Author Archives: kostrzu

Vlade Divac

Vlade Divac

Fun Fact: Po nieco zbyt długiej przerwie kontynuujemy wątek pierwszej fali europejskich gwiazd zasilających szeregi ligi NBA (oraz wątek palaczy). Po Żarko Paspalju, czas na drugą najbarwniejszą postać tamtego wesołego kontyngentu – Vlade Divaca.

Vlade przychodził do NBA jako „Michael Jordan Jugosławii” (jego słowa, a konkretnie „jestem jak Michael Jordan i Big Ben”). Był gwiazdą tak wielką, że jego ślub był transmitowany w jugosłowiańskiej telewizji. Nic dziwnego, że bardzo szybko odnalazł się w pełnej blichtru rzeczywistości Los Angeles. I choć jego ulubionym zajęciem podczas pierwszego roku w USA było granie po sześć godzin dziennie w Super Mario Bros., to jego świeżo upieczona żona ciągnęła go w stronę Hollywood.

Snezana Divac, której Vlade oświadczył się, bo nie chciał lecieć samemu do USA, była początkującą aktorką. Latem 1990 roku obydwoje załapali się na plan filmu „Odlotowy Trabant” o niemieckim wynalazcy, który stworzył trabanta napędzanego sokiem z rzepy (¯\_(ツ)_/¯). Śnieżka i Władek grają tam dealerów Yugo (postać Divaca nazywa się „Yugo Boss”) i mają bardzo mało czasu antenowego (właściwie to nawet nie wiem czy Snezana ma jakikolwiek, ale oglądałem na fastforwardzie). Kariera filmowa żony Divaca ostatecznie nie była zbyt udana i według IMDb składa się na nią 6 roli, raczej epizodycznych w stylu „dziewczyna na przyjęciu” lub „prostytutka numer 3”. Ale załapała się do filmu „Eddie”, więc szacun. Vlade też pojawia się w „Eddie” i w ogóle to ma bardziej okazałe ekranowe CV niż żona. Grał m.in. siebie samego, podrywanego przez Kelly Bundy, w tym samym odcinku „Świata według Bundych”, w którym pojawili się Xavier McDaniel i Clyde Drexler. Oczywiście żadna z jego ról nie przebiła tej z reklamy maszynek do golenia z A.C. Greenem.

Kończąc wątek gwiazdorstwa Vlade pozwolę sobie nadmienić, że jest on zdecydowanie w czołówce koszykarzy z najlepszymi piosenkami na swoją cześć:

A co do zajawionego na wstępie wątku szlugów, to Vlade twierdzi, że palił ich po 10 dziennie i rzucił je na samym początku kariery w USA. Spotkałem się z anegdotą, że łatkę hardkorowego palacza załatwił mu Jerry West, który obiecał mu pracę w posiadających 26. pick Lakersach jeśli obniży swoje draftowe notowania pokazując się wszędzie z fajkiem. Ta historia jest absolutnie niewiarygodna, ale przynajmniej nikt w niej nie jeździ Trabantem napędzanym sokiem z rzepy.

Otagowane

Żarko Paspalj

Zarko Paspalj

Fun Fact: Żarko Paspalj to mniej znany reprezentant tej pierwszej, ekscytującej fali europejskich koszykarzy, która ruszyła na podbój NBA. On, Vlade Divac, Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Ołeksandr Wołkow pobudzali wyobraźnię amerykańskich fanów na starcie sezonu 1989/90, a prasa uwielbiała kronikować ich nierzadko anegdotyczną aklimatyzację w JU-ES-EJ!

Gwiazda Partizanu Belgrad miała najmniej udaną przygodę z NBA z całej tej piątki (28 meczów w koszulce Spurs, 72 punkty, 30 zbiórek, prawie 2/3 spudłowanych rzutów), ale była autorem chyba najbardziej kultowego cytatu. Zapytany przez San Antonio Light o opinię na temat Ameryki, Jugosłowianin powiedział:

Kocham Pizza Hut. Supreme Pizza. Jest wspaniała. Jem ją pięć razy w tygodniu. Chcę otworzyć Pizza Hut w Jugosławii. Chcę zobaczyć Eddie’ego Murphy’ego i Whitney Houston, i Jacka Nicholsona. Chcę kupić Mitsubishi. Kocham papierosy Marlboro.

Te papierosy to w ogóle był motyw przewodni, bo Żarko nie popalał jak Vlade Divac – on kopcił jak smok, średnio trzy paczki dziennie. Spurs wysłali go nawet do słynnego na całe Stany hipnotyzera z Bostonu.

Parę godzin później, gdy Ostrogi wsiadały do busa wiozącego ich na mecz Celtics, Paspalj podszedł do trenera Larry’ego Browna i wyszczerzył się pokazując wypchane czymś usta: „Patrz trenerze, czekoladki.”

– relacjonował efekty sesji hipnotycznej Los Angeles Times. Oczywiście Żarko już wkrótce wrócił do ulubionego, obok pizzy („Pizza nie dla wszystkich. Dla mnie wspaniała.”), nałogu.

Nie tylko hipnoza nie zniechęciła go do palenia – z papierosów nie zrezygnował nawet po dwóch zawałach. W grudniu 2017 roku doznał udaru. Odwiedzał wówczas San Antonio i po wyjściu ze szpitala zamieszkał w domu Gregga Popovicha. U Popa – ówczesnego asystenta Larry’ego Browna – mieszkał także w czasie swojej krótkiej przygody ze Spurs.

Nie wiem, czy Żarko w końcu rzucił palenie, ale ostatnio widziałem go w telewizji i trzyma się całkiem OK.

Zdrówka.

Otagowane

Tim Hardaway

Tim Hardaway

Fun Fact: Po sześciu meczach sezonu 1988/89 Larry Bird był zmuszony poddać się operacji usunięcia ostróg kostnych z obydwu pięt i opuścił resztę rozgrywek, przez co Celtowie wygrali tylko 42 spotkania i ledwo-ledwo wślizgnęli się do playoffów (odpadając po trzech meczach z Detroit Pistons). Nagrodą za trudny sezon był trzynasty pick w drafcie, który miał wzmocnić pulę młodych talentów zbierających doświadczenie w cieniu Wielkiej Trójki. Choć wszyscy byli zgodni, że Birda, Kevina McHale’a i Roberta Parisha nie da się zastąpić, oraz że strata Lena Biasa jest niepowetowana, to kapitał w postaci Reggie’ego Lewisa i Briana Shawa uważany był za bardzo dobry początek budowania drużyny na kolejną dekadę. Po drafcie 1989 widoki Celtów na lata dziewięćdziesiąte mogły być jeszcze lepsze, ale wszystko zepsuł… Red Auerbach.

To właśnie architekt legendy Celtics uparł się, żeby ze wspomnianym trzynastym pickiem wybrać Michaela Smitha – podstarzałego już skrzydłowego (miał za sobą cztery lata na mormońskiej uczelni Brigham Young oraz dwa lata spędzone na łażeniu po górskich wioskach Argentyny i szukaniu chętnych na chwilę rozmowy o naszym panu i zbawcy), który jednak zdobywał na uczelni dużo punktów i jak się zmrużyło oczy, wyglądał trochę jak Larry Bird.

Inne zdanie miał właściciel bostońskiego zespołu, Alan Cohen. On uważał, że z trzynastką należy wybrać Tima Hardawaya, ale uległ Redowi. Śliniący się Golden State Warriors szybciutko zgarnęli Tima z czternastym pickiem (a wiecie kto poszedł cztery miejsca po Smithcie? Shawn Kemp).

Michael Smith szybko wyrobił sobie opinię lenia i buca, a do tego na tle koszykarzy NBA wyglądał na drewniaka. Jego kariera w Celtics trwała dwa, spędzone na ławce, lata. Karierę Tima Hardawaya z grubsza pewnie pamiętacie… Dość powiedzieć, że w ostatnim sezonie Bostonu w roli realnego faworyta do mistrzostwa – rozgrywkach 1990/91, które Bird i spółka zaczęli od wygrania 29 z 34 meczów – Hardaway po drugiej stronie kontynentu wykręcał 23 punkty i 10 asyst, a jego talent i potencjał byłyby bezcenne dla podstarzałych gwiazd, których ciała ostatecznie nie dźwignęły obciążenia. Warto dodać, że nowy trener, Chris Ford, forsował wówczas szybką, ofensywną koszykówkę, w której Tim Bug czułby się jak ryba w wodzie. Gdy Celtowie toczyli ostatecznie przegrany bój z Detroit Pistons w drugiej rundzie playoffów 1991, Warriors pojedynkowali się z Lakers, a niedoszły gracz Celtics robił tak:

W tamtej przegranej 1-4 serii, Hardaway miał średnie 26.8 PPG, 12.8 APG i 3.8 SPG (a nawet dorzucał po jednym bloku na mecz). Zaczął od 33 punktów w meczu numer 1, a skończył z 27 punktami i 20 asystami w piątym spotkaniu.

Red Auerbach przyznał się do błędu już po 1.5 miesiąca sezonu Smitha w Bostonie. Nie bacząc na poczucie wartości swojego debiutanta (który zdążył go już wyprowadzić z równowagi, gdy na obóz treningowy stawił się zupełnie bez formy), Auerbach powiedział wprost, że powinni byli wybrać Vlade Divaca („ale nie wiedzieliśmy, że potrafi tak dobrze grać”). Gdy nieco ponad rok później Tim Hardaway rzucał 37 punktów w Boston Garden, Red zapewne byłby gotów przyznać, że to jednak on był właściwym wyborem.

Otagowane

Vinnie Johnson

Vinnie Johnson

Fun Fact: Vinnie Johnson jest autorem jednego z zapomnianych finałowych game winnerów.

Tak na marginesie – bo akurat ostatnio oglądałem to spotkanie – warto wspomnieć, że Microwave nie musiałby się rozgrzewać w końcówce, gdyby Blazers w całym spotkaniu nie spudłowali nieprzyzwoitej ilości layupów i rzutów wolnych (choć Pistons na linii byli jeszcze gorsi).

Już wcale nie na marginesie chciałem też zauważyć, że choć wynik serii był dość jednostronny, emocji nie brakowało. Drugi mecz, wygrany przez Blazers 106:105, zakończył się dwoma zwycięskimi rzutami wolnymi Clyde’a Drexlera w dogrywce (wcześniej trójkę trafił Bill Laimbeer, a później Clifford Robinson zablokował Jamesa Edwardsa). W czwartym starciu Danny Young trafił wyrównującą trójkę równo z końcową syreną, ale sędziowie orzekli, że oddał rzut za późno…

No i w końcu, w piątym pojedynku, Vinny pognębił Blazers na 0.7 sekundy przed końcem.

Lata 90. były bardzo urodzajne jeśli chodzi o rzuty dające zwycięstwo w ostatnich sekundach spotkań finałowych. Jestem prawie pewien, że już kiedyś je zbierałem w jednym miejscu, ale nie mogę tego nigdzie znaleźć więc spisuję poniżej:

1990, mecz #2, 2.1 do końca: dwa rzuty wolne Clyde’a Drexlera

1990, mecz #5, 0.7 do końca: rzut Vinnie’ego Johnsona

1993, mecz #6, 3.9 do końca: trójka Johna Paxsona

1995, mecz #1, 0.3 do końca: dobitka Hakeema Olajuwona

1997, mecz #1: buzzer beater Michaela Jordana

1997, mecz #6, 5.0 do końca: rzut Steve’a Kerra (co prawda Toni Kukoc zdobył potem jeszcze dwa punkty, ale umówmy się, że to była bardziej cieszynka niż pełnoprawne koszykarskie zagranie – rzut Kerra był game-winnerem i basta)

1998, mecz #6, 5.2 do końca: ostatni rzut Michaela Jordana

1999, mecz #7, 47.0 do końca: rzut Avery’ego Johnsona

Sporo, przeważnie bolesnych, wspomnień…

A wracając do Vinniego. Choć jest jednym z ikonicznych graczy rezerwowych, nigdy nie został wyróżniony nagrodą Sixth Man Of The Year. Po swoim game-winnerze doczekał się nowej boiskowej ksywki „007”, ale cieszył się nią tylko dwa lata, kończąc karierę w 1992 roku (po ostatnim sezonie w koszulce Spurs). Microwave zarobił w NBA 5 milionów dolarów, ale na emeryturze rozkręcił biznes motoryzacyjny, który dziś warty jest około… 400 milionów.

Otagowane

Micheal Williams

Micheal Williams

Fun Fact: Zawsze fascynowały mnie rekordy. Takie definitywne, nie „od czasu wprowadzenia zegara 24 sekund” czy „po 1980 roku”. Większość z nich była już dość wyśrubowana, gdy zaczynałem śledzić NBA (choć niektóre były całkiem świeże, jak 30 asyst Scotta Skilesa w 1990 roku). Mimo że byłem nowy w tym sporcie, szybko się zorientowałem, że nikt nie rzuci już 100 punktów (dlatego defekowałem materiałami budowlanymi, gdy David Robinson miał 71 punktów a Kobe Bryant 81), ani nie zbierze 50 piłek i w związku z tym każde zbliżenie się do statystycznych granic wydawało mi się wielkim wydarzeniem.

Z lat 90. przychodzi mi na szybko do głowy tylko pięć rekordów. Pamiętam sześć trójek Michaela Jordana w połowie meczu finałowego. Pamiętam, że Glen Rice pobił rekord All-Star Game pod względem punktów w kwarcie, ale tylko Meczu Gwiazd. Pamiętam średnio, ale odnotowałem pobicie rekordu trójek w jednym meczu Dennisa Scotta, ale to był głównie efekt skróconej linii rzutów za trzy (to zapomniany asterysk przy 72 zwycięstwach Byków). Dwoma rekordami, ktre wywarły wówczas na mnie największe wrażenie były w tej sytuacji seria kolejnych występów w meczu A.C. Greena oraz seria kolejnych celnych osobistych autorstwa Micheala Williamsa.

Williams trafił do NBA w 1988 roku jako 48 numer draftu. Miał fart, bo od razu po zakończeniu debiutanckiego sezonu mógł sobie wpisać w cv „mistrz NBA” – choć on sam zagrał w playoffach łącznie 6 minut (z czego w finałach dwie), był członkiem składu Detroit Pistons, który sięgnął po pierwszy tytuł w historii organizacji. Niestety nie załapał się już na dublet, bo latem został oddany do Phoenix Suns, którzy zwolnili go już w grudniu i dopiero wiosną szansę powrotu do ligi dali mu Charlotte Hornets, oferując 10-dniowy kontrakt i – ostatecznie – zatrudnienie do końca sezonu. Jego dorobek po pierwszych dwóch sezonach w NBA przekładał się statystycznie na średnie 3.7 punktów, 2 asysty i 8.9 minut w 77 meczach.

Wtedy kontrakt zaoferowali mu Indiana Pacers i to okazało się zbawienne dla jego kariery. Kolejne cztery lata, które Williams podzielił po równo między Pacers i Wolves (przeszedł do Minny razem z Chuckiem Personem za Pooh Richardsona i Sama Mitchella) to już osiągi na poziomie 13.8 punktów, 7.3 asysty oraz 31.2 minut w meczu. Wrócił do playoffów, ale tym razem w dużo bardziej prominentnej roli. W 1991 roku Pacers odpadli w pierwszej rundzie z Celtics, ale dumny klub z Bostonu potrzebował aż pięciu meczów by wyeliminować niżej rozstawionych rywali. Oto końcówka decydującego spotkania i świetna pogoń Indiany w ostatnich minutach, niemal zakończona powodzeniem…

Williams miał w tym spotkaniu 23 punkty i 10 asyst, a w całej serii zaliczał średnio 20.6 PPG, 8.6 APG, 3.2 RPG oraz 2.8 SPG. W 1992 roku był członkiem All-Defensive 2nd Team oraz drugim najlepszym przechwytującym ligi (2.9 na mecz) i przez trzy kolejne sezony utrzymywał się w pierwszej dziesiątce najlepszych asystentów. To właśnie wtedy – na przestrzeni 19 meczów sezonu regularnego, rozciągniętych na dwa sezony, między 24 marca a 9 listopada 1993 roku – trwała jego rekordowa seria, w czasie której ręka nie zadrżała mu na linii rzutów wolnych aż 97 razy z rzędu. W ten sposób pobił aż o 19 trafień poprzedni, dwunastoletni wówczas rekord Calvina Murphy’ego.

Niestety po 6 sezonach w lidze, bardzo solidna kariera Micheala załamała się z powodu nagłego pasma kontuzji. W rozgrywkach 94/95 wystąpił tylko w jednym meczu z powodu urazu stopy, a w kolejnych raptem w dziewięciu spotkaniach. Sezon 96/97 był dla niego stracony w całości, a jego powrót ograniczył się do 25 meczów w kolejnej kampanii. Williams w 1999 roku pojawił się jeszcze w dwóch meczach Toronto Raptors, ale te łącznie 15 minut gry było jego ostatnią stycznością z zawodową koszykówką.

Co dziś porabia Micheal – rozgrywający mojej pierwszej piątki graczy, których imię każdy choć raz napisał z błędem? Po odejściu z NBA założył biznes budowlany w Teksasie i jego rozwijanie tak go wciągnęło, że zerwał z koszykówką i dawnym życiem praktycznie całkowicie. Gdy parę lat temu dostał zaproszenie na świętowanie 25-lecia pierwszego tytułu Pistons, wcale nie chciał z niego skorzystać i dopiero żona przekonała go, że wspominanie sukcesów koszykarskich nie jest wcale takim złym pomysłem.

A co dziś dzieje się z rekordem Williamsa? Żyje i ma się dobrze, choć w ostatnich paru latach miały miejsce dwa groźne ataki: Jose Calderon umieścił w obręczy 89 kolejnych osobistych, a Dirk Nowitzki – 82. Warto dodać, że stary rekord Murphy’ego pobił w międzyczasie także Mahmoud Abdul-Rauf, który dociągnął swoją serię do 81 trafień. Rekordzista Guinnessa, Ted St. Martin uważa, że wszyscy oni są słodcy z tymi swoimi seryjkami…

[To kolejny lekko przeredagowany i zachowany dla potomności wpis z czasów istnienia rubryki „Pozdro Retro”, która już jakiś czas temu zniknęła z archiwów serwisu Z Krainy NBA]

Otagowane

Monty Williams

Monty Williams

Fun Fact: Monty Williams trafił do ligi w 1994 roku. Rok po śmierci Reggie’ego Lewisa i cztery lata po śmierci Hanka Gathersa. Tak jak u nich, u Monty’ego zdiagnozowano wadę serca. Przez dwa lata nie grał w koszykówkę i choć w końcu dostał zielone światło na powrót do składu Uniwersytetu Notre Dame, stając się jednym z czołowych zawodników akademickich, w drafcie spadł na 24. miejsce. Knicks, tak jak i właściciele poprzednich 23 picków, obawiali się inwestycji w gracza, który w powszechnej opinii ryzykował śmiercią przy każdym wyjściu na boisko, ale drużynie walczącej o mistrzostwo trudno było zrezygnować z szansy na pozyskanie zawodnika o takim potencjale. Zwłaszcza grającego na tej samej pozycji, co Charles Smith, który od czasu przejścia do Wielkiego Jabłka z sezonu na sezon niknął w oczach.

Knicks oczywiście przebadali gruntownie Monty’ego i uspokoili się na tyle, by zaoferować mu gwarantowane pieniądze (Williams był tak pewny, że będzie nie tylko zdrowy, ale i pokaże swój talent, że zamiast pięcioletniego kontraktu zażądał trzyletniego, by szybciej móc podpisać nową, bardziej lukratywną umowę… SPOILER ALERT! – Monty nie podpisał nigdy później lepszego kontraktu). Zupełnie spokojni Nowojorczycy jednak nie byli, dlatego na każdy mecz z udziałem Monty’ego zapewniali defibrylator.

Williams w Knicks ostatecznie nie wypalił i przed trade deadline 1996 roku opuścił przeniósł się do San Antonio razem z tym, którego miał być następcą – Charlesem Smithem. To był jednak jeden z najlepszych transferów w historii klubu, bo pozwolił – razem z innymi ruchami – stworzyć wystarczająco dużo wolnych funduszy, by latem ściągnąć Allana Houstona i Chrisa Childsa. Czyli tamten wybór w drafcie Nowojorczyków nie poszedł na marne, mimo iż największym osiągnięciem Williamsa w trykocie Knicks było zdjęcie w pierwszym w historii Skarbie Kibica Magic Basketball:

Otagowane

Chris Morris

Chris Morris

Fun Fact: Podobno kiedyś Chris Morris poprosił pianistę w barze, żeby „zagrał coś Picassa”… Tak twierdzi Jayson Williams, pisząc w swojej książce, że był wtedy razem z nim. Nie wierzę w ani jedną ze świetnych anegdot z „Loose Balls”, choć nie byłby to jedyny raz, kiedy Chris i Jayson byli w jednym pomieszczeniu, gdy wydarzyło się coś, czego jeden się potem wstydził, a drugi publicznie opisywał.

Otagowane

Uwe Blab

Uwe Blab

Fun Fact: Gdy ostatnim razem Uwe Blab gościł na łamach tego bloga, ograniczyłem się właściwie do zauważenia, że się śmiesznie nazywa (swoją drogą, chciałbym – w imię podtrzymania częstotliwości publikowania postów – wrócić do takich krótkich, durnych notek). Mam jednak w zanadrzu nieco bardziej rozbudowaną sylwetkę tej postaci, którą kiedyś opublikowałem w serwisie Z Krainy NBA jako część cyklu „Pozdro Retro”, a którą – wobec zniknięcia oryginału z Internetu – chciałbym teraz utrwalić na tych łamach…

Fun Fact Właściwy: W tym samym roku, w którym Detlef Schrempf rozpoczynał swoją niezwykle udaną karierę w NBA, do ligi trafił inny Niemiec, Uwe Blab.

Schrempf i Blab w tym samym sezonie trafili nie tylko do NBA, ale do tej samej drużyny. Detlef został wybrany z ósmym numerem Draftu 1985, a Uwe – z 17. Obydwaj Niemcy mieli za sobą pełną sukcesów karierę w NCAA, a wysoka pozycja Blaba była efektem solidnej gry dla Bobby’ego Knighta i Indiana University.

Fani Mavs latem 1985 wierzyli, że ich drużynie brakuje tylko centra, by stać się pełnoprawnym członkiem elity ligowej i z wyboru Blaba cieszyli się nawet bardziej niż Schrempfa. Los miał jednak pokazać, że na tamtym naborze Dallas nie zyskało zupełnie nic – Detlef formę odnalazł dopiero po przejściu do Indiany, a wybór Blaba, a jeden pick przed nim – Billa Wenningtona, jest po dziś dzień uznawany za jedną z najgorszych sekwencji kolejnych wyborów przez jedną drużynę.

Uwe wytrzymał w lidze tylko 5 lat, bo nie potrafił właściwie wykorzystać swoich 218 centymetrów, a na dodatek nigdy tak naprawdę koszykówka nie była dla niego najważniejsza. Pierwszy raz z tym sportem zetknął się w telewizji, oglądając film „Latający profesor”…

…ale tak naprawdę dowiedział się o co chodzi w wieku 15 lat, gdy namawiany przez siostrę spróbował swoich sił na parkiecie. Od tego czasu grywał dość okazjonalnie, ale jego klub z Monachium spotkał się kiedyś z amerykańską amatorską drużyną rozgrywającą cykl sparingów w Europie. Ojciec jednego z jej graczy zaproponował 17-letniemu Uwe i jego rodzinie przeprowadzkę do Stanów, gdzie Blab mógłby szlifować umiejętności pod okiem tamtejszych trenerów. Uniwersytecką przygodę z koszykówką zaliczył też jego brat, Olaf Blab, który dostał się do składu Illinois.

Ten ruch oczywiście się opłacał i pozwolił zarobić Uwe około miliona dolarów, który później miał się okazać bardzo przydatny w układaniu sobie reszty życia, ale Blab nie pracował wystarczająco ciężko, aby dokonać czegoś więcej niż po prostu być w składzie drużyny NBA. Przed ostatnim sezonem jego kontraktu z Mavericks, Blab stanął przed szansą awansu w hierarchii drużynowej, bo rok wcześniej ogarnął się na tyle, by stać się de facto pierwszym rasowym centrem na ławce (choć w praktyce na środku grywał też nominalny power forward, Roy Tarpley). Zamiast iść za ciosem, spędził całe lato na podróżowaniu w ramach miesiąca miodowego, co wypomina sobie do dziś.

Kolejny dowód, że Blabowi po prostu nie zależało wystarczająco mocno – jeszcze jako gracz NBA znalazł sobie drugą pracę i w wakacje dorabiał jako programista w Texas Instruments, wykorzystując matematyczną i komputerową wiedzę, którą zdobył w college’u i która była jego prawdziwą pasją.

Kariera w NBA (potem grał jeszcze 3 lata w Europie, w tym razem z bratem Olafem w ALBIE Berlin) Uwe Blaba zakończyła się w 1990 roku po sezonie spędzonym w Golden State (40 meczów, w tym nawet 33 w pierwszej piątce, choć z ledwie 12 minutami w meczu i tak samo mizernymi jak zawsze wynikami – około 2 punktów i 2 zbiórek) i San Antonio (7 meczów). Do Spurs trafił na mocy transferu, który Bill Simmons po latach nazwał najwspanialszą i najbardziej niewytłumaczalną wymianą jeden-za-jednego w historii trade deadline – zamienił się miejscami z innym niespełnionym Niemieckim wieżowcem – Christianem Welpem.

Egzotyka Uwe – bardzo wyraźna w znacznie mniej otwartej na świat NBA lat 80. – oraz ponadczasowa egzotyka samego jego imienia i nazwiska oraz zawsze kultowy status drewnianego dryblasa grzejącego ławę – to wszystko (a rude włosy pewnie pomogły) sprawia, że Blab pamiętany jest dziś bardziej, niż zasługuje na to statystyczny gość z pięcioletnim, mało udanym stażem w NBA.

Próbowałem znaleźć jakiś stosowny do tematu highlight, ale niestety natrafiłem tylko na zapis Uwe Blaba, któremu Larry Bird zakłada „siatę” (choć może właśnie to jest stosowny highlight?):

Dziś Uwe (którego w 2010 roku spotkała ogromna tragedia – jego 19-letni syn Chris w trakcie bójki uderzył się w głowę i zmarł) nadal mieszka w Teksasie i nadal pracuje w branży komputerowej. Czyli karierę wybrał chyba właściwą…

Otagowane ,

Sherman Douglas

Sherman Douglas

Fun Fact: Gdyby tak policzyć wszystkich zawodników, jacy przewinęli się przez drużyny, które walczyły na parkietach NBA z zespołem posiadającym w składzie Michaela Jordana, wyszłoby nam, że Mike miał w karierze 1212 przeciwników (mogę się założyć, że do każdego z nich ma historię typu „…i wtedy on do mnie coś powiedział i sprawa stała się osobista”). Gdybyśmy z kolei chcieli wybrać zawodnika, który na przestrzeni lat zebrał od MJ’a największego łupnia, to mocnym kandydatem byłby Sherman Douglas.

„Generał” stawał naprzeciw MJ’a 30 razy i nie wygrał z nim ani razu. To absolutny rekord. Pierwszą piątkę dziewic jordanowskich uzupełniają: Andrew Lang (bilans 0-17), Chris Gatling, Pooh Richardson (obaj 0-16) i Rumeal Robinson (0-15).

W sezonie regularnym Michael rzucał Shermanowi niecałe 30 punktów w każdym meczu, trafiając aż 53% rzutów z pola i 46% trójek. Douglas odpowiadał na to solidnym, acz niespektakularnym punktowo-asystowym 10/5 i 45% celności z gry. Panowie stanęli też naprzeciw siebie w pierwszej rundzie playoffów 1998. W przypominanej w „Ostatnim tańcu” serii Douglas zaliczył bardzo dobry występy, notując średnio po 18 punktów i 8 asyst na skuteczności 52% i dorzucając prawie 3 zbiórki i 2 przechwyty w każdym ze starć. Niestety Jordan też się nie obijał (36 punktów, 53% z pola) i Sherman razem z Nets nie byli w stanie wyrwać ani jednego meczu. Choć udało im się Micheala rozśmieszyć…

 

Ogólnie smaku zwycięstwa w pojedynku z Mike’iem nie zaznało 310 zawodników, ale 126 z nich dostało tylko jedną szansę. Dodajmy, że 76 koszykarzy może się chwalić, że nigdy NIE PRZEGRALI z drużyną Jordana. Najlepiej wśród nich wypada Hall-of-famer, 5-krotny All-Star i 11-krotny członek teamów All-Defensive, Bobby Jones. Michael pojedynkował się z nim i jego Sixers sześciokrotnie, w latach 1984-1986. Bilans „5 ja, Mike 0” ma Greg Buckner, a o jedno zwycięstwo mniej mają John Salmons i Rasho Nesterović. Wszyscy oni jednak wygrywali mecze z MJ’em w koszulce Washington Wizards, więc w zasadzie nie powinno się to liczyć. Tak w ogóle to znaczna większość koszykarzy, którzy nigdy z Jego Powietrznością nie przegrali, ścierała się z nim już w XXI wieku.

Więcej o najtrudniejszych rywalach Jordana mówią następujące wyimki:

– wśród rywali, których spotykał na parkiecie ponad 20 razy, Michael ma najgorszy bilans przeciwko Dennisowi Johnsonowi: 8-19;

– w kategorii 30 meczów lub więcej, najtrudniejszym przeciwnikiem jest Larry Bird – Mike ma tu bilans 11-23;

– gdy ograniczymy grono rywali do tych z minimum 50 bezpośrednimi pojedynkami, Jordanowi najgorzej szło w starciach z superrezerwowym Pistons, Vinniem Johnsonem – bilans 24-35. „Microwave” ograł raz MJ’a także w 1992 roku, już jako członek San Antonio Spurs;

– najczęściej Jordan pojedynkował się z Patrickiem Ewingiem i Joe Dumarsem – po 70 razy (to chyba dobry moment, żeby zaznaczyć, że wszystkie podane tutaj liczby dotyczą sezonu regularnego oraz playoffs). Lidera Knicks pokonał 49 razy, a jednego z najbardziej szanowanych przez siebie defensorów – 37 (z większością prominentnych członków Bad Boys, Air Jordan ma ujemny bilans, ale Dumarsa podgonił później, w drugiej połowie lat 90.)

Tutaj macie spis wszystkich przeciwników Jordana do wyszukiwania własnych fun factów.

A wracając do Shermana Douglasa – było 93 graczy NBA, którzy nigdy nie wygrali meczu stając naprzeciwko „Generała”, wśród nich tacy bohaterowie tego bloga, jak Dino Radja, Ken Bannister, Bo Kimble, Jeff Ruland czy Yinka Dare. Najwięcej porażek bez zwycięstwa z Shermanem – 6 – ma Marcus Liberty, który kiedyś być może też doczeka się tutaj wpisu.

Kończąc, dodam, że najsłynniejszy highlight Douglasa wygląda tak…

 

…a za najgorszy należałoby uznać całość występów w programie „Real Housewives Of Potomac”:

 

Otagowane ,

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Mój ulubiony „fajny fakt” z serialu „The Last Dance” to Michael Jordan grający w pierwszym meczu po rezygnacji z gry w baseball w założonych tył na przód spodenkach.

Szybki research pokazuje jednak, że mamy do czynienia z kolejnym epizodem kariery Jordana, w którym nie do końca wiadomo, co jest prawdą, a co legendą. Faktem jest, że logo NBA na gatkach GOAT-a widniało z tyłu, a nie z przodu. Gdy dziennikarze na pomeczowej konferencji zapytali dlaczego założył odwrotnie spodenki, MJ był zaskoczony: „Nie! Naprawdę?”. Dopiero po chwili dodał: „Pewnie dlatego grałem tak źle”.

Nieprawidłowo założone spodenki stały się symbolem nerwów towarzyszących spontanicznemu comebackowi, choć już następnego dnia, pomyłka Mike’a została zdementowana przez Johna Ligmanowskiego, odpowiedzialnego w klubie za sprzęt. Twierdził on, że to po prostu była wadliwa sztuka ze źle naszytym logo.

Jordan podchwycił tę wersję, jeszcze tego samego dnia mówiąc po treningu: „Założyłem spodenki dobrze. Po prostu źle je zrobiono. Wiedziałem. Wiązałem je przecież od przodu. Nie mogły być odwrotnie.” Czyli żadne tam nerwy – G.O.A.T., głupcze.

I to tyle, jeśli chodzi o „Spodenki Gate”. Możecie sobie wybrać własną wersję wydarzeń pasującą do osobistego obrazu Michaela Jordana.

Otagowane ,