Fun Fact: Oprócz Davida Benoit – grającego w Jazz, jest też David Benoit – grający jazz. Ten drugi był lepszym pianistą, ale nie pakował piłki z góry tak jak ten pierwszy…
Benoit pierwszy nie był wirtuozem w swojej dziedzinie, jak Benoit drugi, niemniej wywalczył sobie miejsce w elitarnej lidze koszykówki (pomimo pominięcia w drafcie), dzięki skoczności i ofiarności na boisku.
Fani Jazz mają mu za złe, że choć nie słynął z talentu rzutowego, spudłował trzy kolejne trójki w decydujących minutach piątego spotkania pierwszej rundy playoffs w 1995 roku (przypominam, że wtedy otwierano post-season serią best-of-five), przeciw broniącym tytułu Houston Rockets. Zespół Malone’a i Stockton prowadził 7 punktami na trochę ponad 5 minut przed końcem, ale cegły Benoit były jednym z głównych budulców muru, który zagrodził Jazzmanom drogę do wyeliminowania osłabionych problemami zdrowotnymi i wychowawczymi mistrzów.
Bonus Fun Fact: Ten drugi David Benoit skomponował kiedyś utwór pod tytułem „Kobe” (jego nazwa wzięła się jednak od japońskiego miasta). Przestań konfundować moją wyszukiwarkę internetową drugi Davidzie Benoit!
Fun Fact: Grant Hill od zawsze funkcjonował w zbiorowej pamięci kibiców NBA jako postać nieskazitelna. Przystojny, dobrze wychowany, świetny w kosza, dzielny mimo przeciwności losu i w ogóle najchętniej wydałbyś za niego swoją córkę, gdyby nie to, że zanim twoja córka dorośnie, Hill zostanie już wzięty do Nieba, razem z ciałem i butami FILA.
Często zapominamy, że w 2000 roku (to teoretycznie data już poza strefą wpływów tego bloga, ale jest zwieńczeniem ninetiesowego wcielenia Hilla) Hill zrobił dokładnie to, co zrobił w tym roku strącony do kibicowskiego piekła zasilanego palonymi koszulkami, Kevin Durant. Miał gdzieś lojalność i wybrał większe pieniądze w Orlando oraz połączenie sił z T-Makiem zamiast zostać w Detroit z Jerrym Stackhouse’em (nie żeby ta para była przeznaczona do wielkich rzeczy, w ostatnim sezonie Hilla, Pistons mieli mocno przeciętny bilans 42-40 i nigdy nie wygrali rundy playoff za jego kadencji).
Z drugiej strony, po tej decyzji nie tylko stracił status gwiazdy z powodu kontuzji, ale prawie umarł po jednej z operacji w 2003 roku, więc wszyscy się chyba zgodzą, że karma w jego przypadku nie zachowała się jak wzór cnót.
Fun Fact: Lawrence Moten to jedno z moich osobistych rozczarowań lat 90. Choć nie miałem pojęcia w tamtym czasie o NCAA (to się w sumie nie zmieniło, ale teraz przynajmniej mam dostęp do opinii osób, które znają temat), praktycznie w każdym drafcie wynajdowałem sobie postać, która moim zdaniem odniesie sukces w NBA. O Motenie wcześniej czytałem w jakimś Magic Basketballu, gdzie wrażenie wywarła na mnie informacja, że gracz Syracuse jest rekordzistą konferencji Big East pod względem ilości zdobytych punktów. Zdziwiłem się, że w Drafcie 1995 poszedł dopiero w drugiej rundzie, z 36-tką, ale ponieważ w związku z tym trafił do Grizzlies, byłem pewny, iż to będzie dla niego idealna sytuacja. Myliłem się – w NBA rozegrał 119 meczów rozciągniętych na dwa sezony, a resztę kariery spędził w różnych dziwnych amerykańskich ligach półamatorskich (z krótkim przystankiem w Europie).
Tym samym ostatnim relewantnym koszykarskim wydarzeniem z udziałem Lawrence’a Motena był czas, który wziął w ostatnich sekundach pojedynku Syracuse z Arkansas w ramach NCAA Tournament. Jego Orangemen wygrywali wówczas jednym punktem i mieli piłkę… ale niestety nie mieli już czasów. Razorbacks wykorzystali jeden z dwóch rzutów wolnych przyznanych za przewinienie techniczne Motena, a w dogrywce wygrali 96:94.
Auć.
Biorąc pod uwagę, że moim ulubionym koszykarzem jest Chris Webber, wygląda na to, iż mam swój typ gracza.
Fun Fact: Adam Keefe był zdecydowanie jednym z najbielszych ludzi w NBA lat 90, ale dzielnie walczył ze swoją drewnozą. Gdy po dwóch rozczarowujących – jak na 10 pick w drafcie – sezonach w Atlancie został wytrejdowany do Jazz, prezydent klubu z Salt Lake City, Frank Layden, przywitał go słowami: „Lepiej żebyś się nie oszukiwał, bo twój następny przystanek to liga włoska”. No i Keefe faktycznie przestał się oszukiwać, że wciąż może być taką gwiazdą jaką był na uniwerku. Zajął się harowaniem, wynoszeniem koszykarskich śmieci i wyłapywaniem łokci przeciwników gdy nieustraszenie nurkował w najmniej wdzięczne miejsca na boisku. Nagrodą za pogodzenie się z losem był sezon 97/98, w którym Adam został graczem pierwszej piątki Jazz, wygrywając z nimi 62 mecze w sezonie regularnym (średnie z tego sezonu to prawie 8 punktów, ponad 5 zbiórek, 54% z pola i 81% z linii osobistych). Co prawda w playoffach jego czas gry poleciał na łeb, na szyję, ale trzy mecze finałowe zaczynał od pierwszej minuty, nawet jeśli niekoniecznie wypadł w nich szczególnie korzystnie…
Ostatecznie Keefe nie skończył we Włoszech… tylko w Hiszpanii i dopiero w wieku 30 lat, na dwa ostatnie sezony swojej zawodowej kariery.
Sad Fact: To nie będzie „fun fact”, bo poruszymy temat przemocy i uzależnienia. Niby wszystkie opowieści z czasów Jail Blazers są o przemocy i uzależnieniu, a mimo wszystko są „fun”, ale tym razem akurat nie chodzi o picie, palenie i dokazywanie na treningach. Bo, widzicie, Gary Trent nie był jakimś tam zmanierowanym, zblazowanym imprezowiczem jak Sheed czy Damon Stoudemire i bardzo możliwe, że to on rozpoczął całą jailblazerską erę.
Za czasów gry w Portland trafił do aresztu za pobicie swojej ciężarnej dziewczyny, a wciąż będąc na okresie próbnym po tamtym wybryku, zaatakował swojego znajomego w miejscu publicznym, zaliczając po między nimi bójkę w knajpie z agresywnym obcym mężczyzną. To i tak był jednak dla Trenta okres wyciszenia, bo ledwie kilka lat wcześniej zajmował się handlem narkotykami i gdyby nie koszykówka stałby się kolejny członkiem swojej rodziny tkwiącym za kratkami. Ojciec Gary’ego trafił za handel dragami do więzienia federalnego, matka była uzależniona od narkotyków, wujkowie odsiadywali wyroki z kradzieże i zabójstwo, dziadek zapił się na śmierć, a babcia zamordowała własnego syna. Trent podjął w swoim życiu wiele złych decyzji, ale nie schrzanił tej najważniejszej – decyzji o poświęceniu się koszykówce.
Fun Fact: Dziś Trent to mąż i ojciec czwórki synów (jeden z nich, Gary Trent Junior, jest nawet obiecującym koszykarzem), współpracujący z jedną ze swoich byłych drużyn, Minnesotą Timberwolves. Teraz jest trenerem wysokich zawodników, a w ostatnich latach ma też na swoim koncie pracę w szkołach podstawowych jako „specjalista od interwencji” – pomagał dzieciom borykającym się z różnego rodzaju problemami osobistymi – i bywał również zapraszany przez ligę na pogadanki o trudach życia koszykarza z debiutantami.
Na boisku był typowym podkoszowym zwierzakiem, ale potrafiącym zaskoczyć finezją pomimo swojej nieco misiowatej postury. W szkole miał ksywę „Shaq Of The MAC”. Mimo solidnych wyników (ponad 8 punktów i 4 zbiórki na mecz w karierze, 16 i 8 w najlepszym sezonie 98/99 w Dallas), Trent po dziewięciu sezonach – ale jeszcze przed trzydziestką – był już poza NBA i dokończył zawodową karierę w Europie. Dziś dużo łatwiej znaleźć highlighty jego syna, a jeden, dość reprezentatywny, udało się namierzyć:
Trent – nawet po odejściu z Portland, gdzie grał 2.5 sezonu – był gościem, z którym się nie zadzierało. Swoim kolegom z zespołu robił wykłady na temat najskuteczniejszych technik bicia ludzi, zwykł wpadać do szatni przeciwnika na „słówko” z rywalami, którzy podpadli jemu, lub drużynie, zajmował się też sprawiedliwym rozdysponowaniem ostrych fauli na boisku w ramach własnego systemu kar za zagrania niezgodne z duchem sportu (kiedyś m.in. złapał za włosy Steve’a Nasha, gdy ten szedł na linię rzutów wolnych po wątpliwym faulu). Mimo łobuzerskich nawyków, wszyscy podkreślali jego dobry charakter i domyślam się, że dobrze było mieć takiego kolegę z drużyny.
Fun Fact: Lou Roe rozegrał w NBA ledwo 66 meczów rozciągnięty na dwa sezony w Pistons i Warriors, niezbyt często schodząc w tamtym czasie z ławki, ale mi zapadł w pamięć jako członek fajnego debiutanckiego tercetu podkoszowców, który Tłoki grający pierwszy sezon pod wodzą Douga Collinsa, wykorzystywały do nękania przeciwników i obręczy: Roe, Theo Ratliff i Don Reid. Theo miał długą i bardzo udaną karierę, Reid także zakotwiczył na kilka sezonów, za to Lou – mimo iż były głosy, że to najciężej pracujący gracz w lidze – nie dał rady przezwyciężyć przeciwności losu: był za niski na power forwarda i za mało utalentowany, aby te braki nadrobić.
Hardkorowo ciekawscy mogą popatrzeć na Roe w akcji w poniższym meczu – choć zdobył tylko 3 punkty i zebrał 4 piłki, spędził na parkiecie aż 21 minut
Poza NBA, jego kariera trwała aż do 2012 roku, a największą część tego czasu spędził w Hiszpanii, wygrywając nawet tytuł MVP ligi ACB. Czyli ciężka praca jednak się opłaca.
Fun Fact: Najfajniejsze w karierze Erica była jego ksywa z czasów szkolnych – Man Of Steal – i dwa pierwsze sezony w Milwaukee Bucks, w których był podstawowym rozgrywającym i notował mniej więcej po 15 punktów, 3 zbiórki, 7 asyst i 2 przechwyty w każdym spotkaniu (raz miał nawet 9 przechwytów w meczu, jako jeden z 24 graczy w historii ligi). Potem jednak stał się synonimem średniactwa, przegrywając nawet walkę o pierwszy skład Kozłów z innym synonimem średniactwa, Lee Mayberrym. Ostatecznie karierę Murdocka podsumowuje zdarzenie z czasów jego gry w Vancouver Grizzlies, gdy podczas meczu z Utah Jazz ktoś nie wytrzymał i krzyknął obelgę ostateczną – „Murdock, nie łapiesz się nawet do pierwszej piątki beniaminka” – a tym kimś okazał się właściciel Jazz, Larry Miller, który ledwie parę lat wcześniej sam wybrał Erica w drafcie do NBA (Murdock odpowiedział na tę skądinąd trafną obserwację obscenicznym gestem).
No dobra, jest jeszcze jeden fajny moment w karierze Murdocka – jeden z najlepszych buzzer beaterów lat 90 (miejsce drugie poniższego zestawienia):
Fun Fact: Olivier Saint-Jean niemal natychmiast po wyborze z 11 numerem Draftu 1997 (jako pierwszy wychowany we Francji zawodnik) zmienił nazwisko na Tariq Abdul-Wahad. Występował w podstawowym składzie tej superfajnej drużyny Kings z Jasonem Williamsem na rozegraniu, po czym został wytransferowany do Orlando za Nicka Andersona. Przez pierwsze trzy lata w Sacramento wyrobił sobie opinię solidnego po obydwu stronach parkietu swingmana.
Niestety potem wyrobił sobie inną opinię – opinię lenia i jednego z najbardziej znienawidzonych koszykarzy w historii Dallas Mavericks. W 2000 roku dostał za swoje wcześniejsze wyczyny wysoki jak na tamte czasy kontrakt wart 40 milionów dolarów płatnych w 6 lat i gdy Mavs ściągnęli go do siebie, minęło dopiero półtora roku tej umowy. Niestety po transferze w czasie trade deadline w 2002 roku, Abdul-Wahad zagrał przez resztę sezonu tylko 4 razy, w kolejnych rozgrywkach wystąpił w 14 meczach, a przez następne cztery lata, gdy pozostawał na liście płac Dallas, nie pojawił się na parkiecie już ani razu, bo Mark Cuban powiedział do niego wprost: „nigdy więcej tu nie wracaj, nie chcę cię widzieć w pobliżu drużyny”.
Okazuje się, że Abdul-Wahad był bumelantem, który nie chciał trenować i zajmował się pierdołami pozaparkietowymi zamiast skupić się na koszykówce. Jest tak źle wspominany przez Cubana, że po tym jak – skądinąd kochający praktycznie wszystkich swoich pracowników – właściciel Mavericks wywalił z hukiem Lamara Odoma, skwitował to słowami: „Po prostu wrzućmy go do jednego worka z Tarikiem Abdul-Wahadem i zapomnijmy o sprawie”.
Auć.
Wygląda na to, że Tariq lepiej by zrobił, gdyby zmienił nazwisko nie na początku, a na końcu swojej zawodowej kariery.
Fun Fact: NBA z Pippenem w Rockets/Blazers, Ewingiem w Sonics/Magic, Olajuwonem w Raptors i – nie zapominajmy – Jordanem w Wizards, to nie była moja liga. Dopiero hype na LeBrona (i Maćka Lampe, który miał przecież iść w pierwszej piątce draftu 2003) i zwycięstwo Pistons nad Lakers w Finałach 2004 dały mi poczucie jakiegoś nowego początku i zachęciły do ponownego bliższego zainteresowania się amerykańską koszykówką.
To nie jest jednak tak, że w trakcie przygody Scottie’ego z Rockets nie było na czym oka zawiesić…
…tak jak zresztą nie wszystko z jego czasów w Bulls chcemy pamiętać…
Fun Fact: Dziś w nocy kolejny draft do NBA, jedno z moich ulubionych wydarzeń w kalendarzu ligi, które nie tylko potrafi w jedną noc zmienić układ sił w lidze dzięki właściwym wyborom czy trade’om, ale też generuje mnóstwo tematów do późniejszych żartów czy analiz z serii „co by było gdyby?”. W 2016 roku pierwszy pick przypadł Fildelfii i Sixers planują wykorzystać go na Bena Simmonsa – nowego (jeśli mamy pozostać w świecie porównań z lat 90) Granta Hilla. Oczekiwania wobec graczy wybranych z numerem pierwszym są zawsze wysokie i dość łatwo ich nie spełnić. Shaquille O’Neal to jeden z tych nielicznych picków #1, którzy nie tylko byli tym wszystkim, czego oczekiwaliśmy, ale wręcz przerośli nasze wyobrażenia (Shaq do tego stopnia, że ostatecznie zaczął rozczarowywać, gdy okazało się, że nie jest w 100% skupiony na koszykówce).
Ostatnio wszędzie węszę ranking, oto więc lista pierwszych wyborów w draftach z lat 90 w kolejności od najlepszego do najgorszego:
Poza Olowokandim, każdy z tych picków można nawet dziś obronić, choć nie radziłbym tego w przypadku Glenna Robinsona (który choć okazał się niezłym łowcą punktów, był o klasę gorszy niż Jason Kidd i Grant Hill) i Joe Smitha (nawet jeśli uznamy, że Kevin Garnett był wtedy bardzo dużym ryzykiem, to Warriors wyszli by lepiej wybierając zarówno McDyessa, Stackhouse’a, Sheeda czy Damona Stoudemire’a).
Coleman okazał się patentowanym leniem, ale też patentowaną maszynką do 20/10 w pierwszych latach kariery. To Gary Payton był najlepszym zawodnikiem tego draftu, ale role odmieniły się tak naprawdę dopiero po kilku latach i były tak naprawdę efektem czynników pozasportowych.
Allen Iverson też nie był najlepszym zawodnikiem w swoim roczniku ze względu na Kobe’ego Bryanta i Steve’a Nasha, ale 76ers chcieliby ustrzelić w tym roku takiego „busta”.
Elton Brand podnieca w tym gronie niewiele bardziej niż Joe Smith, ale przez wiele lat ocierał się o elitę ligi i żadne nazwisko zawodnika, który miał karierę równie dobrą, bądź bardziej udaną – Steve Francis, Baron Davis, Lamar Odom, Rip Hamilton, Andre Miller, Shawn Marion, Ron Artest, Andrei Kirilenko czy Manu Ginobili – nie brzmi dziś jak koronny argument przeciw pickowi Bulls (choć fakt, że oddali go już po dwóch latach do Clippers nie działa na korzyść jego sprawy).
LJ’owi ktoś może wypomnieć karierę wybranego trzy miejsca później Dikembe Mutombo, ale zanim kontuzja zrobiła z niego role playera w Nowym Jorku zdołał chyba potwierdzić, że był największym talentem w tym drafcie.
Reszta to strzały w dziesiątkę (choć pozycję Webbera przez pierwsze sezony podminowały jego kaprysy, kontuzje i równoległa kariera Penny’ego Hardawaya) i tego wypada dziś życzyć Sixers.
Post scriptum a propos karty:Jim McIlvaine był 32 pickiem w 1994 roku – oto ranking 32 picków z lat 90:
1. Rashard Lewis
2. Brent Price
3. Jim McIlvaine
4. Michael Ruffin
5. Brian Oliver
6. Alphonso Ford
7. James Cotton
8. Chad Gallagher
9. Terrence Rencher
10. Ryan Minor