Category Archives: Karty

Kurt Thomas

Kurt Thomas

Fun Fact: Zawsze się zastanawiałem, czy Kurt Thomas mógł zostać kimś więcej niż tylko specem od zbiórek i rzutu z półdychy. Czy jego zawodowym „sufitem” rzeczywiście był zadaniowiec?

Moje wątpliwości wywodzą się jeszcze z czasów, gdy byłem dwunastolatkiem i logiczne było dla mnie, że jeśli ktoś był liderem NCAA (a konkretnie jej najbardziej prestiżowej jednostki organizacyjnej, Division I) pod względem średniej punktów i zbiórek, to musi mieć papiery na bycie Kimś w NBA.

Był wówczas – i pozostaje nim po dziś dzień – dopiero trzecim w historii liderem Division I zarówno w punktach, jak i zbiórkach. Jego poprzednikami byli legendarny i nieodżałowany Hank Gathers oraz Xavier McDaniel, przez lata jeden z najbardziej ekscytujących skrzydłowych ligi.

Kurta Thomasa nikt jednak nie nazwałby ekscytującym. Solidny? Tak. Twardy? Oczywiście. Pożyteczny? Jak najbardziej. Ale ekscytujący?

Co więc poszło nie tak?

Czy w ogóle coś poszło nie tak? Koszykówka tak zorganizowana jak w NBA weryfikuje przecież szybko rolę byłych gwiazd podrzędnych szkół.

No właśnie.

Thomas przystępował do Draftu 1995 ze średnimi 28.9 PPG i 14.6 RPG za jego ostatni sezon w koszulce Texas Christian University, ale Horned Frogs nie byli zbyt prestiżowym programem, dlatego trudno było doszukać się jego nazwiska w czołówce mock draftów.

Do tego jego akademicka kariera trwała aż 5 lat, bo stracił całe rozgrywki 92/93 z powodu złamanego piszczela. Miał też złamany kciuk i kostkę. Złamana kostka przytrafiła mu się też w szkole średniej. Podwyższone ryzyko kontuzji obniżało jego notowania, a na dodatek Thomas wyrobił sobie opinię dupka znacznie przesadzając z trash talkiem i pyszałkowatością.

Nikt jednak nie mógł odmówić mu niesamowitego rozwoju w czasie gry w NCAA. Z nieznanego gościa, który zaczął regularnie grać w kosza dopiero w połowie liceum, stał się autorem jednego z najrzadszych statystycznych osiągnięć w koszu akademickim.

Docenili to Miami Heat, wykorzystując na Kurta swój dziesiąty pick. Nie wiem czy ten ruch miał już błogosławieństwo Pata Rileya, który oficjalnie trenerem i prezydentem Heat został dopiero dwa miesiące później, lecz rileyowską czystkę nie tylko przetrwał, ale Brylantynowy Pat w drugiej połowie sezonu uczynił z niego podstawowego power forwarda (wcześniej robiąc mu miejsce poprzez transfery Kevina Willisa i Billy’ego Owensa). W grudniu 1995 był nawet taki okres 11 meczów, w których pierwszoroczniak z Teksasu notował po 17 punktów i prawie 8 zbiórek na spotkanie.

Rookie Kurt od czasu do czasu robił nawet takie, zupełnie nie kojarzące się z jego późniejszą karierą, rzeczy…

Niestety po obiecującym sezonie debiutanckim przeddraftowe obawy zaczęły się potwierdzać. Thomas po raz trzeci w karierze doznał kontuzji kostki i zakończył rozgrywki 96/97 po 18 spotkaniach. Heat dochodzącego do siebie skrzydłowego wyekspediowali do Dallas w ramach transferu Jamala Mashburna, ale w rodzinnym mieście także się nie nagrał – uraz kostki się odnowił i mogliśmy go w koszulce Mavs obejrzeć tylko 5 razy przez cały sezon 97/98.

Tu ciekawostka – Donowi Nelsonowi tak było żal Kurta, że zaoferował mu posadę asystenta trenera. Nie żałował go jednak tak bardzo, by latem zaoferować mu wieloletni kontrakt, dlatego Thomas wybrał ofertę z Nowego Jorku, gdzie został lajtową wersją Charlesa Oakleya i udowodnił, że problemy zdrowotne to przeszłość.

Jesienią 1999 roku powiedział, że jego celem indywidualnym są średnie na poziomie double-double i dopóki ich nie osiągnie, nie będzie miał poczucia, iż wykorzystuje pełnię swoich możliwości. Swoje ambicje wypełnił w sezonie 04/05, ale myślę, że ostatecznie bardziej dumny jest z utrzymania się w NBA aż przez 18 sezonów.

Nieźle, jak na kontuzjogennego dupka z mało ważnego uniwerku.

A wracając do pytania otwierającego ten wpis… Gdyby Kurt Thomas trafił do drużyny mniej zorientowanej na natychmiastowe wygrywanie niż Miami Heat, a jednocześnie nie zdemoralizowanej brakiem sukcesów i gdyby był zdrowszy – i nie mówię tu tylko o straconym drugim i trzecim sezonie w NBA, ale też o ciągłych urazach w szkole średniej i wyższej, bez których rozwój Kurta mógł być jeszcze bardziej imponujący – to moim zdaniem mógłby zbliżyć się do poziomu All-Star (jeśli w naszej wersji rzeczywistości potrafił wykręcać 14/9, to 20/10 w rzeczywistości nieco bardziej mu sprzyjającej nie wydaje się wygórowanym oczekiwaniem).

Tyle, że to gdybanie nie ma sensu (gdyby babcia miała Consy, to by była Larrym Johnsonem), bo powinniśmy być zadowoleni z tej wersji Kurta Thomasa, którą dostaliśmy (choć wielu fanów Knicks z połowy lat zerowych mogłoby się nie zgodzić).

Ta liga pełna jest gości, którzy mogą grać jak gwiazdy, jeśli są pierwszą opcją ataku, jak KT w Texas Christian. Prawdziwego zawodowca poznacie jednak po tym, że poza swoją – wybaczcie kołczingowy bulszit – „strefą komfortu” wciąż potrafi odnosić sukcesy.

Są tacy gracze NBA, którzy w drogę do sportowego spełnienia wyruszyli limuzyną lub wyścigówką, ale Kurt nie miał problemu, że wręczono mu kluczyki do ciężarówki. Siedząc wygodnie w jej kabinie mógł nie raz patrzeć z góry na porzucone na poboczu bardziej luksusowe auta.

Otagowane

Kevin Pritchard, Errata i Wielki Turniej Imienników

Kevin Pritchard

Fun Fact: Tak jest! Dwa z rzędu wpisy, których bohaterem jest Kevin Pritchard. O tempora, o mores. Uznałem jednak, że jestem Wam to winien za wpadkę jaką było zdublowanie karty Kevina poprzednim razem.

Co? Że ta nowa karta jest praktycznie taka sama?

No cóż, to Kevin Pritchard. Gdy umrze – nie żebym mu tego życzył, ale każdy kiedyś umrze – pewnie go pochowają w tej czapce i z tą piłką.

Żebyście jednak nie myśleli, że bycie pierwszym w historii graczem, który podpisał kontrakt z Vancouver Grizzlies (i nie zagrał dla nich w żadnym meczu), jest jedynym koszykarskim osiągnięciem Pritcharda, to nadmienię, iż zdobył mistrzostwo NCAA jako point guard pierwszego składu Kansas (gwiazdą tamtej drużyny był Danny Manning, a trenerem był Larry Brown) a czasem robił tak:

A wracając do poprzedniego wpisu. Wrzucając do niego linka na facebooku zarzuciłem odważną tezę – że gdyby zebrać koszykarską piątkę złożoną z samych gości imieniem Kevin, to miała by ona wielkie szanse na wygraną w Turnieju Imienników. Ponieważ temat pobudził Waszą i moją wyobraźnię, przy okazji powrotu do Kevina Pritcharda, postanowiłem powrócić także do niego.

Zmontowałem 30 imiennych piątek, które moim zdaniem reprezentują niezły poziom i które da się skompletować bez większej gimnastyki. Przy ocenie siły poszczególnych teamów nie brałem pod uwagi głębi składu tylko skład samej pierwszej piątki. Oczywiście na niektóre pozycyjne przyporządkowania w tych zespołach trzeba przymknąć oko, ale w obecnej erze bezpozycyjnej koszykówki powinno to być łatwe.

Zacząłem od podzielenia swojej trzydziestki na trzy ligi po dziesięć zespołów.

3. liga

Trzecia najsłabsza liga to następujące drużyny (kolejność alfabetyczna): All-Andrew Team (Andre Miller – Andrew Toney – Andre Iguodala – Andrei Kirilenko – Andre Drummond), All-Daniel Team (Danny Ainge – Danny Green – Dan Majerle – Danny Manning – Dan Issel), All-Jamal Team (Jamal Murray – Jamal Crawford – Jamal Mashburn – Jamaal Wilkes – Jamal Sampson), All-Jason Team (Jason Kidd – Jason Terry – Jason Richardson – Jason Maxiell – Jason Thompson – Jayson Tatum – Jayson Williams [EDIT: Jakub na FB uświadomił mi, że zapomniałem o Jasonach przez „JAY”, więc edytuję skład, który nagle wygląda dużo lepiej…]), All-Nathaniel Team (Nate „Tiny” Archibald – Nate Robinson – Nate McMillan – Nate Bowman – Nate Thurmond), All-Reggie Team (Reggie Theus – Reggie MillerReggie LewisReggie Slater – Reggie Evans), All-Richard Team (Richie Guerin – Rip Hamilton – Rick Barry – Richard Jefferson – Richard Petruska), All-Sam Team (Sam Cassell – Sam Jones – Sam MitchellSam Perkins – Sam Lacey), All-Tom Team (Tomas Satoransky – Tom Van Arsdale – Tommy Heinsohn – Tom ChambersTom Gugliotta), All-Vincent Team (Vinny Del Negro – Vinnie Johnson – Vince Carter – Vince Hunter – Vin Baker).

Niespecjalnie będę się z tych drużyn tłumaczył. Do czterozespołowych playoffów w tej lidze awansowałyby moim zdaniem Andrzeje, Daniele, Ryśki i Tomki.

2. liga

Druga liga to już kilka zespołów, które mają prawo czuć się pokrzywdzone nie zaliczeniem ich do ekstraklasy: All-Anthony Team (Tony Parker – Tony Allen – Anthony Mason – Anthony Davis – Karl-Anthony Towns), All-Charles Team (Charlie Scott – Chuck PersonCharles BarkleyCharles OakleyCharles „Buck” Williams), All-Jerry Team (Jerry West – Jerry Sloan – Jerry Stackhouse – Jerry Reynolds – Jerry Lucas), All-Joseph Team (Jo Jo White – Joe Dumars – Joe Fulks – Joe Johnson – Joe Barry Carroll), All-Larry Team (Larry Drew – Larry Hughes – Larry BirdLarry JohnsonLarry Nance), All-Louis/Lewis Team (Louie Dampier – Lou Williams – Lou Hudson – Louis Orr – Lew Alcindor), All-Mark Team (Mark PriceMark JacksonMark Aguirre – Marc Gasol – Mark Eaton), All-Stephen/Steven Team (Steve Nash – Stephen Curry – Steve Smith – Stephen Jackson – Steve Stipanovich), All-Tim Team (Tim HardawayTim Legler – Tim Hardaway Junior – Tim ThomasTim Duncan), All-Walter Team (Walt Frazier – Walter Davis – Wally Szczerbiak – Walter Dukes – Walt Bellamy).

Na podstawie poziomu talentu i dorobku, drużyna Józków powinna być w pierwszej lidze. Zmarły na początku tego roku Joseph Henry „Jo Jo” White i Joe Dumars to dwaj niepozorni twardziele, którzy nie ustąpią ci ani na centymetr. Nie bez powodu sam Michael Jordan namaścił Dumarsa jako najtrudniejszego defensora przeciwko jakiemu grał. Iso Joe takim twardzielem nie jest, ale jego wszechstronność i brak lęku przed kluczowymi momentami meczu będzie cenna. Fulks to pierwsza ofensywna gwiazda ligi, gracz z innej epoki, który potrafił rzucić 63 punkty w meczu, w erze, która dała nam spotkanie zakończone wynikiem 19:18. Tyle, że Joe – choć na przełomie lat 40 i 50 grywał jako power forward – mierzył tylko 196 centymetrów. W rezultacie czwórką musiałby być Joe Johnson, który – owszem, bywał nią ostatnimi czasy, ale nie ufam tej konfiguracji w każdym starciu. Choć Barry Carroll, gdyby mu się akurat chciało, ma wystarczająco dużo talentu, żeby zapewnić temu teamowi awans do pierwszej ligi.

Podobne zastrzeżenia mam do drużyny Stefanów – choć dwaj rozgrywający z czterema statuetkami MVP to świetny początek. Steve Smith na skrzydle się sprawdzi i pomoże jako point forward, Stephen Jackson u Dona Nelsona bywał przesuwany na czwórkę. Zdrowy Steve Stipanovich to zaś 13/8 w każdym meczu. Brakuje podkoszowca kalibru All-Star żeby wziąć szturmem pierwszą ligę…

Widziałbym jednak obydwie drużyny w drugoligowych playoffach, razem z All-Charles Team (przymykam oko, że Person oficjalnie nie nazywa się „Charles”, a „Chuck”, bo to przecież zdrobnienie tego samego imienia, trio Barkley-Oakley-Williams to najtwardsza podkoszowa formacja w turnieju imienników, a Charlie Scott to 5-krotny All-Star w ABA i NBA ze średnimi z kariery na poziomie 20/4/5) i All-Walter Team (dwóch Hall-of-famerów i idol Michaela Jordana, Walter Davis, łącznie 20 Meczów Gwiazd w dorobku całej piątki).

Jeśli nie przekonuje Was small-ball All-Josephów i All-Stevenów, to na ich miejsca w walce o awans o klasę wyżej czają się All-Jerry Team (West i Lucas to legendy), All-Louis/Lewis Team (młody Kareem, a Dampier to gwiazda ABA i członek Hall Of Fame) i All-Mark Team (brak tu mega-gwiazdy, ale za to mamy cały skład gości „robiących robotę”).

Czarny koń: Antki.

1. liga

Oto 10 moim zdaniem najlepszych piątek imienników:

All-Chris Team

PG – Chris Paul (9x All-Star, 8x All-NBA, 9x All-Defensive, 4x lider asyst, 6x lider przechwytów, gwarantowane Hall Of Fame)

SG – C.J. McCollum (Christian James nie ma koncie zbyt wielu indywidualnych wyróżnień, ale to jeden z najgroźniejszych w ofensywie guardów, rzucający od 3 lat powyżej 20 punktów na mecz)

SF – Chris Mullin (Hall Of Fame, 5x All-Star, 4x All-NBA)

PF – Chris Bosh (11x All-Star, 1x All-NBA)

C – Chris Webber (5x All-Star, 5x All-NBA)

Może frontcourt nieco soft a CP3 wciąż niczego jeszcze nie wygrał, ale podoba mi się ten zestaw, bo sprawdziłby się i dziś, i 30 lat temu.

All-David Team

PG – Dave Bing (Hall Of Fame, 7x All-Star, 3x All-NBA, 1x król strzelców, członek 50-tki najlepszych graczy NBA wybranej na 50-lecie ligi)

SG – David Thompson (Hall Of Fame, 5x All-Star, 3x All-NBA/ABA)

SF – Dave DeBusschere (Hall Of Fame, 8x All-Star, 1x All-NBA, 6x All-Defensive, członek 50/50)

PF – Dave Cowens (Hall Of Fame, 1x MVP, 8x All-Star, 3x All-NBA, 3x All-Defensive, członek 50/50)

C – David Robinson (Hall Of Fame, 1x MVP, 1x DPOY, 10x All-Star, 10x All-NBA, 8x All-Defensive, 1x król strzelców, 1x lider zbiórek, 1x lider bloków, członek 50/50)

Jeden z tylko dwóch składów, którego wszyscy członkowie należą do Hallu Sławy. Stawiacie przeciwko nim na własną odpowiedzialność…

All-George Team

PG – George Hill (solidna jedynka, 11/3/3 w karierze)

SG – George Gervin (Hall Of Fame, 12x All-Star, 9x All-NBA/ABA, 4x król strzelców, członek 50/50)

SF – George McCloud (specjalista od rzutów za trzy, prawie 19 PPG w najlepszym sezonie)

PF – George McGinnis  (Hall Of Fame, 1x MVP ABA, 6x All-Star, 5x All-NBA/ABA)

C – George Mikan (Hall Of Fame, 4x All-Star, 6x All-NBA, 3x król strzelców, 2x lider zbiórek, członek 50/50)

George Mikan był pierwszym dominatorem tej ligi, ale zaczynał karierę w latach 40. i trudno powiedzieć jak wypadłby na tle współczesnych, bardziej wysportowanych centrów. Uważam jednak, że jak ktoś ma 208 cm i 111 kg to z talentem Mikana poradzi sobie w każdej erze koszykarskiej. Zresztą jeśli już wyobrażamy sobie Mikana grającego współcześnie, to musimy też sobie wyobrazić jak dobry by był, gdyby swój talent szlifował przy pomocy obecnych metod treningowych. Dodajcie genialnego strzelca Gervina i jeszcze jednego dominującego podkoszowca i macie siłę, która powinna poradzić sobie w niejednym wyimaginowanym starciu, nawet jeśli ich wsparcie to Hill i McCloud…

All-James Team

PG – James Harden (6x All-Star, 4x All-NBA, 1x król strzelców, 1x lider asyst)

SG – Jim Jackson (prowadzący nomadyczny tryb życia łowca punktów, 12 drużyn i 14 PPG w karierze, najlepszy sezon zakończył ze średnią ponad 25 punktów na mecz)

SF – Jimmy Butler (4x All-Star, 1x All-NBA, 3x All-Defensive)

PF – James Worthy (Hall Of Fame, 7x All-Star, 2x All-NBA, członek 50/50)

C – James Donaldson (1x All-Star)

Sezon, w którym James Donaldson został All-Starem zakończył ze średnią 7 punktów na mecz, co czyni go jednym z najbardziej kuriozalnych członków gwiazdorskiego grona, ale przez długie lata był solidnym środkowym celującym co noc w 10/10 i na pewno przyda się drużynie, której siła ognia i tak robi już wrażenie. Kariery Hardena i Butlera wciąż jeszcze się piszą, ale ich triumwirat z Worthym powinien dać tej drużynie wystarczająco argumentów w tej zabawie.

All-John Team

PG – John Stockton (Hall Of Fame, 10x All-Star, 11x All-NBA, 5x All-Defensive, 9x lider asyst, 2x lider przechwytów, członek 50/50)

SG – John Wall (5x All-Star, 1x All-NBA, 1x All-Defensive)

SF – John Havlicek (Hall Of Fame, 13x All-Star, 11x All-NBA, 8x All-Defensive, członek 50/50)

PF – John Drew (2x All-Star, 20.7 PPG za całą, 11-letnią karierę)

C – John „Hot Rod” Williams (16/8 i 2 bloki na mecz w najlepszym sezonie)

Stockton i Havlicek to legendy, Wall „czynnik X”, a Hot Rod i Drew bardzo solidne opcje pod koszem, zwłaszcza ten drugi, który otarł się o status gwiazdy i być może dokonałby więcej, gdyby nie wyleciał z ligi na narkotyki w połowie lat 80. Przyznaję jednak, że to być może najsłabszy team w tej lidze i nie trzeba by było długo przekonywać mnie do podmianki na Josephów, Stevenów lub Charlesów…

All-Kevin Team

PG – Kevin Johnson (3x All-Star, 5x All-NBA, stały bywalec klubu 20/10)

SG – Kevin Durant (1x MVP, 9x All-Star, 7x All-NBA, 4x król strzelców)

SF – Kevin Garnett (1x MVP, 1x DPOY, 15x All-Star, 9x All-NBA, 12x All-Defensive, 4x lider zbiórek)

PF – Kevin McHale (Hall Of Fame, 7x All-Star, 1x All-NBA, 6x All-Defensive, członek 50/50)

C – Kevin Love (5x All-Star, 2x All-NBA, 1x lider zbiórek)

Trochę zmieniłem skład Kevinów w porównaniu z piątką, którą zarzuciłem na facebooku, bo uznałem że KD spokojnie poradzi sobie na dwójce, a jeśli już KG musimy przesunąć z czwórki, by zrobić miejsce dla McHale’a, to lepiej o pozycję w dół, bo w ten sposób możemy wcisnąć Love’a na środek. Za kilka lat będzie to skład z trzema Hall-of-famerami i nadal uważam, że to jeden z faworytów turnieju imienników, niezależnie od ery, do której będziemy odnosić umiejętności zawodników.

All-Michael Team

PG – Micheal Ray Richardson (4x All-Star, 3x All-Defensive, 1x lider asyst, 3x lider przechwytów)

SG – Michael Jordan (Hall Of Fame, 5x MVP, 1x DPOY, 14x All-Star, 11x All-NBA, 9x All-Defensive, 10x król strzelców, 3x lider przechwytów, członek 50/50)

SF – Michael Finley (2x All-Star, 5 sezonów ze średnią ponad 20 punktów na mecz)

PF – Michael Cage (1x lider zbiórek)

C – Mike Gminski (okolice 17/10 w najlepszych latach)

Nie powinno się stawiać przeciwko drużynie posiadającej Michaela Jordana, ale nie widzę ich na szczycie tej ligi, choć Sugar Ray (oczywiście każdy zawodnik występuje w szczytowej formie, pomijamy więc wątek jego uzależnienia od narkotyków, który przeszkodził mu w zrealizowaniu swojego potencjału… pomijamy też literówkę w jego imieniu…) mógłby być Pippenem, Finley zadaniowcem od rzutów z dystansu, a Cage i Gminski – Grantem i Cartwrightem. Czarny koń?

All-Paul Team

PG – Paul Pressey (prototyp point forwarda)

SG – Paul Arizin (Hall Of Fame, 10x All-Star, 4x All-NBA, 2x król strzelców)

SF – Paul George (5x All-Star, 3x All-NBA, 3x All-Defensive)

PF – Paul Pierce (10x All-Star, 4x All-NBA)

C – Paul Millsap (4x All-Star, 1x All-Defensive)

Długo się zastanawiałem, czy drużyna Pawłów nie powinna ustąpić miejsca w ekstraklasie komuś innemu, bo trochę za dużo tu swingmanów, ale ostatecznie stwierdziłem, że poziom talentu i wymienności pozycji jest tu za duży, żeby ktoś jednoznacznie zasługiwał na wypromowanie go kosztem All-Paul Team. Najdłużej myślałem nad podobnie zbudowanymi All-Joseph Team, ale uznałem, że brakuje im gościa takiego jak The Truth (który niebawem podwoi stan członków Hall Of Fame w tym składzie) – charyzmatycznego lidera. Dumars i White to niesamowicie gracze, ale też co najwyżej drugie opcje w najlepszych latach. Oczywiście Pawły będą żyć i umierać small-ballem, ale każdy fan „Lineup Of Death” Golden State Warriors wie, że może się to udać.

All-Robert Team

PG – Bob Cousy (Hall Of Fame, 1x MVP, 13x All-Star, 12x All-NBA, 8x lider asyst, członek 50/50)

SG – Bob Dandridge (4x All-Star, 1x All-NBA, 1x All-Defensive)

SF – Bobby Jones (5x All-Star, 1x All-ABA, 11x All-Defensive)

PF – Bob Pettit (Hall Of Fame, 2x MVP, 11x All-Star, 11x All-NBA, 2x król strzelców, 1x lider zbiórek, członek 50/50)

C – Bob McAdoo (Hall Of Fame, 1x MVP, 5x All-Star, 2x All-NBA, 3x król strzelców)

Pettit i McAdoo to podkoszowe żywioły z trzema statuetkami MVP i pięcioma tytułami króla strzelców na koncie (choć przyznaję, że długo się zastanawiałem, czy pozycji centra nie oddać Robertowi Parishowi lub Bobowi Lanierowi), Cousy to czarodziej rozegrania a Dandridge i Jones to gracze sprawdzający się po obydwu stronach parkietu. Z takim składem można w tej lidze myśleć o podium…

All-William Team

PG – Bill Sharman (Hall Of Fame, 8x All-Star, 7x All-NBA, członek 50/50)

SG – Bill Bradley (Hall Of Fame, 1x All-Star)

SF – Billy Cunningham (Hall Of Fame, 1x MVP, 5x All-Star, 5x All-NBA/ABA, członek 50/50)

PF – Bill Walton (Hall Of Fame, 1x MVP, 2x All-Star, 2x All-NBA, 2x All-Defensive, 1x lider zbiórek, 1x lider bloków, członek 50/50)

C – Bill Russell (Hall Of Fame, 5x MVP, 12x All-Star, 11x All-NBA, 1x All-Defensive, 4x lider zbiórek, członek 50/50)

Sami członkowie Hall Of Fame. Za same zasługi są w moim top 4.

Nie jestem oczywiście w stanie orzec kto powinien wygrać turniej imienników (nie mogę się nawet zdecydować według jakich kryteriów oceniać potencjał drużyn), zostawiam więc Was z sondą uwzględniającą zespoły pierwszoligowe i kilka osobistych typów z niższych lig. Z góry dzięki za pomoc w rozstrzygnięciu tego pojedynku…

Otagowane , ,

Kevin Pritchard

Kevin Pritchard

Fun Fact: Powyższa karta to na pewno jedna z najdziwniejszych kart jakie kiedykolwiek wydrukowano, bo uwiecznia z pewnymi fanfarami jeden z najmniej ważnych momentów w historii NBA. Gdy byliśmy u progu ekspansji ligi w 1995 roku, pierwszy zawodnik w dziejach Vancouver Grizzlies mógł się wydawać godny odnotowania, ale czas szybko zweryfikował rolę Kevina Pritcharda w renesansie koszykówki w Kanadzie.

Pod koniec maja podpisał kontrakt, który dla niego był szansą aby wreszcie się wykazać (po sezonie debiutanckim w Golden State, w latach w 1991-95 rozegrał tylko 30 meczów NBA rozbitych na trzy drużyny i przeplecionych dwoma latami spędzonymi w Europie), ale jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek 95/96 został wysłany do Orlando Magic za Anthony’ego Aventa i zwolniony dzień później. Nie rozegrał więc ani jednego spotkania dla Grizzlies. Jego kariera zakończyła się w lutym 1996 roku po dwóch meczach w koszulce Bullets. W ostatnim starciu dostał 16 minut, rzucił 7 punktów i rozdał 4 asysty, co wcześniej zdarzyło mu się tylko cztery razy. Bardziej typowy występ Kevina Pritcharda wyglądał mniej więcej tak:

 

Wracając jednak do karty służącej za ilustrację wpisu. Zawsze mnie hipnotyzowała, ukryta pomiędzy tymi wszystkimi standardowymi kartonikami z dwumetrowymi łowcami punktów w heroicznych pozach. Trudno było na moment nie zawiesić się podczas przeglądania swoich zbiorów, nie poświęcić refleksji tej strzesze kruczoczarnych włosów, tym brwiom, tej szczęce czy TEMU krawatowi Kevina, który zdecydowanie bardziej wyglądał na GM’a (i ostatecznie nim został) niż zawodnika. No i – ponieważ to były lata 90., a ja byłem jeszcze w podstawówce i nie miałem najlepszego gustu – chciałem mieć taką piłkę i czapkę.

Ta karta hipnotyzowała mnie tak bardzo i tak bardzo nadal mnie hipnotyzuje, że spowodowała pierwszy w historii bloga dubel.

Tak jest!

Już tę kartę wrzucałem.

Gdy się zorientowałem, w pierwszym odruchu chciałem wyrzucić ten post do kosza, ale potem uznałem, że mogę żyć z łatką gościa, który ciągle ma ochotę skanować i publikować w Internecie tę dziwną kartę Kevina Pritcharda (no i pierwszy dubel po ponad 6 latach i prawie 800 wpisach nie jest chyba powodem do bycia specjalnie zawstydzonym).

Zresztą, postaram się jak najszybciej zrehabilitować.

No bo spójrzcie na te smoliste kępy kłaków wylewająca się spod czapki aż na oczy! Bliżej przekonania się, jak wyglądałaby karta koszykarska Wooly Willy’ego nigdy nie będziemy…

Co ciekawe, choć Pritchardowi w NBA zdecydowanie nie wyszło, ogólnie ceniono jego koszykarskie IQ i zwracano uwagę na ukryty pod niepozorną powierzchownością atletyzm – podobno Kevin miał taki sam wyskok dosiężny co, na przykład, Gerald Green.

Jeśli zaś lubicie pudelkowe wątki w biografiach, to za jeszcze ciekawszą uznacie plotkę, że niecałe 10 lat temu, gdy  Pritchard był menadżerem w Portland, podobno umawiał się z byłą cheerleaderką Blazers i dziewczyną byłego gracza klubu z Rip City, też Kevina – Kevina Duckwortha – który zmarł ledwie rok wcześniej.

Otagowane ,

Brian Grant

Brian Grant

Fun Fact: Drugi dzień z rzędu bohaterem wpisu jest gracz o nazwisku Grant i – z tego właśnie powodu – ksywie „Generał”. Brian Grant zasługiwał na sobie poświęcony wpis od dawna, zwłaszcza, że nieodłącznie kojarzący się z nim (a przynajmniej mnie się kojarzący), a mniej zasłużony Michael Smith już miał swoje pięć minut.

Grant i Smith kojarzą mi się na tyle mocno, że zamiast pisać cały tekst od nowa, przepiszę tekst o Michaelu Smith’cie podmieniając tylko nazwiska, liczby i niepodważalne fakty:

Michael Smith Brian Grant został wybrany w drugiej pierwszej rundzie Draftu 1994 przez Sacramento Kings i stworzył ekscytujący duet pierwszorocznych power forwardów z Brianem Grantem Michaelem Smithem. Po pierwszym sezonie mógł się poszczycić występem w Rookie Game i najlepszym drugim wśród debiutantów odsetkiem trafień z pola (54.2% 51.1%)*. Po drugim sezonie miał już miano najlepszego zbierającego ligi wśród graczy, którzy ani razu nie wyszli w podstawowym składzie (6.0) jednego z liderów Kings, których pomógł wprowadzić do playoffs jako trzeci strzelec (14.4 PPG), drugi zbierający (7.0 RPG) i najlepszy blokujący (1.3 BPG). W trzecim, został graczem pierwszej piątki i liderem Królów w średniej zbiórek (9.5) niestety stałym bywalcem listy kontuzjowanych, występując tylko w 24 spotkaniach. Był klasyczną podkoszową bestyjką, w której lęk budziły tylko lęku nie budziły nawet wizyty na linii rzutów wolnych (w pierwszych trzech latach w lidze nigdy nie przekroczył granicy 50% celności ciągle poprawiał się w tym elemencie, trafiając 78% w roku #3). Jak na tak dobry początek, reszta jego kariery była rozczarowująca pozbawiona większych indywidualnych fajerwerków. Nigdy nie przestał dzielnie walczyć pod tablicami, ale po transferach do Vancouver i Waszyngtonu, wyjechał do Włoch w 2001 roku i to był – nieco przedwczesny – koniec jego przygody z NBA (Smith wrócił do USA, ale rozegrał jeszcze tylko dwa sezony w CBA, z przerwą na preseason w koszulce Indiana Pacers). pomimo lukratywnych kontraktów podpisanych z Blazers (56 mln dol. za 6 lat w 1997 roku) i Heat (86/7 w 2000) nigdy tak naprawdę nie wyszedł poza rolę zadaniowca (w Portland stracił miejsce w pierwszej piątce po dwóch latach na poziomie 12/9, w Miami rekord kariery w średniej punktów – 15.2 PPG – wykręcił, gdy Alonzo Mourning wypadł prawie na cały sezon z gry i trzeba było jakoś rozdzielić jego rzuty, a rekord zbiórek – 10.2 RPG – gdy Heat już tankowali w rozgrywkach 02/03).

Basketball Reference twierdzi, że graczami o podobnej statystycznie karierze są m.in. Grant Long, Tyrone Hill oraz Udonis Haslem i to chyba całkiem stosowne towarzystwo dla BG, który duchowo był trzecim z „braci” Davis. Także wymienieni przy tej okazji Derrick Coleman, Antonio McDyess, Josh Smith i Armen Gilliam byli już jednak bardziej uzdolnieni niż Grant.

A ponieważ – jak już chyba wspomniałem – Brian Grant i tak kojarzy mi się przede wszystkim z Michaelem Smithem, oto wspólna akcja tych panów z jednego ze spotkań w czasie ich drugiego sezonu w NBA. Ten pierwszy zdobywa punkty, a drugi uruchamia akcję blokiem…

Wypada też wspomnieć, że 10 lat temu – dwa lata po tym, jak zakończył karierę sportową – u Briana zdiagnozowano chorobę Parkinsona, a on zaangażował się – zainspirowany m.in. przez Michaela J. Foxa i Muhammada Aliego – w pomoc i edukację osób dotkniętych, bezpośrednio lub pośrednio, jego chorobą.

* napisałem w cytowanym tekście, że Michael Smith miał najlepszą skuteczność z pola wśród rookies, ale teraz trochę nie wiem na podstawie jakich statystyk – wg Basketball Reference, najlepszy odsetek trafień z gry przy spełnieniu wymogów oficjalnej klasyfikacji ligowej miał Eric Montross, a jeśli pominąć minimum oddanych rzutów to było pięciu gości lepszych od Smitha (najlepszy, niejaki James Blackwell rozegrał tylko 13 spotkań i rzucał też tylko 13 razy, ale już taki Eric Mobley, drugi w tym zestawieniu, swoje 59.1% wykręcił na 132 rzutach… dodam, że Smith miał prób 406)…

 

Otagowane

Gary Grant

Gary Grant

Fun Fact: Gdybym miał stworzyć pierwszą piątkę koszykarskich masochistów to miałbym pewien problem… ale nie tak duży, jak mogłoby się wydawać. Temat można bowiem potraktować bardzo luźno i już na dzień dobry miałbym ostrą rywalizację o miejsce w formacji podkoszowej między Dennisem Rodmanem (na pewno choć raz spróbował BDSM), Kevinem McHale’em, Willisem Reedem (słynni m.in. z gry pomimo bolesnych kontuzji) i A.C. Greenem (14 lat pracy bez ani jednego urlopu na żądanie). Jeśli jednak rozmawiamy o czystym masochizmie, to trzy miejsca w składzie – obwód i jedną z pozycji na skrzydle – otrzymałby na bank kolektyw Gary Grant, Eric Piatkowski i Loy Vaught.

Panowie mają to do siebie, że łącznie, w latach 1988-2003, rozegrali 24 sezony w barwach Los Angeles Clippers. W tamtych czasach, gdy w Clipperlandzie wygrywanie i dobra organizacja była na porządku dziennym mniej więcej w takim stopniu co przejawy filantropii i tolerancji Donalda Sterlinga, gra w ich koszulce była tylko niewiele wyżej w rankingu życiowych opcji niż dożywocie w najgorszym skrzydle kalifornijskiego więzienia San Quentin. A jednak Piatkowski wytrzymał tam 9 lat, Vaught – 8, a Grant – wybrany w Drafcie 1988 z 15-tką przez Sonics i od razu wymieniony za Michaela Cage’a – 7.

Gary Grant był gwiazdą Michigan Wolverines, gdzie tworzył backcourt m.in. z Antoine’em Joubertem, znanym w naszym kraju z występów w PLK (Browary Tyskie Bobry Bytom, Pogoń Ruda Śląska i Hoop Blachy Pruszyński Pruszków). W NBA gwiazdą nie został (m.in. z powodu łatki imprezowicza, na którą pracował w pierwszych sezonach w lidze), ale jako gracz Clippers potwierdził, że jest bardzo solidnym playmakerem. Cztery razy w karierze kończył mecz z dorobkiem 20 asyst, co jest ósmym wynikiem w historii ligi, ex aequo z m.in. innym rozgrywający Clippers – Chrisem Paulem (oraz Oscarem Robertsonem, Tinym Archibaldem i Scottem Skilesem). Do dziś jego nazwisko widnieje na trzecim miejscu listy najlepszych podających i przechwytujących w historii Clippers, jedynie za nazwiskami CP3 i 2-krotnego All-Stara (MVP Meczu Gwiazd w 1978) oraz członka All-NBA 2nd Team w 1976 roku, Randy’ego Smitha.

Gdyby poniższa sytuacja potoczyła się nieco inaczej, Gary miałby jeszcze więcej asyst w karierze…

Wracając do wywołanego już przez dobór karty „Klubu 20 Asyst” i tradycji wybierania pierwszych piątek, oto piątka najbardziej niespodziewanych członków wspomnianego grona, oczywiście bez podziału na pozycje, bo jednak to głównie point guardzi…

1 – Chris Duhon – zarwałem noc dla tamtego meczu, w którym Duhon zaliczył 22 asysty i tylko dlatego wierzę…

2 – George McCloud – był długodystansowym snajperem a nie rozgrywającym, średnia asyst w karierze – 2.3…

3 – Will Bynum – Joe Dumars ściągnął go w 2008 roku z ligi izraelskiej i trzymał w Pistons do 2014 (sam Joe D również wtedy wyleciał). Jak zapewne pamiętacie, Tłoki w tamtym czasie nie były synonimem solidnej koszykówki…

4 – Ennis Whatley – kolejny weteran ligi izraelskiej, miał kilka solidnych sezonów w słabych drużynach w latach 80. i wtedy śrubował swoje rekordy asyst. W latach 90. rozegrał 135 meczów, notując po 3 punkty i 2 asysty w każdym z nich. PG w mojej All-WHO?! Team

5 – Mahmoud Abdul-Rauf – wytrawny score-first point guard, duchowy ojciec chrzestny Stephena Curry’ego, często miał piłkę w rękach, ale jego średnia z kariery – 3.5 – nie sugeruje kogoś zdolnego rozdać ponad 20 kończących podań w jednym spotkaniu (w 586 meczach w karierze, w „Klubie 10 Asyst” pojawił się raptem 14 razy).

Otagowane

Todd Lichti

Todd Lichti

Unlucky Fact: Łatwo rzucić okiem na metryczkę Lichtiego i uznać go za kolejnego, niezbyt wartego zapamiętania, bardzo białego człowieka, na dodatek wybranego z numerem 15 w drafcie, w którym z 17-ką poszedł Shawn Kemp. Możliwe jednak, że Todd Lichti byłby bardziej znaną postacią wśród fanów NBA lat dziewięćdziesiątych, gdyby nie druzgocząca passa nieszczęść, która bezpardonowo wybiła go z obiecującej trajektorii lotu jaką był sam początek kariery.

Jako rookie, Todd grał dla Nuggets po 16+ minut w meczu i rzucał średnio przyzwoite 8 punktów, na równie przyzwoitym odsetku – 48.6%. Ci, którzy widzieli go w akcji – nie tylko w NBA, ale i na Uniwersytecie Stanford, który opuścił jako rekordzista w ilości zdobytych punktów (jego rekord pobito dopiero w 2015 roku, czyli po 26 latach) – podkreślali jego ponadprzeciętny ciąg na kosz. Mierzący 193 centymetry shooting guard nigdy nie bał się wbiegania w pomalowane i to w czasach, w których tamte tereny zamieszkiwali prawdziwi twardziele. Po zakończeniu rozgrywek 89/90, działacze z Denver musieli być zadowoleni że Lichti w dniu draftu spadł na piętnastą pozycję – Bryłki gładko przegrały w pierwszej rundzie playoffs ze Spurs, ale Todd w pierwszym starciu miał z ławki 22 punkty, 13 zbiórek i 8 asyst.

Wiecie jak często rookie dokonuje czegoś takiego w meczu tej fazy rozgrywek (w tym przypadku Basketball Reference oferuje dane od 1964 roku)?

Query Results Table
Player Age Pos Date Tm Opp TRB AST PTS
Todd Lichti 23-108 G-F 1990-04-26 * DEN @ SAS L 13 8 22
Magic Johnson 20-239 G-F 1980-04-09 * LAL PHO W 13 11 25
Kareem Abdul-Jabbar 22-362 C 1970-04-13 * MIL @ NYK L 23 11 38
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/19/2018.

Niestety nieco ponad dwa tygodnie po zakończeniu tamtej serii, Lichti miał wypadek samochodowy. Jego dziewczyna, Kirstin – którą miał właśnie przedstawić rodzicom – zasnęła za kierownicą, auto przekoziołkowało i dziewczyna zginęła na miejscu. Todd trafił do szpitala bez poważniejszych – biorąc pod uwagę sytuację – urazów. Złamana stopa zrosła się na tyle szybko, że pojawił się w pierwszej piątce Nuggets na inaugurację sezonu. To mógł być jego przełomowy rok – w pierwszych 12 spotkaniach siedmiokrotnie rzucał ponad 20 punktów i notował średnie na poziomie 18.9 PPG, 3.8 RPG, 3.0 APG i 2.2 SPG.

Nie wiem, czy wypadek należy uznać za początek jego złej passy, czy też raczej za moment, w którym wykorzystał cały osobisty przydział uśmiechów losu, ale nie trzeba było długo czekać na kolejny cios wymierzony w zdrowie Todda. Przełomowy sezon trwał tylko 29 meczów (z czasem trochę wytracił impet, ale i tak 14 PPG za rozgrywki 90/91 to dobry wynik, choć oczywiście trzeba brać poprawkę na niesamowicie ofensywny styl gry tamtych Nuggets). Zanim Lichti zakończył przygodę z NBA w 1994 roku po serii epizodów w barwach Magic, Warriors i Celtics, zerwał więzadła w obydwu kolanach oraz doznał przecięcia ścięgien w nadgarstku.

Nawet gdy grał, nie był już jednak tym samym zawodnikiem. Częściowo ograniczony przez obolałe ciało, a częściowo przez przybitego tragedią i pechem ducha, nie był już tak nieustraszony na boisku. Sam później przyznał, że po wypadku „NBA przestała nagle być tak ważna, jaką wydawała się, gdy próbowałem się do niej dostać”.

Karierę dokończył we Włoszech i Australii. Na południowej półkuli zadomowił się nawet na dłużej, reprezentując Perth Wildcats do końca lat 90. i poznając tam projektantkę mody Sue, którą ostatecznie poślubił i z którą osiadł w Melbourne (w międzyczasie wracając na trochę do Stanów i próbując swoich sił jako komentator meczów Nuggets).

NBA oferuje bardzo wiele historii porażki, bo nie każdemu udaje się przekuć talent na ligową walutę, która pozwala na wieloletni byt w tym elitarnym gronie, tudzież nie rozmienić go na drobne. Czasem jednak po prostu brakuje wakatów na stanowisku kowala własnego losu i warto pamiętać, iż w licznych przypadkach zawalonych karier zamiast wytykać palcami, powinniśmy je krzyżować na szczęście.

Otagowane ,

Nate McMillan

Nate McMillan

Fun Fact: Gdybym chciał wybrać kartę, która najgorzej ilustruje karierę uwiecznionego na niej koszykarza, Nate McMillan z setu SkyBox 1990-91 byłby czołowym kandydatem. Nie dość, że pokazuje go w trakcie efektownego wsadu, czyli czegoś, co zupełnie nie kojarzy się z przyziemnym, niebłyskotliwym i twardym stylem gry „Pana Sonica”…

…to jeszcze na odwrocie zamiast fotki Nate’a, jest widnieje facjata Oldena Polynice’a (aka Not McMillan, he he):

NMcM

Jeden z najlepszych obwodowych defensorów lat 90. był znacznie bardziej zainteresowany rozgrywaniem i uprzykrzaniem życia rywalom, niż zdobywaniem punktów. Efekt: średnia asyst z kariery wyższa niż średnia punktowa oraz więcej przechwytów niż punktów w co dziesiątym meczu (83 razy na 796 spotkań sezonu regularnego).

McMillan wyrównał – niepobity do dziś – rekord ilości asyst w meczu w wykonaniu debiutanta – 25 (pierwszym, który tego dokonał był Ernie DiGregorio). To jednak rzadki fajerwerk statystyczny w karierze, która pod tym względem była raczej powściągliwa. Mało było zawodników tak bezwzględnie podporządkowujących indywidualne zapędy potrzebom zespołu.

Lata 90. Nate rozpoczął od przekazania pełnionej w latach 1986-90 roli podstawowego point guarda Gary’emu Paytonowi, rozpoczynając długoletnią wzorową współpracę tych panów. Dziś Mr. Sonic i The Glove sąsiadują ze sobą (jako, odpowiednio, numer dwa i numer jeden) zarówno na liście najlepszych przechwytujących, jak i najlepszych podających w historii Seattle Supersonics (oficjalnie Russell Westbrook wtrynił się pomiędzy nich na liście asystentów, ale wiadomo, Pioruny nigdy nie będą Ponaddźwiękowcami).

Otagowane

Tom Tolbert

Tom Tolbert

Fun Fact: W 1993 roku Tom Tolbert podpisał kontrakt z Los Angeles Clippers – po solidnym sezonie w Orlando Magic, gdzie grał rekordowe 25 minut w każdym spotkaniu – i zaczął nagle grzać ławę. Jego średni czas gry spadł o 12 minut i sfrustrowany Tom zaczął się nudzić. Z tychże nudów zaczął wydzwaniać do swojego ulubionego sportowego programu radiowego, prowadzonego przez Jima Rome’a (gdy zadzwonił pierwszy raz, zaczęto zadawać mu różne pytania by potwierdzić jego tożsamość, co skwitował zniecierpliwiony: „Dlaczego, do cholery, ktoś miałby się podszywać pod Toma Tolberta?”) i opowiadać ludziom historie z patologicznego świata Clippersów. Oczywiście GM, Elgin Baylor, nie był zadowolony, ale Tolbert powiedział wówczas: „No i co mi zrobi? Zacznę grać ujemne minuty?”

W szczytowych momentach (dwa pierwsze lata w Golden State i jedyny rok w Orlando) swojej trwającej niecałe 7 sezonów kariery, Tom Tolbert rzucał po 8 punktów i zbierał 5 piłek w każdym meczu. Jego dwa ostatnie sezony (93/94 i 94/95) były na tyle rozczarowujące, że gdy urodziło mu się pierwsze dziecko, 29-latek bez większego żalu zostawił ligę, która nie przewidywała żadnej większej roli dla gościa za słabego na grę na czwórce i za mało finezyjnego na bycie trójką.

Pogawędki z Jimem Rome’em zapewniły mu jednak gładkie wejście w świat sportowego dziennikarstwa. Przez ostatnie 20 lat Tolbert pracował jako komentator, miał własne programy radiowe i zaliczył przygodę z telewizją (za pracę przy meczach NBA na NBC dostał nawet nominację do Emmy).

Otagowane ,

Reggie Miller

Reggie Miller

Fun Fact: Meldowanie się w hotelach pod zmyślonymi nazwiskami to w świecie zawodowego amerykańskiego sportu dość długa tradycja, a na pewno istniała już w latach 90., co dokumentuje felieton Sports Illustrated z listopada 1997 roku.

Czytamy w nim m.in., że Reggie Miller zwykł korzystać z nazwiska Jamesa Browna, co w czasie jego pobytu w Chicago z okazji treningów trzeciego Dream Teamu doprowadziło do zabawnej sytuacji, gdy pewnego dnia do hotelu Millera przybył prawdziwy James Brown.

Inne ciekawe ksywki przywołane w tekście SI:

Z innych źródeł słyszałem, że Michael Jordan lubił wpisywać się w hotelowy rejestr jako „Clark Kent” lub „Bugs Bunny”, Charles Barkley wśród swoich licznych ksywek miał także idealnie pasującego „Homera Simpsona”, Tim Hardaway używał przydomka „Speedy Gonzalez” a John Crotty (point guard w pierwszej piątce graczy, o których jeszcze nie pisałem na blogu, choć już dawno powinienem) składał hołd Looney Tunes jako T. Devil (choć moja ulubiona historia dotycząca hotelowych aliasów nie wywodzi się z lat 90., a jej bohaterem jest Patrick Beverley, który przed sezonem 17/18 musiał zmienić swoją przykrywkę, bo wcześniej podawał się za Milosa Teodosicia – swojego nowego kolegę z drużyny).

Po co ta zabawa? Cóż, myślicie, że gdyby Reggie Miller wpisał się jako Reggie Miller w jakimś nowojorskim hotelu w czasie playoffów, to zamawiając posiłek do pokoju nie dostałby od kibicujących Knicks pracowników „czegoś extra”? (Chodzą plotki, że Kobe Bryant wpisał się swoim własnym nazwiskiem w hotelu w Sacramento w czasie playoffów 2002 i zatruł się dostarczonym do pokoju burgerem). Choć patrząc na posturę Reggie’ego można było mieć wątpliwości czy jadał coś poza złamanymi sercami kibiców drużyny przeciwnej w sosie z łez Spike’a Lee i potu Johna Starksa

To wcale jednak nie jest mój ulubiony „clutch-moment” w karierze „Jamesa Browna” (i wcale nie dlatego, że ucztował on tamtego wieczora na moim sercu). Za znacznie bardziej dobitny uważałem game-winner z czwartego spotkania finałów konferencji z Bulls w 1998:

Ten moment gdy bezpardonowo przepchnął największą gwiazdę koszykówki w historii i potem wbił mu w pierś symboliczny sztylet tak niezbornym rzutem, jaki tylko Reggie potrafił uskuteczniać, był dla mnie Millerem w pigułce. Gościem, którego nogi w dzieciństwie przez pięć lat tkwiły w szynach korygujących jak u Forresta Gumpa i który – choć zazwyczaj najchudszy na parkiecie – nie bał się wkurzyć nikogo (pamiętam anegdotę, że w czasie wspominanych już przygotowań do Igrzysk w Atlancie, Reggie uczył się przekleństw w językach krajów, z którymi USA miało grać). To odepchnięcie Jordana może i było faulem, ale karma wynagrodziła to Mike’owi w finałach tamtych playoffs, gdy kończył karierę game-winnerem także poprzedzonym kontrowersyjnym kontaktem z obrońcą.

Wątpię żeby było jakieś boiskowe wspomnienie, które irytuje fanów Bulls z lat dziewięćdziesiątych (bo w końcu i tak przecież to oni wygrywali), ale jeśli przeszkadza wam powyższy rzut Millera, zawsze możecie sobie przypomnieć jak cztery lata wcześniej cieszył się przedwcześnie…

Fanom Knicks niestety pozostaje tylko wyśmianie jego wyglądu.

Otagowane

Pervis Ellison

Pervis Ellison

Fun Fact: Cincinnati/Rochester Royals swego czasu (1956-60) mieli pierwszy numer draftu cztery razy w ciągu pięciu lat, ale odkąd zmienili nazwę na Kings i przenieśli swoją siedzibę – najpierw do Kansas City, a potem do Sacramento – najwyższy pick w naborze do NBA przypadł im w udziale tylko raz, w 1989 roku. I wykorzystali go na Pervisa Ellisona, którego zaraz po sezonie debiutanckim – Out Of Service Pervis opuścił w nim 48 spotkań – oddali do Waszyngtonu (w trójstronnej wymianie z Jazz) za trzy picki, w tym dwa drugorundowe i dwóch bardzo białych ludzi (Bobby Hansen i Eric Leckner) zupełnie w stolicy Kalifornii niechcianych (łącznie rozegrali dla Kings 70 spotkań).

Draft 1989 nie był jakimś szczególnie mocnym draftem, więc utalentowany center zawsze pójdzie w takich okolicznościach z jedynką, ale Kings mogli wybrać kogoś znacznie bardziej pożytecznego, jak Sean Elliott (pick #3) czy Glen Rice (#4), o dalszych wyborach – Mookie Blaylock (#12), Tim Hardaway (#14), Shawn Kemp (#17), Vlade Divac (#26) czy Cliff Robinson (#36) – nie wspominając.

Ellison niby nie był niczemu winien – ciało zdradziło go równie podstępnie, co klub i fanów – ale jego przedłużająca się absencja oraz niezbyt błyskotliwe występy w koszulce Kings (średnie 8.0 PPG, 5.8 RPG) zestawione z oczekiwaniami wobec pierwszego picku uczyniły z niego niezbyt popularną postać. Pervis tak wspomina tamte czasy:

„Było tak źle, że gdy wracając do domu po jednym z meczów, złapałem gumę na autostradzie, dwóch asystentów trenera minęło mnie nie zatrzymując się”.

Otagowane