Category Archives: Karty

Micheal Williams

Micheal Williams

Fun Fact: Zawsze fascynowały mnie rekordy. Takie definitywne, nie „od czasu wprowadzenia zegara 24 sekund” czy „po 1980 roku”. Większość z nich była już dość wyśrubowana, gdy zaczynałem śledzić NBA (choć niektóre były całkiem świeże, jak 30 asyst Scotta Skilesa w 1990 roku). Mimo że byłem nowy w tym sporcie, szybko się zorientowałem, że nikt nie rzuci już 100 punktów (dlatego defekowałem materiałami budowlanymi, gdy David Robinson miał 71 punktów a Kobe Bryant 81), ani nie zbierze 50 piłek i w związku z tym każde zbliżenie się do statystycznych granic wydawało mi się wielkim wydarzeniem.

Z lat 90. przychodzi mi na szybko do głowy tylko pięć rekordów. Pamiętam sześć trójek Michaela Jordana w połowie meczu finałowego. Pamiętam, że Glen Rice pobił rekord All-Star Game pod względem punktów w kwarcie, ale tylko Meczu Gwiazd. Pamiętam średnio, ale odnotowałem pobicie rekordu trójek w jednym meczu Dennisa Scotta, ale to był głównie efekt skróconej linii rzutów za trzy (to zapomniany asterysk przy 72 zwycięstwach Byków). Dwoma rekordami, ktre wywarły wówczas na mnie największe wrażenie były w tej sytuacji seria kolejnych występów w meczu A.C. Greena oraz seria kolejnych celnych osobistych autorstwa Micheala Williamsa.

Williams trafił do NBA w 1988 roku jako 48 numer draftu. Miał fart, bo od razu po zakończeniu debiutanckiego sezonu mógł sobie wpisać w cv „mistrz NBA” – choć on sam zagrał w playoffach łącznie 6 minut (z czego w finałach dwie), był członkiem składu Detroit Pistons, który sięgnął po pierwszy tytuł w historii organizacji. Niestety nie załapał się już na dublet, bo latem został oddany do Phoenix Suns, którzy zwolnili go już w grudniu i dopiero wiosną szansę powrotu do ligi dali mu Charlotte Hornets, oferując 10-dniowy kontrakt i – ostatecznie – zatrudnienie do końca sezonu. Jego dorobek po pierwszych dwóch sezonach w NBA przekładał się statystycznie na średnie 3.7 punktów, 2 asysty i 8.9 minut w 77 meczach.

Wtedy kontrakt zaoferowali mu Indiana Pacers i to okazało się zbawienne dla jego kariery. Kolejne cztery lata, które Williams podzielił po równo między Pacers i Wolves (przeszedł do Minny razem z Chuckiem Personem za Pooh Richardsona i Sama Mitchella) to już osiągi na poziomie 13.8 punktów, 7.3 asysty oraz 31.2 minut w meczu. Wrócił do playoffów, ale tym razem w dużo bardziej prominentnej roli. W 1991 roku Pacers odpadli w pierwszej rundzie z Celtics, ale dumny klub z Bostonu potrzebował aż pięciu meczów by wyeliminować niżej rozstawionych rywali. Oto końcówka decydującego spotkania i świetna pogoń Indiany w ostatnich minutach, niemal zakończona powodzeniem…

Williams miał w tym spotkaniu 23 punkty i 10 asyst, a w całej serii zaliczał średnio 20.6 PPG, 8.6 APG, 3.2 RPG oraz 2.8 SPG. W 1992 roku był członkiem All-Defensive 2nd Team oraz drugim najlepszym przechwytującym ligi (2.9 na mecz) i przez trzy kolejne sezony utrzymywał się w pierwszej dziesiątce najlepszych asystentów. To właśnie wtedy – na przestrzeni 19 meczów sezonu regularnego, rozciągniętych na dwa sezony, między 24 marca a 9 listopada 1993 roku – trwała jego rekordowa seria, w czasie której ręka nie zadrżała mu na linii rzutów wolnych aż 97 razy z rzędu. W ten sposób pobił aż o 19 trafień poprzedni, dwunastoletni wówczas rekord Calvina Murphy’ego.

Niestety po 6 sezonach w lidze, bardzo solidna kariera Micheala załamała się z powodu nagłego pasma kontuzji. W rozgrywkach 94/95 wystąpił tylko w jednym meczu z powodu urazu stopy, a w kolejnych raptem w dziewięciu spotkaniach. Sezon 96/97 był dla niego stracony w całości, a jego powrót ograniczył się do 25 meczów w kolejnej kampanii. Williams w 1999 roku pojawił się jeszcze w dwóch meczach Toronto Raptors, ale te łącznie 15 minut gry było jego ostatnią stycznością z zawodową koszykówką.

Co dziś porabia Micheal – rozgrywający mojej pierwszej piątki graczy, których imię każdy choć raz napisał z błędem? Po odejściu z NBA założył biznes budowlany w Teksasie i jego rozwijanie tak go wciągnęło, że zerwał z koszykówką i dawnym życiem praktycznie całkowicie. Gdy parę lat temu dostał zaproszenie na świętowanie 25-lecia pierwszego tytułu Pistons, wcale nie chciał z niego skorzystać i dopiero żona przekonała go, że wspominanie sukcesów koszykarskich nie jest wcale takim złym pomysłem.

A co dziś dzieje się z rekordem Williamsa? Żyje i ma się dobrze, choć w ostatnich paru latach miały miejsce dwa groźne ataki: Jose Calderon umieścił w obręczy 89 kolejnych osobistych, a Dirk Nowitzki – 82. Warto dodać, że stary rekord Murphy’ego pobił w międzyczasie także Mahmoud Abdul-Rauf, który dociągnął swoją serię do 81 trafień. Rekordzista Guinnessa, Ted St. Martin uważa, że wszyscy oni są słodcy z tymi swoimi seryjkami…

[To kolejny lekko przeredagowany i zachowany dla potomności wpis z czasów istnienia rubryki „Pozdro Retro”, która już jakiś czas temu zniknęła z archiwów serwisu Z Krainy NBA]

Otagowane

Monty Williams

Monty Williams

Fun Fact: Monty Williams trafił do ligi w 1994 roku. Rok po śmierci Reggie’ego Lewisa i cztery lata po śmierci Hanka Gathersa. Tak jak u nich, u Monty’ego zdiagnozowano wadę serca. Przez dwa lata nie grał w koszykówkę i choć w końcu dostał zielone światło na powrót do składu Uniwersytetu Notre Dame, stając się jednym z czołowych zawodników akademickich, w drafcie spadł na 24. miejsce. Knicks, tak jak i właściciele poprzednich 23 picków, obawiali się inwestycji w gracza, który w powszechnej opinii ryzykował śmiercią przy każdym wyjściu na boisko, ale drużynie walczącej o mistrzostwo trudno było zrezygnować z szansy na pozyskanie zawodnika o takim potencjale. Zwłaszcza grającego na tej samej pozycji, co Charles Smith, który od czasu przejścia do Wielkiego Jabłka z sezonu na sezon niknął w oczach.

Knicks oczywiście przebadali gruntownie Monty’ego i uspokoili się na tyle, by zaoferować mu gwarantowane pieniądze (Williams był tak pewny, że będzie nie tylko zdrowy, ale i pokaże swój talent, że zamiast pięcioletniego kontraktu zażądał trzyletniego, by szybciej móc podpisać nową, bardziej lukratywną umowę… SPOILER ALERT! – Monty nie podpisał nigdy później lepszego kontraktu). Zupełnie spokojni Nowojorczycy jednak nie byli, dlatego na każdy mecz z udziałem Monty’ego zapewniali defibrylator.

Williams w Knicks ostatecznie nie wypalił i przed trade deadline 1996 roku opuścił przeniósł się do San Antonio razem z tym, którego miał być następcą – Charlesem Smithem. To był jednak jeden z najlepszych transferów w historii klubu, bo pozwolił – razem z innymi ruchami – stworzyć wystarczająco dużo wolnych funduszy, by latem ściągnąć Allana Houstona i Chrisa Childsa. Czyli tamten wybór w drafcie Nowojorczyków nie poszedł na marne, mimo iż największym osiągnięciem Williamsa w trykocie Knicks było zdjęcie w pierwszym w historii Skarbie Kibica Magic Basketball:

Otagowane

Chris Morris

Chris Morris

Fun Fact: Podobno kiedyś Chris Morris poprosił pianistę w barze, żeby „zagrał coś Picassa”… Tak twierdzi Jayson Williams, pisząc w swojej książce, że był wtedy razem z nim. Nie wierzę w ani jedną ze świetnych anegdot z „Loose Balls”, choć nie byłby to jedyny raz, kiedy Chris i Jayson byli w jednym pomieszczeniu, gdy wydarzyło się coś, czego jeden się potem wstydził, a drugi publicznie opisywał.

Otagowane

Uwe Blab

Uwe Blab

Fun Fact: Gdy ostatnim razem Uwe Blab gościł na łamach tego bloga, ograniczyłem się właściwie do zauważenia, że się śmiesznie nazywa (swoją drogą, chciałbym – w imię podtrzymania częstotliwości publikowania postów – wrócić do takich krótkich, durnych notek). Mam jednak w zanadrzu nieco bardziej rozbudowaną sylwetkę tej postaci, którą kiedyś opublikowałem w serwisie Z Krainy NBA jako część cyklu „Pozdro Retro”, a którą – wobec zniknięcia oryginału z Internetu – chciałbym teraz utrwalić na tych łamach…

Fun Fact Właściwy: W tym samym roku, w którym Detlef Schrempf rozpoczynał swoją niezwykle udaną karierę w NBA, do ligi trafił inny Niemiec, Uwe Blab.

Schrempf i Blab w tym samym sezonie trafili nie tylko do NBA, ale do tej samej drużyny. Detlef został wybrany z ósmym numerem Draftu 1985, a Uwe – z 17. Obydwaj Niemcy mieli za sobą pełną sukcesów karierę w NCAA, a wysoka pozycja Blaba była efektem solidnej gry dla Bobby’ego Knighta i Indiana University.

Fani Mavs latem 1985 wierzyli, że ich drużynie brakuje tylko centra, by stać się pełnoprawnym członkiem elity ligowej i z wyboru Blaba cieszyli się nawet bardziej niż Schrempfa. Los miał jednak pokazać, że na tamtym naborze Dallas nie zyskało zupełnie nic – Detlef formę odnalazł dopiero po przejściu do Indiany, a wybór Blaba, a jeden pick przed nim – Billa Wenningtona, jest po dziś dzień uznawany za jedną z najgorszych sekwencji kolejnych wyborów przez jedną drużynę.

Uwe wytrzymał w lidze tylko 5 lat, bo nie potrafił właściwie wykorzystać swoich 218 centymetrów, a na dodatek nigdy tak naprawdę koszykówka nie była dla niego najważniejsza. Pierwszy raz z tym sportem zetknął się w telewizji, oglądając film „Latający profesor”…

…ale tak naprawdę dowiedział się o co chodzi w wieku 15 lat, gdy namawiany przez siostrę spróbował swoich sił na parkiecie. Od tego czasu grywał dość okazjonalnie, ale jego klub z Monachium spotkał się kiedyś z amerykańską amatorską drużyną rozgrywającą cykl sparingów w Europie. Ojciec jednego z jej graczy zaproponował 17-letniemu Uwe i jego rodzinie przeprowadzkę do Stanów, gdzie Blab mógłby szlifować umiejętności pod okiem tamtejszych trenerów. Uniwersytecką przygodę z koszykówką zaliczył też jego brat, Olaf Blab, który dostał się do składu Illinois.

Ten ruch oczywiście się opłacał i pozwolił zarobić Uwe około miliona dolarów, który później miał się okazać bardzo przydatny w układaniu sobie reszty życia, ale Blab nie pracował wystarczająco ciężko, aby dokonać czegoś więcej niż po prostu być w składzie drużyny NBA. Przed ostatnim sezonem jego kontraktu z Mavericks, Blab stanął przed szansą awansu w hierarchii drużynowej, bo rok wcześniej ogarnął się na tyle, by stać się de facto pierwszym rasowym centrem na ławce (choć w praktyce na środku grywał też nominalny power forward, Roy Tarpley). Zamiast iść za ciosem, spędził całe lato na podróżowaniu w ramach miesiąca miodowego, co wypomina sobie do dziś.

Kolejny dowód, że Blabowi po prostu nie zależało wystarczająco mocno – jeszcze jako gracz NBA znalazł sobie drugą pracę i w wakacje dorabiał jako programista w Texas Instruments, wykorzystując matematyczną i komputerową wiedzę, którą zdobył w college’u i która była jego prawdziwą pasją.

Kariera w NBA (potem grał jeszcze 3 lata w Europie, w tym razem z bratem Olafem w ALBIE Berlin) Uwe Blaba zakończyła się w 1990 roku po sezonie spędzonym w Golden State (40 meczów, w tym nawet 33 w pierwszej piątce, choć z ledwie 12 minutami w meczu i tak samo mizernymi jak zawsze wynikami – około 2 punktów i 2 zbiórek) i San Antonio (7 meczów). Do Spurs trafił na mocy transferu, który Bill Simmons po latach nazwał najwspanialszą i najbardziej niewytłumaczalną wymianą jeden-za-jednego w historii trade deadline – zamienił się miejscami z innym niespełnionym Niemieckim wieżowcem – Christianem Welpem.

Egzotyka Uwe – bardzo wyraźna w znacznie mniej otwartej na świat NBA lat 80. – oraz ponadczasowa egzotyka samego jego imienia i nazwiska oraz zawsze kultowy status drewnianego dryblasa grzejącego ławę – to wszystko (a rude włosy pewnie pomogły) sprawia, że Blab pamiętany jest dziś bardziej, niż zasługuje na to statystyczny gość z pięcioletnim, mało udanym stażem w NBA.

Próbowałem znaleźć jakiś stosowny do tematu highlight, ale niestety natrafiłem tylko na zapis Uwe Blaba, któremu Larry Bird zakłada „siatę” (choć może właśnie to jest stosowny highlight?):

Dziś Uwe (którego w 2010 roku spotkała ogromna tragedia – jego 19-letni syn Chris w trakcie bójki uderzył się w głowę i zmarł) nadal mieszka w Teksasie i nadal pracuje w branży komputerowej. Czyli karierę wybrał chyba właściwą…

Otagowane ,

Sherman Douglas

Sherman Douglas

Fun Fact: Gdyby tak policzyć wszystkich zawodników, jacy przewinęli się przez drużyny, które walczyły na parkietach NBA z zespołem posiadającym w składzie Michaela Jordana, wyszłoby nam, że Mike miał w karierze 1212 przeciwników (mogę się założyć, że do każdego z nich ma historię typu „…i wtedy on do mnie coś powiedział i sprawa stała się osobista”). Gdybyśmy z kolei chcieli wybrać zawodnika, który na przestrzeni lat zebrał od MJ’a największego łupnia, to mocnym kandydatem byłby Sherman Douglas.

„Generał” stawał naprzeciw MJ’a 30 razy i nie wygrał z nim ani razu. To absolutny rekord. Pierwszą piątkę dziewic jordanowskich uzupełniają: Andrew Lang (bilans 0-17), Chris Gatling, Pooh Richardson (obaj 0-16) i Rumeal Robinson (0-15).

W sezonie regularnym Michael rzucał Shermanowi niecałe 30 punktów w każdym meczu, trafiając aż 53% rzutów z pola i 46% trójek. Douglas odpowiadał na to solidnym, acz niespektakularnym punktowo-asystowym 10/5 i 45% celności z gry. Panowie stanęli też naprzeciw siebie w pierwszej rundzie playoffów 1998. W przypominanej w „Ostatnim tańcu” serii Douglas zaliczył bardzo dobry występy, notując średnio po 18 punktów i 8 asyst na skuteczności 52% i dorzucając prawie 3 zbiórki i 2 przechwyty w każdym ze starć. Niestety Jordan też się nie obijał (36 punktów, 53% z pola) i Sherman razem z Nets nie byli w stanie wyrwać ani jednego meczu. Choć udało im się Micheala rozśmieszyć…

 

Ogólnie smaku zwycięstwa w pojedynku z Mike’iem nie zaznało 310 zawodników, ale 126 z nich dostało tylko jedną szansę. Dodajmy, że 76 koszykarzy może się chwalić, że nigdy NIE PRZEGRALI z drużyną Jordana. Najlepiej wśród nich wypada Hall-of-famer, 5-krotny All-Star i 11-krotny członek teamów All-Defensive, Bobby Jones. Michael pojedynkował się z nim i jego Sixers sześciokrotnie, w latach 1984-1986. Bilans „5 ja, Mike 0” ma Greg Buckner, a o jedno zwycięstwo mniej mają John Salmons i Rasho Nesterović. Wszyscy oni jednak wygrywali mecze z MJ’em w koszulce Washington Wizards, więc w zasadzie nie powinno się to liczyć. Tak w ogóle to znaczna większość koszykarzy, którzy nigdy z Jego Powietrznością nie przegrali, ścierała się z nim już w XXI wieku.

Więcej o najtrudniejszych rywalach Jordana mówią następujące wyimki:

– wśród rywali, których spotykał na parkiecie ponad 20 razy, Michael ma najgorszy bilans przeciwko Dennisowi Johnsonowi: 8-19;

– w kategorii 30 meczów lub więcej, najtrudniejszym przeciwnikiem jest Larry Bird – Mike ma tu bilans 11-23;

– gdy ograniczymy grono rywali do tych z minimum 50 bezpośrednimi pojedynkami, Jordanowi najgorzej szło w starciach z superrezerwowym Pistons, Vinniem Johnsonem – bilans 24-35. „Microwave” ograł raz MJ’a także w 1992 roku, już jako członek San Antonio Spurs;

– najczęściej Jordan pojedynkował się z Patrickiem Ewingiem i Joe Dumarsem – po 70 razy (to chyba dobry moment, żeby zaznaczyć, że wszystkie podane tutaj liczby dotyczą sezonu regularnego oraz playoffs). Lidera Knicks pokonał 49 razy, a jednego z najbardziej szanowanych przez siebie defensorów – 37 (z większością prominentnych członków Bad Boys, Air Jordan ma ujemny bilans, ale Dumarsa podgonił później, w drugiej połowie lat 90.)

Tutaj macie spis wszystkich przeciwników Jordana do wyszukiwania własnych fun factów.

A wracając do Shermana Douglasa – było 93 graczy NBA, którzy nigdy nie wygrali meczu stając naprzeciwko „Generała”, wśród nich tacy bohaterowie tego bloga, jak Dino Radja, Ken Bannister, Bo Kimble, Jeff Ruland czy Yinka Dare. Najwięcej porażek bez zwycięstwa z Shermanem – 6 – ma Marcus Liberty, który kiedyś być może też doczeka się tutaj wpisu.

Kończąc, dodam, że najsłynniejszy highlight Douglasa wygląda tak…

 

…a za najgorszy należałoby uznać całość występów w programie „Real Housewives Of Potomac”:

 

Otagowane ,

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Mój ulubiony „fajny fakt” z serialu „The Last Dance” to Michael Jordan grający w pierwszym meczu po rezygnacji z gry w baseball w założonych tył na przód spodenkach.

Szybki research pokazuje jednak, że mamy do czynienia z kolejnym epizodem kariery Jordana, w którym nie do końca wiadomo, co jest prawdą, a co legendą. Faktem jest, że logo NBA na gatkach GOAT-a widniało z tyłu, a nie z przodu. Gdy dziennikarze na pomeczowej konferencji zapytali dlaczego założył odwrotnie spodenki, MJ był zaskoczony: „Nie! Naprawdę?”. Dopiero po chwili dodał: „Pewnie dlatego grałem tak źle”.

Nieprawidłowo założone spodenki stały się symbolem nerwów towarzyszących spontanicznemu comebackowi, choć już następnego dnia, pomyłka Mike’a została zdementowana przez Johna Ligmanowskiego, odpowiedzialnego w klubie za sprzęt. Twierdził on, że to po prostu była wadliwa sztuka ze źle naszytym logo.

Jordan podchwycił tę wersję, jeszcze tego samego dnia mówiąc po treningu: „Założyłem spodenki dobrze. Po prostu źle je zrobiono. Wiedziałem. Wiązałem je przecież od przodu. Nie mogły być odwrotnie.” Czyli żadne tam nerwy – G.O.A.T., głupcze.

I to tyle, jeśli chodzi o „Spodenki Gate”. Możecie sobie wybrać własną wersję wydarzeń pasującą do osobistego obrazu Michaela Jordana.

Otagowane ,

Rodney Rogers

Rodney Rogers

Fun Fact: Co to jest? Kurdupel w za dużej koszulce, którego poprzednia drużyna NBA dwukrotnie zwolniła i który karierę zawodową zaczynał od grania koszykarza w reklamach, grubasek zdecydowanie za niski na swoje 120 kilo, którego poprzednia drużyna straciła w niego wiarę już dwa lata po wybraniu go z numerem drugim dziewiątym draftu, badylowaty dzieciak debiutujący w NBA, którego czekała kariera na poziomie 8 punktów i 6 zbiórek w meczu, rzucający obrońca pudłujący ponad 60% swoich rzutów oraz nudziarz, który zdobywając poniżej 15 punktów jest najlepszym strzelcem swojej drużyny…

Odpowiedź: prawdopodobnie najgorsza pierwsza piątka, jaka kiedykolwiek wywalczyła awans do playoffs. Pierwsza piątka Los Angeles Clippers w sezonie 1996/97.

Wygrali ledwie 36 spotkań, ale i tak przez długie lata byli jedną z tylko trzech ekip w kalifornijskiej historii klubu, której udało się zagrać w postseason.

Zostawię Wam odgadnięcie członków tej pierwszej piątki, ale zdradzę, że tym grubaskiem był Rodney Rogers. Trafił do Clippers w ramach transferu za Antonio McDyessa i choć nikt nie odmawiał mu talentu, to jego potężna postura stopniowo przestawała być uznawana za walor i coraz bardziej wyglądała na potencjalny problem (zwłaszcza, że Clippers tego typu problemy przyciągali – w sezonie 96/97 przez ich skład przewinął się także Gruby Stanley Roberts i Gruby Kevin Duckworth).

Kulminacją tego trendu był – oczywiście – sezon polokautowy. Rogers pojawił się na obozie przygotowawczym z 15-kilowym naddatkiem w stosunku do umieszczonego w kontrakcie maksimum. W kontrakcie był też zapis, że koszykarz ma przez całe offseason stawiać się dwa razy w miesiącu w klubie na oficjalne ważenie, a każda odnotowana nadwaga będzie skutkowała karą finansową. Z powodu lokautu te ważenia się nie odbyły, ale Clippersi – jak to Clippersi, którzy w tamtych czasach nie przegapili żadnej okazji, żeby oszczędzić – uznali, że skoro był za gruby w styczniu, to na pewno byłby też za gruby na wszystkich anulowanych „checkpointach” i ukarali go za każdy z nich. Rodney odwołał się od tej decyzji i rok później klub musiał oddać mu ponad 716 tysięcy dolarów. W kasie zespołu Donalda Sterlinga i tak zostało jednak prawie 200 tysięcy dolarów, bo powrót do formy już po oficjalnym ważeniu trochę Rogersowi zajął.

Na koniec hołd dla tamtego niepozornego składu w postaci przerywnika z NBA Live 98 (które wyszło jesienią 1997 i wykorzystywało migawki właśnie z rozgrywek 96/97):

Otagowane

Corie Blount

Corie Blount

Fun Fact: Nie mogę sobie przypomnieć czy to był mecz z Pacers – pierwszy mecz Michaela Jordana po pierwszym powrocie z emerytury, czy mecz z Magic – pierwszy po comebacku mecz przed własną publicznością… W każdym razie TVP 2 miała dla nas jego retransmisję ze wstępem w postaci kilkuminutowego materiału dokumentującego wydarzenia prowadzące do legendarnego „I’m back”. Była tam m.in. scena z parkingu, która pojawiła się też w ósmym odcinku „The Last Dance” – w atmosferze kipiących plotek o jego rychłym powrocie, Michael Jordan wchodzi do United Center. W drzwiach mija się z gościem w wełnianej czapce, który wygląda na nieco zaskoczonego zderzeniem się w progu z Mike’iem i czekającymi na niego kamerami. Włodzimierz Szaranowicz, odnosząc się do aury niepewności towarzyszącej nagłemu pojawieniu się Jordana na treningach Bulls, skomentował to ujęcie słowami: „Nawet wpuszczający dżentelmen jest nieco zdziwiony”.

Piszę o tym teraz, na świeżo po seansie „Ostatniego tańca”, ale tak naprawdę tamten materiał oglądałem w grudniu 2018. Wtedy też zrobiłem zdjęcie, uwieczniające opisaną wyżej sytuację:

(Nie widać tego na robionej w półmroku fotce, ale moi rodzice w miarę niedawno weszli w posiadanie małego telewizorka z wbudowanym odtwarzaczem kaset wideo, co mój trzynastoletni ja uważa za najlepszy gadżet w historii, a stary ja… cóż, w zasadzie myśli to samo, a przynajmniej tak myślał spędzając sporą część wieczoru wigilijnego 2018 oglądając na nim stare kasety z meczami.)

Dopiero te niecałe dwa lata temu uświadomiłem sobie, że „wpuszczającym dżentelmenem” był Corie Blount (oraz, że wcale nie musiał być zaskoczony – mógł być po prostu zjarany).

Trochę mi głupio, że przez 23 lata myślałem, że Blount jest cieciem w United Center, więc przez te ostatnie kilkanaście miesięcy chciałem mu się odwdzięczyć własnym postem. Proszę bardzo.

 

Choć poza atletyzmem Blount jakoś szczególnie nie miał się czym wyróżnić na parkiecie, to dzięki podstawowemu pakietowi umiejętności podkoszowych spędził w lidze aż 11 sezonów. No i załapał się do jednej z najfajniejszych reklamówek z Michaelem Jordanem:

 

Pierwotnie Blount miał stać pod koszem, ale nie miał zamiaru zostać „tym gościem, nad którym MJ zadunkował w tej słynnej reklamie”, więc poprosił o inną rolę i został ostatecznie „tym drugim, którego mija Mike”. Rolę „tego pierwszego, którego mija Mike” zagrał z kolei patron tego bloga, Jerome Kersey.

A Jordan przefrunął w końcu obok Seana Rooksa (tak mi się wydaje, bo wtedy z 45-ką w Lakers grał właśnie on).

(Właśnie sobie uświadomiłem, że dwóch z trzech obrońców w tej reklamie zmarło przedwcześnie… Zdrówka, Corie!)

Otagowane ,

Darrick Martin

Darrick Martin

Fun Fact: Niewielu zawodników, którym udało się ostatecznie zakotwiczyć w lidze miało równie źle rokujący początek kariery, co Darrick Martin. Nie tylko nie został wybrany w drafcie 1992, ale dwukrotnie został zwolniony przez drużyny z zaplecza, czyli ligi CBA. Nikt nie wierzył w absolwenta UCLA, który na ostatnim roku stracił miejsce w pierwszym składzie, a dodatkowo był tak niski, że gdy potem trafił do Los Angeles Clippers, drużyna nie miała koszulki w jego rozmiarze i gdy wkładał ją w spodenki, zasłaniał część numeru. Po tym jak podpisał pierwszy kontrakt w NBA – z Timberwolves – ochroniarz w Target Center nie chciał wpuścić go do hali w dniu meczu.

Latem 1992 roku anegdoty z NBA były jednak jeszcze bardzo odległe. Szukając jakiejkolwiek fuchy, Darrick dorabiał grając koszykarza w reklamach, aż wreszcie załapał się do obwoźnej koszykarskiej trupy Magica Johnsona. Legenda Lakers wzięła Martina pod swoje skrzydła i pomogła odbudować jego pewność siebie, co niedługo potem zaowocowało udanym powrotem do CBA. Jako rozgrywający Sioux City Skyforce, Martin był w pierwszej dziesiątce strzelców, a w lutym 1995 roku debiutował na 10-dniowym kontrakcie w NBA.

To także Magic wkręcił Darricka latem 1995 roku na legendarne sparingi na planie „Space Jam”. Podczas jednego z nich, Martin nabrał zwodem Michaela Jordana i rzucił zwycięskiego kosza, wykrzykując MJ’owi w twarz: „Wypad z boiska, to jest moje miasto, a ty nie jesteś nawet prawdziwym MJ’em – to Magic Johnson nim jest!” (śmieciowe gadanie do Mike’a miało się na nim zemścić już kilka miesięcy później, gdy był zawodnikiem Grizzlies)

Choć na początku przygody z NBA został dwukrotnie zwolniony na przestrzeni kilkunastu miesięcy (w obydwu przypadkach przez Wolves) to ostatecznie przewinął się przez 13 sezonów, występując w 514 spotkaniach i notując średnio prawie 7 punktów i 3 asysty na mecz. Biorąc pod uwagę trudne początki, jest to wynik godny szacunku, choć według Washington Post miał on dziesiątą „najmniej wybitną” karierę w historii ligi (a według bloga Mercy Mercy Jerome Kersey ma na koncie o dwa nietypowe rekordy więcej niż większość graczy NBA). Być może jednak najbardziej niezwykłe w Martinie jest to, że był – przynajmniej jeśli wierzyć słowom jego kumpla, Magica Johnsona, jedynym zawodnikiem, który w latach dziewięćdziesiątych czuł dumę, że gra dla Clippers.

Sezon 1996/97 – pierwszy spędzony na koszykarskim zadupiu Los Angeles – był ostatecznym dowodem, że Martin nie jest w NBA przypadkiem. Miał 38 punktów i 8 asyst w starciu z Johnem Stocktonem i jego łokciami (choć w starciu z łokciami Karla Malone szło mu już gorzej), rzuconą przez Gary’ego Paytona rękawicę podjął 31 punktami i 9 końcowymi podaniami, a w twarz Penny’emu Hardawayowi rzucił 31 punktów.

Tamto starcie z Garym Paytonem można nawet znaleźć na YouTubie z rosyjskim komentarzem:

Choć Clippers latem 1996 praktycznie nie wzmocnili składu, to m.in. dzięki zastrzykowi energii jaki dało wprowadzenie do pierwszej piątki Martina, wygrali siedem spotkań więcej niż przed rokiem i wślizgnęli się do playoffów – raptem po raz trzeci w kalifornijskiej historii klubu (na kolejny taki wynik trzeba było czekać 8 lat).

Pamiętacie drugi odcinek „The Last Dance„? Obserwujemy w nim trudny początek sezonu 1997/98 w wykonaniu osłabionych brakiem Scottie’ego Pippena Byków. Chicago nie wygrało jeszcze ani razu na wyjeździe, ma problemy z rzuceniem 100 punktów, frustracja rośnie i przychodzi mecz z Clippers, którzy błyskawicznie wrócili do roli chłopców do bicia zaczynając poplayoffowe rozgrywki od bilansu 1-10. W serialu to spotkanie pokazane jest jako moment, w którym Jordan bierze sprawy w swoje ręce i niemal w pojedynkę przerywa złą passę poza własną halą. MJ rzuca 49 punktów i dostaje zaskakująco duże wsparcie od Luca Longleya (22 punkty i 17 zbiórek), Dennis Rodman dorzuca double-double (14/10) a Toni Kukoc krągłe 14/8/6, ale Bulls i tak się męczą, wygrywając dopiero po dwóch dogrywkach z drużyną, która trafiała tamtego wieczoru tylko 39% rzutów z gry i 61% rzutów wolnych.

To był akurat jeden z dwóch kolejnych meczów, w których trener Fitch przykleił Martina do ławki. Na parkiecie przebywał tylko przez 3 minuty i 41 sekund, ale miał szansę dać Clippers zwycięstwo w pierwszej dogrywce. W ostatnich sekundach stanął do pojedynku jeden na jeden z Rustym LaRue, ale nie potrafił wykorzystać faktu, że Rusty LaRue był Rustym LaRue i spudłował nieco pokracznego layupo-floatera.

Clippers sprawili też problemy Bulls w drugim ich pojedynku w ramach „Ostatniego Tańca” – tym razem Darrick rzucił 19 punktów i jeszcze na półtorej minuty przed końcem Clippers remisowali z mistrzami NBA (ostatecznie przegrywając pięcioma punktami).

Martin może i ograł Jordana podczas tamtego sparingu w trakcie kręcenia „Kosmicznego Meczu”, ale już na zawodowych parkietach nie udało mu się to ani razu.

Otagowane ,

John Starks

John Starks

Fun Fact: Najważniejszym wsadem w karierze Johna Starksa wcalnie nie był „The Dunk”. Ba – najważniejszy wsad w karierze Johna Starks nie był nawet udany. Zakończył się bezlitosnym blokiem i bolesną glebą.

Starks, który dopiero niedawno zamienił pracę w supermarkecie na epizody w NBA, CBA i WBL, dostał jesienią 1990 roku zaproszenie na obóz treningowy Knicks. Nie łudził się, że coś z tego będzie, bo Nowojorczycy mieli w tamtym czasie dwanaście gwarantowanych kontraktów. Postanowił więc pożegnać się z tym etapem kariery w wielkim stylu i na sam koniec campu wykonać wsad nad Patrickiem Ewingiem. Niestety odbił się od centra Knicks jak od skały, a upadając na parkiet skręcił kolano. Ponieważ przepisy zabraniają zwolnienia zawodnika kontuzjowanego, Starks został z drużyną, a gdy na początku grudnia uraz wyeliminował z gry Trenta Tuckera, John dostał szansę na debiut w koszulce Knicks. To był mecz przeciwko Michaelowi Jordanowi i Bulls. Reszta jest historią…

…historią, której wycinek można było zobaczyć w ostatnim odcinku „The Last Dance”. Szósty epizod serialu skrywał w sobie gorzką pigułkę dla fanów Knicks, ale taki to już urok kibicowania komuś innemu niż Bulls w latach dziewięćdziesiątych… Na pocieszenie dostaliśmy scenę, w której Jordan przegrywa w rzucaniu monet ze swoim polskim ochroniarzem, którego brawurowe połączenie trwałej ondulacji, plerezy i wąsów jest prawdziwą gwiazdą „Ostatniego tańca”. Nie umknęła mojej uwadze symetria tej sceny z ostatnimi sekundami szóstego meczu finałów konferencji z 1993 roku. I tu, i tu ktoś dostał cztery szanse na pokonanie Michaela. Charles Smith nie wykorzystał żadnej. John Michael Woźniak wygrał za pierwszym razem. LEGENDA.

John Michael Wozniak

Otagowane , ,