repeat” 2 czerwca 1993 i może w końcu włożyłby z góry tę @#$% piłkę.

Alton Lister mógłby zaś 30 kwietnia 1992, przed meczem z Sonics, zakończyć karierę.

David Robinson nie jest gościem, który powinien czegokolwiek żałować w swojej karierze – w końcu dała mu nie tylko liczne indywidualne osiągnięcia, ale i – ostatecznie – dwa mistrzostwa. Gdyby jednak miał większe ego, na pewno przeszkadzałoby mu, że już zawsze będziemy mówić, iż nic by nie osiągnął, gdyby nie Tim Duncan.

Momentem, w którym cały świat zobaczył rysę na posągowej postaci Robinsona, były finały Konferencji Zachodniej w 1995 roku, w których Spurs mierzyli się z Rockets , a Admirał – odbierający nagrodę MVP przed pierwszym starciem serii – stawał naprzeciwko Hakeema Olajuwona, najbardziej wartościowego zawodnika sprzed roku. Ostrogi były najlepszym zespołem sezonu regularnego, podczas gdy Rakiety przystępowały do obrony tytuł dopiero z szóstego miejsca na Zachodzie. To jednak Houstończycy wygrali dwa pierwsze i dwa ostatnie mecze serii, oddając tylko dwa środkowe spotkania we własnej hali, a motywem przewodnim była bezwzględna dominacja Olajuwona (średnie 35.3 PPG, 12.5 RPG, 5.0 APG, 4.2 BPG) nad Robinsonem. A symbolem tej dominacji była ta oto akcja, z drugiego meczu…

I tak sobie myślę, że Robinson doceniłby szansę na wymazanie ze wszystkich highlightów tego właśnie momentu, który dla wielu kibiców jest pierwszym skojarzeniem z jego osobą.

Oczywiście powtórka tego dnia raczej nie odmieniłaby losów serii. Do tego Admirał potrzebowałby roli nie w „Dniu Świstaka” a w „Terminatorze”, w której to łaziłby na początku lat 60. po Lagosie i pytał kobiety „Are you Abike Olajuwon?”

A wracając do miasteczka Punxsutawney w stanie Pensylwania, miejsca obchodów najsłynniejszego Dnia Świstaka spopularyzowanego przez wspomnianą komedię Ramisa, to warto dodać, że ma ono dość duży wkład w historię NBA. To właśnie w nim urodził się legendarny trener Chuck Daly (który zresztą trenował Robinsona na IO w Barcelonie).

 

Otagowane

Anfernee Hardaway

Anfernee Hardaway

Fun Fact: Z okazji kolejnej na blogu rysunkowej karty, postanowiłem powalczyć o piątkę złożoną z graczy z lat 90. mających ksywy związane z pieniędzmi (korzystam z bazy ksyw na Basketball-Reference):

PG – Greg „G-Money” Anthony

SG – Anfernee „Penny” Hardaway

SF – Glen „G-Money” Rice

PF – Grant „G-Money” Hill ¯\_(ツ)_/¯

C – Bill „Dollar Bill” Cartwright

6th Man – Benoit Benjamin (ksywę ma niby Big Ben, ale „Benjamin” to w amerykańskim slangu określenie banknotu studolarowego)

No dobra, przyznaję, trochę czerstwa ta piątka.

Ale nie bardziej czerstwa niż żarty polegające na ściąganiu koledze spodni.

 

Otagowane ,

Orlando Woolridge

Orlando Woolridge

Fun Fact: Będąc pod wrażeniem transferu Blake’a Griffina do Detroit Pistons, bohaterem kolejnego wpisu czynię innego skrzydłowego, sprowadzonego niegdyś w wymianie do Motor City.

W zasadzie, to Orlando Woolridge jest jednym z najlepszych zawodników jakich Tłoki pozyskały w ramach trade’u w latach 90.  Mówię oczywiście o talencie i pozycji w hierarchii ligi w momencie transferu (dopiero co rzucał po 25 punktów w meczu jak gracz Nuggets), a nie tego, czy ta wymiana wypaliła.

Bo nie wypaliła.

Pozyskany w sierpniu 1991 roku, Orlando miał ożywić ofensywę podupadających Pistons, ale skończyło się na kolejnym rozdziale „Klątwy Woolridge’a”: każda z 7 drużyn, która sprowadzała go do siebie notowała w danym sezonie bilans gorszy niż w poprzednim. Tych, którzy wierzyli, że numer zero odmieni Tłoki powinien zastanowić fakt, że aby namówić Denver na wymianę wystarczył rzucający po 1.8 punktu w meczu Scott Hastings i wybór w drugiej rundzie draftu. Przez 1.5 sezonu w stanie Michigan, Orlando rzucał w okolicy 14 punktów w każdym meczu, a przed trade deadline 1993 został wymieniony za inny wielki talent u schyłku kariery – czterokrotnego All-Stara (po raz ostatni wystąpił w ASG w 1991 roku), świetnego defensora z quadruple-double na koncie, Alvina Robertsona. Obrońca dokończył sezon w Detroit ale jeszcze przed startem kolejnego wyekspediowano go do Denver za Marcusa Liberty’ego i Mark Macona (Robertson stracił rozgrywki 93/94 i 94/95 z powodu kontuzji więc ostatecznie dla klubu z Kolorado nie zagrał).

Inni znaczący zawodnicy, jacy trafiali do Motor City poprzez trade w latach 90 (chronologicznie):

Sean Elliott (ze Spurs, razem z Davidem Woodem i pierwszorundowym pickiem, za Dennisa Rodmana, Isaiah Morrisa, pick pierwszorundowy i pick drugorundowy; październik 1993) – Sean Elliott był świeżo upieczonym All-Starem, ale znacznie obniżył loty w Detroit i po roku został zwrócony Ostrogom. Drodzy Pistons, odrobina kadrowej konsekwencji by was nie zabiła…

Otis Thorpe (z Blazers, za Billa Curleya i Randolpha Childressa; wrzesień 1995) – Pistons wyjęli niezadowolonego Thorpe’a praktycznie za darmo, a on za ratunek od dalszej gry w Oregonie odwdzięczył się dwoma sezonami na poziomie jego średniej z kariery (14/8). Niewiele brakowało, a odwdzięczyłby się także najlepszym dealem w historii klubu z Detroit, ale Tłoki pozyskany za niego w 1997 pick Grizzlies – przepraszam za określenie, ale uważam, że jest ono wyjątkowo na miejscu – przepierdolili w 2003 roku na Darko Milicicia.

Stacey Augmon i Grant Long (z Hawks, za dwa picki pierwszorudnowe i dwa picki drugorundowe; lipiec 1996) – Augmon i Long byli od lat graczami pierwszopiątkowymi, ale w Detroit (podobnie jak Elliott, Robertson i Woolridge) zaliczyli spadek formy (skalę obrazuje zestawienie średnich punktowych – w ostatnim sezonie w Atlancie obydwaj notowali po 13 punktów na mecz, a w Motor City – po 5). Augmon jeszcze w trakcie rozgrywek 96/97 został oddany do Blazers, a z Longiem po dwóch latach nie przedłużono kontraktu (wrócił do Hawks). Na szczęście za ten duet Tłoki nie oddały w zasadzie nic, bo Jastrzębie zmarnowały wszystkie cztery otrzymane picki (wykorzystano je na Alaina Digbeau, Cala Bowdlera, Diona Glovera i Lariego Ketnera… no dobra – Glover coś tam sensownego grał, ale reszta na niewiele się zdała).

Jerry Stackhouse (z 76ers, z Erikiem Montrossem i drugorundowym pickiem, za Theo Ratliffa, Aarona McKie i pick pierwszorundowy; grudzień 1997) – Stack oczywiście nigdy nie zrealizował w pełni swojego gwiazdorskiego potencjału, ale Pistons dobrze zrobili dając mu szansę. No i jakby nie patrzeć rzucał te prawie 30 punktów w meczu w sezonie 00/01.

Christian Laettner (z Hawks, za Scota Pollarda i pick pierwszorundowy; styczeń 1999) – dwa lata wcześniej o tej samej porze Laettner grał w Meczu Gwiazd, ale w międzyczasie spuścił z tonu, a w lokautowym sezonie pojawił się w koszulce Pistons tylko 16 razy (do tego z najgorszymi w karierze średnimi 7 punktów i 3 zbiórek). Odkuł się trochę rok później (12/6), ale Tłoki oczywiście szybko zmieniły zdanie, wysyłając Krzyśka do Dallas półtora roku po ściągnięciu go z Atlanty.

Jak widzicie, generalni menadżerowie Pistons raczej nie wspominają lat dziewięćdziesiątych jakoś bardzo miło, bo nawet jeśli ściągali jakieś znane nazwisko to zazwyczaj na krótko i z rozczarowującym skutkiem, ale warto wspomnieć, że tak ogólnie to Tłoki umieją w transfery. Obydwie mistrzowskie ery są przecież zbudowane na trafionych wymianach (Bill Laimbeer, Mark Aguirre, Vinnie Johnson w latach 80, Ben Wallace, Rip Hamilton, Rasheed Wallace w XXI wieku).

Otagowane

Mark Price

Mark Price

Fun Fact: Poświęciłem już chwilę zadumy temu, jak dziwnie Mark Price wyglądał w koszulce Cavs z lat 1994-99, ale naprawdę dziwnie to dopiero wyglądał w komiksowej koszulce Warriors. Na szczęście wystąpił w niej tylko w czasie preseason przed rozgrywkami 97/98, zanim Golden State litościwie wysłali go do Orlando na jego ostatni rok w NBA.

Wracając do koszulek Cavs z drugiej połowy lat 90 – oto randomowa akcja Price’a z tamtych czasów, która jest jaka jest, ale bardzo chciałem ją wrzucić ze względu na zjawiskową stratę Otisa Thorpe’a popisującego się podczas próby rozpoczęcia akcji swoimi wielkimi dłońmi…

Hej, Otis…

Zoidberg: You should feel bad

 

Otagowane

Allan Houston

Allan Houston

Fun Fact: Allan Houston zasłynął swoim rzutem z dystansu, ale gdy był debiutantem nie zaproszono go do konkursu rzutów za trzy, a do konkursu wsadów. Rezultat był bardzo łatwy do przewidzenia (no, poza tym dunkiem po odbiciu piłki od głowy, który wywołał mieszankę wesołości i ulgi, że wreszcie jakieś przyjemne uczucie wypiera u ciebie syndrom bobra, czyli zażenowanie z powodu tego, co robi ktoś inny) …

Ale choć Allanowi Houstonowi brakowało fantazji w Slam Dunk Contest, to jednak trzeba przyznać, że gdy już decydował się na wsad w czasie meczu, to dostawaliśmy coś co po dwudziestu latach wciąż robi wrażenie…

Otagowane

Bill Cartwright

Bill Cartwright

Fun Fact: Łokcie Billa Cartwrighta były bronią równie groźną – a według wielu graczy NBA pewnie i groźniejszą – niż łokcie Dikembe Mutombo. Hakeem „Wtedy jeszcze Akeem” Olajuwon w 1991 roku prawie stracił przez nie oko – skończyło się na zdemolowanym oczodole, trzecią wówczas poważną kontuzją okolic kości policzkowej spowodowaną przez Billa (inne ofiary to Greg Kite i Fred Roberts)…

W tamtym czasie liga zasugerowała, żeby środkowy Byków nosił ochraniacze na łokcie. Bill odmówił do wtóru zgrzytania zębów rywali.

Nawet jeśli upiekło Ci się w bliskim spotkaniu z łokciem Cartwrighta – bo sześć szwów na łuku brwiowym i duszenie członka sztabu szkoleniowego własnej drużyny, było mimo wszystko łagodnym wymiarem kary dla Isiah Thomasa

…to wszechświat dość szybko dążył do równowagi i gdy dwa miesiące później Thomas chciał się zemścić na centrze Bulls, złamał rękę uderzając go w twarz…

Cartwright miał talent do wywoływania kontuzji nawet bez użycia łokcia (a, swoją drogą, Isiah miał pecha do rywali słynących z zabójczych łokci) – kiedyś rzucając się w czasie akcji w trybuny złamał nogę chłopcu od podawania piłek – dlatego był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, gdy postanowił wystąpić w tym spocie…

Tak to już jednak jest, że gdy ktoś łokciem wojuje, od łokcia ginie i Bill Cartwright także wyłapał swoją porcję potężnych ciosów, zwłaszcza w gardło. Po kolejnym, w czasie starcia Bulls z Pacers w 1993 roku (choć starcia Bulls i Pacers w tamtym roku zdominowały inne łokcie), jego krtań została tak mocno uszkodzona, że praktycznie stracił głos. To był podwójnie bolesny cios dla Billa, który planował po zakończeniu kariery (a nastąpiło ono rok później, po uwiecznionym na karcie epizodzie w Sonics) zostać trenerem, a w ówczesnej formie nie miał szans być słyszanym przez zawodników w meczowym harmidrze. Trzej lekarze powiedzieli Cartwrightowi, że nic się z tym nie da zrobić i dopiero czwarty, znaleziony przez Jerry’ego „Jestem dobrym chłopem jeśli akurat mnie nie nienawidzisz” Krause’a w Filadelfii, podjął się naprawy strun głosowych wielkoluda. Choć Bill brzmi dziś trochę jakby nieudolnie udawał Dikembe Mutombo, to kilka operacji zrobiło swoje i jego głos jest wystarczająco donośny.

Przytaczam tę historię, aby mieć podkładkę pod tezę, że Bill Cartwright nie tyle był „brudnym” zawodnikiem, co ochoczo odpłacał pięknym za nadobne w czasach, w których koszykarze mieli więcej wspólnego z bokserami niż z social media ninjami, jak ma to miejsce dzisiaj.

Nie możesz hejtować łokci Billa, jednocześnie kochając koszykówkę z końcówki XX wieku.

Otagowane

Danny Manning

Danny Manning

Fun Fact: Danny Manning przez kontuzje i stratę najlepszych lat na grę w Clippers nigdy nie doczekał się uznania na jakie zasługiwał. Ja sam niesprawiedliwie wspominałem go jako chudzielca zdobywającego w dość nudny sposób punkty (głównie półhakiem), podczas gdy tak naprawdę były numer jeden draftu potrafił na boisku wszystko, z widowiskowymi asystami na czele (nawet jeśli najczęściej wyglądało to, jakby po prostu rzucał na oślep piłkę za siebie)…

Nic więc w sumie dziwnego, że dziś uważa się go za „pierwszego Bena Simmonsa”, lub wymienia w rozmowach o Nikoli Jokiciu – innym podkoszowcu, który brak atletyzmu nadrabiał sprytem i wszechstronnością.

Otagowane

Lorenzen Wright

Lorenzen Wright

Scary Fact: Powiedzcie, jeśli już to słyszeliście w jakimś kiepskim kryminale… Telefon na policję przerwany odgłosem wielokrotnych wystrzałów z broni palnej… Rozkładające się ciało znalezione na odludziu… Niewyjaśniona zbrodnia, którą przez lata żyje całe miasto… Broń wyłowiona z rzeki… Mąż z polisą na życie wartą milion dolarów i żona, która uknuła plan jego zabicia…

To wszystko motywy składające się na morderstwo Lorenzena Wrighta, które dopiero niedawno ułożyły się w sensowną całość.

Pod koniec 2017 roku policja z Memphis doczekała się przełomu w sprawie – odkryto narzędzie zbrodni. Ono doprowadziło ich do Billy’ego Turnera, którego 5 grudnia oskarżono o udział w zabójstwie Wrighta. 10 dni później aresztowano w Kalifornii Sherrę Wright – żonę i matkę szóstki dzieci Lorenzena (siódme, córeczka Sierra Simone, zmarła nagle jako niemowlak w 2003 roku – Wright ustanowił potem stypendium jej imienia). Jej także postawiono zarzut morderstwa.

Turner i Wright uczęszczali do tego samego kościoła, gdzie mężczyzna pełnił rolę diakona. Według udostępnionych przez śledczych informacji, zaczęli rzekomo planować morderstwo byłego gracza NBA wiosną 2010 – kilka miesięcy po rozwodzie Sherry i Lorenzena – a wprowadzili je w życie 19 lipca. W chwili gdy padły śmiertelne strzały, Wright połączony był z policyjnym numerem alarmowym, ale z powodu głupoty osoby, która odebrała telefon, nikt nie wiedział o tym wydarzeniu jeszcze przez osiem dni. Dlatego właśnie ciało koszykarza odkryto dopiero 28 lipca, już po tym, jak upalne lato w stanie Tennessee pozbyło się znacznej części dowodów.

Całe Memphis – gdzie Lorenzen grał w kosza w liceum, na studiach i nawet w NBA (lata 2001-2006) – czeka na odpowiedzi od siedmiu lat (mówi się, że to w tych stronach najgłośniejsze zabójstwo od czasu śmierci Martina Luthera Kinga). Czekają też rodzice Lorenzena – mama Deborah oraz tata Herb, który także był zawodowym koszykarzem (choć do NBA się nie dostał) i w 1983 roku został postrzelony, przez co do dziś porusza się na wózku inwalidzkim. Miejmy nadzieję, że to właśnie ten moment, kiedy wreszcie poznamy prawdę – wszystko wskazuje na to, że znacznie bardziej smutną, niż mogliśmy podejrzewać w 2010 roku, gdy zeznania żony i wcześniejsze kłopoty z prawem Wrighta sugerowały śmierć w wyniku narkotykowych porachunków.

Fun Fact: Lorenzen Wright grał w NBA w latach 1996-2009, a statystycznie najlepsze lata spędził w Atlancie i Memphis między 2000 a 2005 rokiem. Nie tylko jednak ze względu na zakres tematyczny tego bloga, najbarwniejsze lata jego kariery przypadły na pierwsze trzy sezony rozegrane w Los Angeles Clippers., do których trafił z 7. numerem Draftu 1996. Jako debiutant współtworzył jeden z najdziwniejszych składów Clippers w historii – przypadkową zbieraninę, która jednak dała klubowi bardzo rzadki sukces, czyli awans do playoffs. W punkt jest opis tamtej ekipy ze Sports Illustrated (moje przypisy w kwadratowych nawiasach):

Nie mają centra [z konieczności właśnie na tej pozycji grywał Lorenzen]. Ich point guard był rezerwowym w college’u, został zwolniony przez drużynę ligi CBA i jest trzy cale niższy od swojej dziewczyny [Darrick Martin]. Ich najlepszy rezerwowy podkoszowiec ma najgorszą mechanikę rzutu w całej NBA [Bo Outlaw, jakimś cudem wciąż jeszcze bez osobnego posta na tej stronie]. Ich najlepszy strzelec zdobywa tylko 14.2 punktu na mecz [Loy Vaught]. Ich shooting guard trafia tylko 40.4% swoich rzutów [Malik Sealy, którego skuteczność w tamtym sezonie spadła ostatecznie do 39.6%]. Ich najbardziej utalentowany zawodnik grywa ledwie po 16 minut w meczu [Brent Barry].

Ten właśnie zespół, pod wodzą oldschoolowego coacha, Billa Fitcha, wygrał 36 spotkań, zajmując ósme miejsce w Konferencji Zachodniej. Odpadli z playoffów po trzech starciach z późniejszymi finalistami – Utah Jazz – i, oczywiście, błąd w Matriksie został szybko naprawiony (rok później wygrali już tylko 17 razy), ale dali nielicznym fanom Clippers sporo powodów do radości. W najbardziej wyrównanym pojedynku z Jazzamanami – meczu numer 2, przegranym 99:105 – Lorenzen Wright był najlepszym graczem swojej drużyny z 17 punktami i 6 zbiórkami.

Choć pokładane w nim nadzieje spełniał tylko momentami, w 1999 roku był jednym z najbardziej pożądanych wolnych agentów i oczywiście skrzętnie skorzystał z okazji ucieczki z klubu Donalda Sterlinga, w ramach sign-and-trade z Hawks, choć wiele mówiło się wtedy, że trafi do rywali zza miedzy, bo Phil Jackson widział dla niego miejsce w pierwszym składzie Lakers (nie żeby konkurencja była duża – ostatecznie dostał je 36-letni A.C. Green). Ta oferta przegrała jednak z dwukrotnie wyższą pensją i wieloletnim kontraktem z Atlanty.

Skrót jego kariery (bez powrotu do Jastrzębi w 2006 roku i epizodów w Sacramento i Cleveland) w ruchomych obrazkach wygląda mniej więcej tak:

 

Otagowane