Monthly Archives: Październik 2015

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Zaczął się 70 sezon NBA i 50 sezon istnienia Chicago Bulls (którzy zresztą uczcili obydwie okazje pokonując w meczu otwarcie Cavs). Mija też mniej więcej 20 lat odkąd uważam powyższą kartę, za najlepszą kartę Michaela Jordana – zawodnika, którego przypomnienie (choć Jordana przecież nie trzeba nikomu przypominać) jest jedynym możliwym zabiegiem, gdy chce się uczcić urodziny Bulls poprzez jedno tylko nazwisko.

Przy okazji Jordan jest też rekordzistą NBA jeśli chodzi o ilość punktów w pierwszym dniu sezonu (przynajmniej od 1963 roku, nie mam pewności czy Wilt Chamberlain czegoś wcześniej nie wywinął). Wicerekordzistą zresztą też. W 1989 roku zaczął od 54 punktów (Bulls także grali wtedy z Cleveland), a w 1986 – od 50 (oczywiście w Madison Square Garden). Stephen Curry z wczorajszą czterdziestką nie łapałby się nawet do pierwszej dziesiątki pod tym względem.

Jak jeszcze uczcić początek obchodów 50 urodzin Bulls? Można na przykład przypomnieć boleśnie drętwą reklamę z pierwszych lat klubu, w której wystąpiła ich ówczesna gwiazda, Jerry Sloan. I nie tylko on…

Ponieważ to jednak blog o ostatniej dekadzie XX wieku, na koniec coś bardziej pasującego do tamtego przedziału czasowego i estetycznego:

Sto lat, Byki. Bez was nie miałbym przeciwko komu kibicować w latach 90.

Otagowane

Johnny Taylor

Johnny Taylor

Fun Fact:

NAJGORSZA.

KARTA.

EVER.

Kiepsko wklejone tło, nieporadnie udawany gest tryumfu połączony z płaczliwą miną… Wyobraźcie sobie, że jesteście debiutantem w NBA, dopiero co wybranym z 17 numerem w drafcie, stojącym u pierwszego stopnia stromych schodów prowadzących do zdobycia powszechnego szacunku i rozpoznawalności… i wtedy wpada wam w ręce wasza debiutancka karta, na której jakiś żartowniś umieścił zupełny odrzut z sesji fotograficznej. Pewnie gdy w 2000 roku – trzy sezony po wyborze przez Magic – Johnny Taylor opuszczał NBA, liczył że to koniec z występami na kartach koszykarskich. W tym kontekście doczekał się happy endu, bo do amerykańskiej ligi już nie powrócił (poza epizodem w D-League, ale tam nie robią kart), za to grał zawodowo aż do 2012 roku w takich krajach jak Włochy, Filipiny, Rosja, Korea Południowa, Hiszpania, Liban, Belgia, Japonia i Bahrain.

15-letnia kariera zawodowa to naprawdę spore osiągnięcie (a dziś Taylor jest asystentem trener na swoim dawnym uniwerku), więc w kontekście powyższej karty można by było powiedzieć (na przykład okrutnemu fotoedytorowi z firmy Topps), że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Tyle że daleko nam jeszcze do ostatniego śmiechu wywołanego widokiem debiutanckiej karty Taylora. Tak długo jak zachowam swój egzemplarz, będzie on rozbrzmiewał nieustannie…

Otagowane ,

Chris Carr

Chris Carr

Fun Fact: Domyślam się, że przez ostatnie 20 lat, parę osób mogło zapomnieć o cegiełkach jakie ten obrońca dołożył do krótkotrwałego, ale jakże ekscytującego związku Kevina Garnetta i Stephona Marbury’ego w Minnesocie. A jak już Chris Carr dokładał cegiełkę, to zazwyczaj z góry:

Spuścizna Carra to przede wszystkim powyższy wsad nad Mutombo (oraz parę innych widowiskowych wykończeń akcji Wolves w latach 1996-1998), drugie miejsce (za Kobe Bryantem) w Slam Dunk Contest 1997 (choć nie był to jakiś wiekopomny występ) oraz całkiem solidny sezon 97/98 (średnio 9.9 PPG), po którym został jednak oddany – na początku kolejnych rozgrywek – do New Jersey Nets, jako część nieszczęsnego transferu Starbury’ego. Trzy lata później był już poza NBA, choć na początku 2000 roku zakotwiczył – po serii dwóch 10-dniowych kontraktów – w Chicago, gdzie rzucał po 9.8 punktu w 50 meczach. Tyle że byli to Bulls, którzy wygrali 17 spotkań, a 9.3 punktu rzucał dla nich niejaki Rusty LaRue, 7.7 punktu niejaki Corey Benjamin, 7.6 punktu niejaki Dedric Wiloughby a 6.5 punktu – the one and only – Kornel David.

David_Kornel_202

Tego lata myślałem o Chrisie najwięcej od 1998 roku, oto bowiem jego nazwisko pojawiło się nagle w artykułach o moim najbardziej nieodżałowanym obecnie niespełnionym talencie – okazało się, że Carr jest mentorem próbującego dostać jeszcze jedną szansę w NBA Royce’a White’a. Na razie praca z trenerem szkoły średniej w minnesockim Eden Prairie załatwiła White’owi miejsce w lidze letniej, ale występy w składzie Clippers miał raczej marne i nie zaktowiczył na żadnym obozie treningowym drużyny NBA.

A wracając do spuścizny Chrisa Carra to został on kiedyś ukarany przez NBA za noszenie zbyt długich spodenek.

Otagowane

P.J. Brown

PJ Brown

Fun Fact: Collier Brown Junior (podobno „P.J” to ksywka, którą zainspirowała jego dziecinna miłość do „peanut butter and jelly”) nie raz w swojej karierze walczył o zbiórkę. Jest dzięki temu na 25 miejscu w historii ligi pod względem ilości zbiórek ofensywnych, przed – między innymi – Kareemem Abdul-Jabbarem czy Patrickiem Ewingiem. Nie raz pomagał w ten sposób swojej drużynie, ale najbardziej pamiętną walkę o zbiórkę ofensywną stoczył 14 maja 1997. I choć nie złapał wówczas piłki, to tą jedną akcją pomógł swojej drużynie wygrać dwa mecze i całą serię best of seven, w której przegrywała ona już 1-3. Bo zamiast piłki zebrał w niej Charlie’ego Warda. A potem bezceremonialnie rzucił nim w trybuny…

Reszta jest historią. P.J. Brown został wykluczony z gry na resztę serii, ale w wyniku bójki zawieszono znaczną część zawodników Knicks, co Miami wykorzystuje pokonując ich w meczu numer 6 (nie grali wówczas Patrick Ewing, Allan Houston i Charlie Ward) oraz numer 7 (brakował wtedy Larry’ego Johnsona i Johna Starksa) i awansując do finału Konferencji Wschodniej.

Jako fan Knicks nie mam pretensji do Browna. Przecież na tym polegała rywalizacja Heat i Knicks. Wszystkie chwyty były dozwolone i Collier junior po prostu dopisał do tego wątku kolejny rozdział. Mam do niego pretensję o co innego: że ubarwiając historię rywalizacji między Miami i Nowym Jorkiem, pozbawił wszystkich ostatniego tańca między Knicks a Bulls – chyba jeszcze bardziej legendarnej rywalizacji z lat 90. Byki w 1997 roku ograły Heat w pięciu meczach bez większej historii, którą na pewno byłby siódmy pojedynek playoffowy Chicago i Nowego Jorku na przestrzeni ośmiu lat. Te starcia były solą koszykówki lat 90. Solą w oku fana Knicks, dodajmy.

Otagowane

Eddie Jones

Eddie Jones

Fun Fact: Nie lubię Los Angeles Lakers, ale nie jest to jakaś głęboko zakorzeniona i podszyta koszykarskimi tradycjami nienawiść do złoto-purpurowych barw – po prostu najpierw, gdy sprowadzili Shaqa, pogardziłem bandwagonerską wrzawą wokół tego klubu (do dziś nie lubię klubów z dużych rynków kompletujących super drużyny… co pewnie mi przejdzie gdy ktoś w końcu zechce podpisać kontrakt z Knicks), a potem najzwyczajniej w świecie nie lubiłem Kobe’ego Bryanta (co też zostało mi do dziś). Dodajmy do tego rzut Horry’ego z niesławnej serii z Sacramento Kings, których uwielbiałem i chyba można mi darować łatkę „hejtera” – mam po prostu swoje powody, żeby Jeziorowcom nie kibicować. Ich fanem raczej nigdy nie zostanę, ale ostatnio bardzo trzymam kciuki za rozwój Juliusa Randle’a, który jest w czołówce moich ulubionych obecnie zawodników NBA. Początkowo sympatia do gracza Lakers wydała mi się obcym uczuciem bez precedensu, ale potem przypomniałem sobie te drużyny, które Miasto Aniołów wysyłało do boju w żółtych koszulkach w pierwszej połowie lat 90. Tam było wiele dających się lubić postaci, a wśród nich wybijał się Eddie Jones. Dosłownie się wybijał:

To być może najmniej dynamicznie zmontowany koszykarski highlight koncentrujący się na wsadach, ale pomiędzy dłużyznami jest mnóstwo przedniej, dunkowej treści. Jeśli jednak dla kogoś dzień bez dynamicznego montażu jest dniem straconym, może podratować się innym filmikiem z Eddiem.

Otagowane

Robert Pack

Robert Pack

Fun Fact: Wszechświat nigdy nie był tak bliski perfekcyjnej harmonii, gdy próbujący kończyć każdą akcję widowiskową „paczką” człowiek nazwiskiem Pack i pseudonimie „Pac-man” grał w Denver Nuggets, drużynie, której logo i koszulki kojarzyły się (przynajmniej w pierwszym sezonie Roberta w Kolorado) ze starą grą komputerową.

Wielu było niewysokich dunkerów w NBA, ale chyba żaden nie potrafił swojego talentu sprzedać tak dobrze w trakcie samego spotkania co Pack.

To zjednywało mu wielu fanów. Wśród największych z nich jestem na pewno ja (Pac-man jest point guardem w mojej All-Time Favourite 6th Team), kibice Nuggets z lat 90, kibice Washington Bullets z początku sezonu 95/96 (Pack w 31 meczach – zanim kontuzja zakończyła jego sezon – miał średnie 18.1 PPG, 7.8 APG, 4.3 RPG oraz 2.0 SPG i był nawet przymierzany do All-Star Game) i były generalny menadżer John Nash, który ściągał Packa do Waszyngtonu w 1995, do New Jersey w 1996 i do Portland w 2003 roku (choć w dwóch ostatnich przypadkach także się go pozbywał, z Blazers nawet przed początkiem obozu treningowego).

Fanami Packa nie są jednak na pewno Shawn Bradley

…i ten gość:

Otagowane

Anfernee Hardaway

Anfernee Hardaway

Fun Fact: Gdy myślę o najlepszych akcjach Penny’ego Hardawaya, to do głowy przychodzi mi podanie tyłem nad ramieniem w trakcie robinsonady w pole trzech sekund Knicks, poster z Patrickiem Ewingiem i asysta pod ręką – w stylu riderowego „shot of the decade” – przez pół boiska. Zupełnie przez te wszystkie lata zapomniałem o poniższym zagraniu (a może nigdy wcześniej go nie widziałem?), które od dziś dołącza do mojego panteonu zagrań Penny’ego:

Otagowane ,

Sasha Danilović

Sasha Danilović

Fun Fact: Jego kariera w NBA trwała tylko dwa sezony i 75 meczów, ale i tak Predrag „Sasha” Danilović był jednym z najlepszych Europejczyków, jacy w latach 90 pojawili się na parkietach ligi. Nie miał większych problemów z dostosowaniem się do amerykańskiego sposobu gry i od razu zaczął rzucać ponad 13 punktów w meczu, przy skuteczności 43.6% w rzutach za trzy, niestety tylko w 19 meczach, bo do tylu spotkań ograniczył jego sezon debiutancki uraz nadgarstka. W drugim sezonie został przed trade deadline wysłany do Dallas (za Jamala Mashburna) i tam po rozegraniu trzech spotkań znów musiał pauzować. W 13 spotkaniach rozegranych ostatecznie w Teksasie zbliżył się do granicy 17 punktów w każdym meczu, ale stracił zainteresowanie kontynuowaniem kariery w NBA i amerykańskim stylem życia. Jedyne co docenił, to grę w Madison Square Garden, gdzie zagrał jeden ze swoich lepszych zaoceanicznych meczów i pozwolił sobie nawet na odrobinę bardzo amerykańskiego trash talku ze Spike’iem Lee…

Wrócił do Europy, gdzie z marszu wygrał Euroligę z Kinderem Bolonia, a sam otrzymał tytuł Mr. Europa. To też go jednak, aż tak bardzo nie jarało, bo dwa lata później, jako 30-latek ogłosił zakończenie kariery, powołując się m.in. na zmęczenie treningami oraz brak ambicji związany z tym, że wygrał w zasadzie wszystko. Na Daniloviciu (który na emeryturze zajął się pracą działacza klubowego) chyba ogólnie większość rzeczy nie robiła wrażenia, bo np. w maju 2013 roku – w trakcie kłótni w barze ze swoim przyjacielem – odwołał karetkę po tym, jak ów przyjaciel rozbił na jego głowie ciężką popielniczkę i dopiero gdy został dźgnięty nożem w brzuch, postanowił usiąść za kierownicą swojego samochodu i samemu odwieźć się na intensywną terapię.

Otagowane ,