Fun Fact: Scottie Pippen zajmuje drugie miejsce wśród koszykarzy Bulls pod względem występów na kartach koszykarskich podczas uprawiania baseballa (za Michaelem Jordanem) oraz pod względem występów na kartach koszykarskich w stroju, który wydaje się za duży (za Michaelem Jordanem). Wysforował się jednak na pierwsze miejsce, jeśli chodzi o występy na kartach koszykarskich w małych okularach przeciwsłonecznych.
Przy okazji napomknę, że Scottie zebrał ostatnio także punkty do rankingu koszykarzy, których imieniem nazywa się piosenki. Oczywiście utwór „Scottie Pippen” jest o niedoli bycia „tym drugim”.
Fun Fact: Był jednym z pięciu najlepszych koszykarzy na uczelni Michigan, ale pozbawiono go dystynkcji członka Fab Five. Choć wiele osób uważało, że to on powinien tworzyć wyjściowy skład Wolverines zamiast Raya Jacksona (jedynego członka Fantastycznej Piątki, który nie powąchał parkietu NBA), przesuwając Chrisa Webbera na czwórkę i Juwana Howarda na trójkę, to Riley pozostał szóstym graczem tamtej kultowej drużyny (ciekawostka: „Sub Five”, tudzież „Forgotten Five”, oprócz Erica tworzył Rob „Ten Rob Pelinka” Pelinka, a poza nimi niejaki James „Nie Jake Voskuhl” Voskuil, niejaki Michael Talley i niejaki Dougan Fife). Co o tym wszystkim sądził, dość dobitnie opowiedział w jednym z wywiadów, dziesięć lat temu (mój ulubiony „take” ericowy: Chris Webber to kozioł ofiarny, bo inni gracze też krzyczeli, żeby wziął czas, a przede wszystkim, trenerzy nie poinformowali wcześniej zawodników, że nie mają już do dyspozycji przerw na żądanie).
Riley miał w ogóle szczęście do ról dalszoplanowych w pamiętnych przedsięwzięciach.
Jako jeden z wielu młodych graczy załapał się do filmu „Blue Chips” (aka „Drużyna Asów”), w którym zagrał zawodnika zespołu Indiany (razem z takimi późniejszymi graczami NBA jak Calbert Cheaney, Bobby Hurley, Eric Anderson, Geert Hammink czy Greg Graham).
Jako rookie, po draftowej wymianie za Popeye’a Jonesa, trafił z Dallas do Houston. Tam niemal codziennie grywał jeden-na-jeden z Hakeemem Olajuwonem, służąc mu za worek treningowy przed starciem z najlepszymi środkowymi rywali. Rozgrzewał The Dreama na tyle dobrze, że ten poprowadził Rakiety do mistrzostwa w 1994 roku. Choć Eric w playoffach nie zagrał (ba, nie grał też za bardzo w sezonie zasadniczym), to otrzymał pamiątkowy pierścień (który został w 2016 roku sprzedany przez Rileya jubilerowi i wypłynął ponownie w 2020 roku, gdy poszedł na aukcji za 13,7 tysiąca dolarów).
Niewiele brakowało, a nasz bohater wystąpiłby też w filmie „Eddie”, ale ponieważ był wtedy wolnym agentem, ostatecznie zrezygnował i poświęcił się treningom oraz szukaniu nowego zespołu.
Riley był specem od bloków, ale nieszczególnie biegłym w pozostałych elementach koszykarskiego rzemiosła. Mówiło się też, że jest trochę za bardzo wyluzowany. Nikogo nie dziwiło, że utknął na ławce w zespole mistrzowskim, ale jako drugoroczniak trafił, zdawałoby się, w idealny układ. 18 grudnia 1994 roku podpisał kontrakt do Clippers, których dwaj najlepsi środkowi wypadli z gry. Stanley Roberts był cały sezon na liście konsumujących kontuzjowanych, a Elmore Spencer, m.in. z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym, wystąpił tylko w 19 spotkaniach). Nominalnie konkurencją Rileya byli tylko Matt Fish i Bob Martin (który w tamtych rozgrywkach zagrał w jednym meczu). Mimo wszystko Eric grał tylko po 10 minut w meczu, przegrywając walkę o miano centra pierwszej piątki z silnym skrzydłowym, Tonym Massenburgiem. Nie pomógł mu na pewno fakt, że stracił większość lutego 1995 liżąc rany po wypadku samochodowym (stłuczone żebra, obojczyk i stopy oraz rozcięta warga), który zresztą według dat publikacji artykułów przytrafił mu się tego samego dnia, lub dzień po meczu z Lakers, z którego został wyrzucony za bójkę z Antonio Harveyem (więc w sumie może któryś z wymienionych urazów miał już wsiadając do auta).
Kolejne rozgrywki w wykonaniu Rileya to 25 meczów (10 w pierwszej piątce) w koszulce Wolves, rok w Grecji, 39 meczów (14 w p.p.) w Dallas i 35 meczów (11 w p.p.) w Bostonie. Potem był częścią w inauguracyjnego sezonu nowej ABA i skakał po ligach poza granicami USA. Karierę w NBA zakończył ze średnimi 3.1 PPG, 2.6 RPG i 0.7 BPG.
Koniec końców, nic dziwnego, że jedyne highlighty Rileya jakie znalazłem na YouTube, to fragment „Blue Chips” (Eric to zawodnik z numerem 50, który punktuje pod koniec klipu):
Fun Fact: Julius Nwosu był jednym z tych surowych talentów z Afryki, które tak bardzo pobudzały wyobraźnię, że o starej jak kariera Hakeema Olajuwona romantycznej historii (Amerykanin jedzie na Czarny Ląd, Amerykanin poznaje bardzo wysokiego chłopaka, Amerykanin pyta chłopaka czy gra w koszykówkę, żyją długo i szczęśliwie) kręcono nawet filmy. Pochodzący z Nigerii Nwosu także spotkał na swojej drodze Amerykanina, który zapytał go, czy gra w koszykówkę. Co prawda Julius potrafił już wtedy kręcić piłkę na palcu, ale i tak był mocno w tyle jeśli chodzi o standardowy model rozwoju talentów. W jednym z wywiadów wspominał, że gdy – namówiony przez wspomnianego misjonarza – przyjechał grać na uczelni Liberty, nie miał zielonego pojęcia, do czego służy zegar odliczający czas na rozegranie akcji.
Nwosu miał jednak wystarczająco dużo potencjału, żeby po studiach przewinąć się przez ligi letnie i obozy treningowe kilku drużyn NBA. Choć pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał w Hiszpanii, to już drugi podsunęli mu pod nos San Antonio Spurs. Co prawda boiskowy wkład Juliusa w sezonie 94/95 był niewiele większy niż wkład Kyrie’ego Irvinga w zachęcanie ludzi do szczepień, ale Ostrogi chciały dalej inwestować w rozwój środkowego z Afryki. Niestety trzymiesięczny lokaut latem 1995 roku uniemożliwił negocjacje nowej umowy i Nigeryjczyk wybrał pewną fuchę w Rosji.
Tak rozpoczęła się bardzo długa i owocna kariera międzynarodowa Nwosu. Nigeryjczyk odwiedził w jej trakcie kilkanaście państw i praktycznie co roku wygrywał jakieś krajowe mistrzostwo (w jednym z wywiadów Julius mówił o 15 czempionatach, w innym padła informacja o 20, ale wybaczcie – nie chciało mi się sprawdzać rok po roku wyników wszystkich jego klubów, których, jeśli wierzyć Wikipedii, było też około 20).
Po zdobyciu mistrzostwa Rosji z CSKA próbował zakotwiczyć w Boston Celtics, którzy właśnie szykowali się na tankowanie po Tima Duncana. Jego szanse oceniano wysoko, bo największą konkurencją w walce o rolę ostatniego centra był the one and only Brett Szabo. Nwosu liczył, że sezon w NBA na karku, doświadczenie z najmocniejszych europejskich lig oraz treningi z Davidem Robinsonem zaprocentują angażem. Nasz bohater jednak nie wygryzł Szabo. Widać trenowanie z Admirałem było w Bostonie mniej cenione niż trenowanie z M.L. Carrem.
O Nwosu zrobiło się umiarkowanie głośno w 1998 roku, gdy został wyrzucony z mistrzostw świata po oblanym teście antydopingowym. Winnym był nadmiar efedryny w lekach, które wziął na wzmocnienie przed jednym z meczów. Trochę mu to utrudniło szukanie nowej drużyny, bo choć Julius nigdy nie pił i nie palił, dopingowa wpadka zapalała lampki ostrzegawcze w głowach mniej dociekliwych pracodawców.
Jak można się domyślić po wcześniejszej wzmiance o pierdyliardzie zdobytych mistrzostw, jego kariera szybko wróciła na właściwe tory i cóż – reszta jest historią (zbyt mało ciekawą, mimo tego całego wygrywania, żeby ją obszernie opisywać).
Jeśli lubicie segmenty w stylu „Where are they now?”, oto krótki epilog… Boiskową karierę Julius zakończył w wieku 40 lat, w 2010 roku. Mniej więcej wtedy udzielił wywiadu, w którym zapytano go o plany na przyszłość. Nowsu powiedział wówczas, że być może powinien po raz pierwszy w życiu spróbować alkoholu. Trzeba przyznać, że abstynencja to spory wyczyn w przypadku gościa, który najlepsze lata życia spędził w Rosji.
Nie wiem czy Julius w końcu zrealizował ten plan, ale w międzyczasie stwierdził, że nadal chce zajmować się koszykówką. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowca reprezentacji Nigerii, Mike’a Browna, i dosłownie parę dni temu zadebiutował w roli p.o. głównego trenera w meczach eliminacji mistrzostw świata (Brown jest chwilowo zajęty byciem członkiem sztabu Steve’a Kerra). Jeśli wierzyć informacjom na portalach społecznościowych, Nwosu na co dzień mieszka w Houston i pracuje jako specjalista od EHS (takie BHP połączone z ochroną środowiska). Absolutną miłością darzę fakt, że jego zdjęcie profilowe na LinkedIn to rewers karty, która posłużyła za ilustrację do tego wpisu.