Z filmikiem z Orlando Woolridge’em u schyłku kariery, ale dokładnie w tym jej momencie, w którym go poznałem.
Z filmikiem z Orlando Woolridge’em, który może w obronie nigdy nie błyszczał, ale w ataku wciąż jeszcze potrafił wykorzystać swoje walory. Na początku drugiej połowy tego meczu dostał zadanie wyciągania spod kosza młodego Shaquille’a O’Neala i w ciągu pierwszych pięciu minut trzeciej kwarty rzucił 12 punktów, powiększając prowadzenie Pistons z 53:51 do 69:56 (w całym meczu miał ich 17).
Nie mogłem się tylko zdecydować jak sformułować zdanie zachęcające do obejrzenia filmu. Ograniczyłem się do trzech wersji, wybierzcie sobie tę, która przemawia do Was najbardziej i dajcie się namówić na odpalenie tego randomowego highlightu:
wersja „clickbait na koszykarskim YouTubie”: Orlando Woolridge BYŁ PROBLEMEM! Młody Shaq nie wiedział, co się dzieje!
wersja „clickbait na Sport.pl”: Był środek nocy, gdy zrobił TO. Cała Ameryka widziała, co się stało
wersja „clickbait na portalu rozrywkowym”: Przed śmiercią ośmieszył gwiazdę, która ośmieszyła Krzysztofa Stanowskiego [WIDEO]
Załapało się nawet firmowe przełożenie piłki za plecami. Lowe.
I lowe Was, że wytrzymaliście z moim nostalgicznym popierdywaniem już ̶1̶3̶ 14 lat.
Fun Fact: Pisałem ostatnio, że w pierwszych odcinkach „The Last Dance” brakowało mi wzmianki o Orlando Woolridge’u, ale prawda jest taka, iż w kontekście kariery Michaela Jordana jest on jedynie postacią z dalszego planu, która nie miała wpływu na to, jak wyglądał Ostatni Taniec.
Warto jednak pamiętać, że w 1984 roku zdecydowanie był na pierwszym planie jordanowskiej historii. To on był najbardziej obiecującym zawodnikiem Byków przed wyborem MJ’a, a potem kandydatem do stworzenia z nim duetu.
Kilka luźnych cytatów z tamtych lat:
„Orlando jest królem tej drużyny, ale chce mi zapłacić żeby go uczył [dunkowania – przyp. MMJK]„ – Michael Jordan, październik 1984.
„90 punktów w trzech ubiegłotygodniowych meczach udowodniło, że Bulls to coś więcej niż show Michaela Jordana” – Sports Illustrated, grudzień 1984.
„Orlando Woolridge prawdopodobnie przez resztę kariery będzie All-Starem” – Larry Bird, luty 1985.
Dopiero z czasem (który wypełnił m.in. narkotykowy odwyk) przylgnęła do niego łatka gracza jednowymiarowego, zainteresowanego tylko powiększaniem swojego konta punktowego.*
Skoro więc w „The Last Dance” wzmianki o nim nie było, to wypełnię tę lukę wrzucając telewizyjny materiał o Orlando z 1985 roku:
Woolridge mówiący, że atakowanie kosza jest jak branie ecstasy doskonale wpisuje się w „objazdowy cyrk kokainowy”, który na wzmiankę o pierwszym sezonie MJ’a w Bulls już się załapał.
________
* mało który właściwy człowiek w historii wszechświata był na bardziej właściwym miejscu niż Orlando w Denver Nuggets za czasów Paula Westheada, skupiającego się na beztroskim zdobywaniu punktów. Zanim kontuzja oka w połowie grudnia 1990 roku wyeliminowała go z gry na dwa miesiące, rzucał po 29 punktów w każdym spotkaniu i bił się z samym Jordanem o tytuł króla strzelców (najwyższa średnia punktowa, stan na dzień, w którym Woolridge doznał urazu: 1. Charles Barkley – 29.8; 2. Orlando Woolridge – 29.6; 3. Bernard King – 28.7; 4. Michael Jordan – 28.6; 5. Karl Malone – 27.9). Orlando wrócił w połowie lutego, z goglami na głowie, do grania w których – jak później twierdził – przyzwyczajał się około miesiąca. Odbiło się to na jego średniej, która za drugą część sezonu wynosiła już „tylko” 22 punkty. Ostatecznie skończył rozgrywki z wynikiem 25.1 punktu na mecz, co dałoby mu dziewiąte miejsce na liście strzelców. „Dałoby”, bo niestety opuścił zbyt wiele meczów, żeby załapać się do oficjalnej klasyfikacji. Wygrał, oczywiście, MJ (31.5), przed Malone’em (29.0) i Kingiem (28.4).
W zasadzie, to Orlando Woolridge jest jednym z najlepszych zawodników jakich Tłoki pozyskały w ramach trade’u w latach 90. Mówię oczywiście o talencie i pozycji w hierarchii ligi w momencie transferu (dopiero co rzucał po 25 punktów w meczu jak gracz Nuggets), a nie tego, czy ta wymiana wypaliła.
Bo nie wypaliła.
Pozyskany w sierpniu 1991 roku, Orlando miał ożywić ofensywę podupadających Pistons, ale skończyło się na kolejnym rozdziale „Klątwy Woolridge’a”: każda z 7 drużyn, która sprowadzała go do siebie notowała w danym sezonie bilans gorszy niż w poprzednim. Tych, którzy wierzyli, że numer zero odmieni Tłoki powinien zastanowić fakt, że aby namówić Denver na wymianę wystarczył rzucający po 1.8 punktu w meczu Scott Hastings i wybór w drugiej rundzie draftu. Przez 1.5 sezonu w stanie Michigan, Orlando rzucał w okolicy 14 punktów w każdym meczu, a przed trade deadline 1993 został wymieniony za inny wielki talent u schyłku kariery – czterokrotnego All-Stara (po raz ostatni wystąpił w ASG w 1991 roku), świetnego defensora z quadruple-double na koncie, Alvina Robertsona. Obrońca dokończył sezon w Detroit ale jeszcze przed startem kolejnego wyekspediowano go do Denver za Marcusa Liberty’ego i Mark Macona (Robertson stracił rozgrywki 93/94 i 94/95 z powodu kontuzji więc ostatecznie dla klubu z Kolorado nie zagrał).
Inni znaczący zawodnicy, jacy trafiali do Motor City poprzez trade w latach 90 (chronologicznie):
– Sean Elliott (ze Spurs, razem z Davidem Woodem i pierwszorundowym pickiem, za Dennisa Rodmana, Isaiah Morrisa, pick pierwszorundowy i pick drugorundowy; październik 1993) – Sean Elliott był świeżo upieczonym All-Starem, ale znacznie obniżył loty w Detroit i po roku został zwrócony Ostrogom. Drodzy Pistons, odrobina kadrowej konsekwencji by was nie zabiła…
– Otis Thorpe (z Blazers, za Billa Curleya i Randolpha Childressa; wrzesień 1995) – Pistons wyjęli niezadowolonego Thorpe’a praktycznie za darmo, a on za ratunek od dalszej gry w Oregonie odwdzięczył się dwoma sezonami na poziomie jego średniej z kariery (14/8). Niewiele brakowało, a odwdzięczyłby się także najlepszym dealem w historii klubu z Detroit, ale Tłoki pozyskany za niego w 1997 pick Grizzlies – przepraszam za określenie, ale uważam, że jest ono wyjątkowo na miejscu – przepierdolili w 2003 roku na Darko Milicicia.
– Stacey Augmon i Grant Long (z Hawks, za dwa picki pierwszorudnowe i dwa picki drugorundowe; lipiec 1996) – Augmon i Long byli od lat graczami pierwszopiątkowymi, ale w Detroit (podobnie jak Elliott, Robertson i Woolridge) zaliczyli spadek formy (skalę obrazuje zestawienie średnich punktowych – w ostatnim sezonie w Atlancie obydwaj notowali po 13 punktów na mecz, a w Motor City – po 5). Augmon jeszcze w trakcie rozgrywek 96/97 został oddany do Blazers, a z Longiem po dwóch latach nie przedłużono kontraktu (wrócił do Hawks). Na szczęście za ten duet Tłoki nie oddały w zasadzie nic, bo Jastrzębie zmarnowały wszystkie cztery otrzymane picki (wykorzystano je na Alaina Digbeau, Cala Bowdlera, Diona Glovera i Lariego Ketnera… no dobra – Glover coś tam sensownego grał, ale reszta na niewiele się zdała).
– Jerry Stackhouse (z 76ers, z Erikiem Montrossem i drugorundowym pickiem, za Theo Ratliffa, Aarona McKie i pick pierwszorundowy; grudzień 1997) – Stack oczywiście nigdy nie zrealizował w pełni swojego gwiazdorskiego potencjału, ale Pistons dobrze zrobili dając mu szansę. No i jakby nie patrzeć rzucał te prawie 30 punktów w meczu w sezonie 00/01.
– Christian Laettner (z Hawks, za Scota Pollarda i pick pierwszorundowy; styczeń 1999) – dwa lata wcześniej o tej samej porze Laettner grał w Meczu Gwiazd, ale w międzyczasie spuścił z tonu, a w lokautowym sezonie pojawił się w koszulce Pistons tylko 16 razy (do tego z najgorszymi w karierze średnimi 7 punktów i 3 zbiórek). Odkuł się trochę rok później (12/6), ale Tłoki oczywiście szybko zmieniły zdanie, wysyłając Krzyśka do Dallas półtora roku po ściągnięciu go z Atlanty.
Jak widzicie, generalni menadżerowie Pistons raczej nie wspominają lat dziewięćdziesiątych jakoś bardzo miło, bo nawet jeśli ściągali jakieś znane nazwisko to zazwyczaj na krótko i z rozczarowującym skutkiem, ale warto wspomnieć, że tak ogólnie to Tłoki umieją w transfery. Obydwie mistrzowskie ery są przecież zbudowane na trafionych wymianach (Bill Laimbeer, Mark Aguirre, Vinnie Johnson w latach 80, Ben Wallace, Rip Hamilton, Rasheed Wallace w XXI wieku).
Fun Fact: Powyższa karta ma 20 lat i upamiętnia ostatni sezon Woolridge’a w NBA. Poniższe wideo upamiętnia zaś mecz sprzed (niemal równo) 30 lat, z czwartego roku Orlando w lidze (w nim po raz pierwszy przekroczył barierę 20 punktów w meczu):
Rok później do składu Bulls dołączył debiutant Charles Oakley. Trudno dyskutować z ruchami, które potem wykonali Bulls, bo dały im one 6 tytułów mistrzowskich, ale żałowałem, że trio Jordan-Woolridge-Oakley nie pograło razem dłużej. Oczywiście z punktu widzenia Scottie’ego Pippena, Oakley i tak był w Chicago za długo…
PS: Autorem highlightów Woolridge’a jest kolega, Piotr Zarychta, którego kanał na YT przy okazji polecam.
UPDATE: Retroaktywnie mianuję ten post początkiem kompletowania mojego All-Time Favorite Team. Orlando będzie w tym składzie gdzieś na skrzydle…
Sad Fact: Zupełnie zapomniałem, że 31 maja przypadała pierwsza rocznica śmierci Orlando Woolridge’a. Wyjaśniałem już czemu to dla mnie tak ważna sprawa – swoimi słowami, a także słowami innych. To dobra okazja, żeby pooglądać sobie trochę jego highlightów – począwszy od samych początków w lidze…
…po ostatni sezon:
Ba – można nawet obejrzeć tę trochę frajerską reklamę ze Spudem Webbem…
A potem zmówić za jego dunkującą duszyczkę paciorek….
Fun Fact: Jako, że dziś dostałem w swoje ręce powyższą kartę, postanowiłem poinformować cały mający ten fakt gdzieś świat, że podniosłem się po zuchwałej kradzieży 43 kart Orlando Woolridge’a i moja kolekcja jednego z patronów tego bloga jest teraz jeszcze bardziej okazała. Tu pojawia się problem, bo do zebrania zostało mi już tylko kilkanaście dość rzadkich papierowych kartoników, ale wierzę, że prędzej czy później uda się je namierzyć. Tak jak tę pamiątkową kartę, wydaną w sezonie 91/92 na zlecenie nieistniejącej już sieci stacji paliwowych Unocal 76 specjalnie dla fanów Detroit Pistons. Traf chciał, że egzemplarz wystawiony na eBay’u miał także autograf samego Woolridge’a, co zawsze jest miłym akcentem zważywszy na fakt, że nie załapał się na erę kart z oficjalnymi podpisami zawodników.
No… i w sumie to tyle na teraz… mało „fun” był ten „fact”, ale bywa i tak więc bądźcie wyrozumiali. Przynajmniej nikt Wam nie ukradł 43 kart Orlando Woolridge’a…
Ponad dwa miesiące temu zamówiłem na eBayu pakiet 43 kart Orlando Woolridge’a, które miały uzupełnić moją kolekcję i być ostatecznym tributem dla zmarłego kilka dni wcześniej koszykarza. Karty do tej pory do mnie nie dotarły i pogodziłem się już z myślą, że paczka zaginęła w akcji lub po prostu ktoś mnie okradł. I ta druga opcja bardzo pobudza moją wyobraźnię. Bo pomyślcie. Jesteście sobie jakimś tam pracownikiem jakiejś tam sortowni, w jakimś tam urzędzie celnym czy też na jakiejś tam poczcie (nie do końca wiem gdzie się okrada zagraniczne listy), widzicie przesyłkę z USA i nagle wyczuwacie szansę na zarobienie paru złotych, albo wręcz dolarów, bo przecież w środku oprócz czegoś cennego mogą być także po prostu pieniądze. Drżącymi rękoma otwieracie list, a z niego wysypuje się kilkadziesiąt kartoników ze zdjęciami dwumetrowego łowcy punktów. Koszykówkę macie gdzieś, ewentualnie kiedyś kibicowaliście Bulls i mieliście plakat Penny’ego Hardawaya. W każdym razie na pewno nie macie pojęcia kim był Orlando Woolridge. Nagle jednak jesteście w posiadaniu 43 kart kolekcjonerskich z jego podobizną, opisami i statystykami. No i co robicie potem? Wracacie do domu i tłumaczycie żonie czemu w tym miesiącu musicie zacisnąć pasa, ale za to nie musicie się do końca życia martwić o zakładki do książek? Może potem, gdy obrażona połowica odmawia uprawiania miłości na goło z kimś, kto nie potrafi sobie dorobić na boku, wychodzicie z sypialni, otwieracie piwo, siadacie w kuchni z papierosem i postanawiacie raz jeszcze przyjrzeć się tej makulaturze – czy aby na pewno nie da się jej sprzedać chociaż za jakieś 20 złotych żeby mieć na zgrzewkę browara, kwiatek dla żony, kindziuk albo chociaż jakiś mecz reprezentacji Polski w nogę – no, w nogę, to ja rozumiem, ale nie w jakąś tam koszykówkę kurde bele. Próbujecie powiedzieć głośno „Orlando Woolridge”, a następnie zaczynacie czytać co jest napisane na odwrocie kart. O – grał w Bulls. O – sporo punktów nawet zdobywał. Spoko koleś. Siadacie przed komputerem, wpisujecie „Orlando Woolridge” w wyszukiwarkę Google (co okazuje się niewiele łatwiejsze niż wypowiedzenie tego głośno) i nagle dowiadujecie się, że niedawno zmarł. Czytacie wspomnienia innych o Woolridge’u, ba może nawet trafiacie na mojego bloga. Wzrusza Was ta historia, zwłaszcza fragment o tym jak schorowany Orlando kradł rury aluminiowe bo miał kłopoty finansowe. Piwo was trochę rozmiękczyło więc oczy nieco się szklą. Odtwarzacie jego najlepsze akcje na YouTube, oglądacie zdjęcia i czytacie jeszcze więcej artykułów. Decydujecie się w końcu, że zachowacie karty, Orlando, bo to swój chłop i przełożył piłkę pod nogami w konkursie wsadów. No i grał w Bulls. Żonie nic nie mówicie, no bo przecież ona nie wie nawet kto to Penny Hardaway, to jak tu wymagać od niej żeby sypiała z posiadaczem największej kolekcji kart Orlando Woolridge’a w Polsce. Wywalacie rachunki z puszki po pralinach Wedla, wkładacie tam karty i chowacie je w szufladzie z narzędziami. Idziecie spać i śni wam się, że razem z Orlando otwieracie setki cudzych listów a we wszystkich jest kindziuk.
Mam nadzieję, że mniej więcej tak to się potoczyło i moja strata nie poszła na marne. Każdy inny scenariusz wydaje mi się przykry i sprawia, że na pytanie „co można zrobić z 43 kartami Orlando Woolridge’a, gdy nie jest się jego fanem?”, mam ochotę odpowiedzieć: wsadzić sobie w dupę, złodzieju.
Fun Fact: Jeśli ktoś z Was pamięta Knighta, to prawdopodobnie z wicemistrzowskiej ekipy Suns z sezonu 92/93 lub ewentualnie z najlepszego sezonu w karierze, który rok później kończył w koszulce San Antonio Spurs. Są też zapewne tacy, choć nieliczni i raczej nie w naszym kraju, którzy pamiętają go z chrztu Royce’a Woolridge, nieślubnego syna Orlando Woolridge’a – Knight jest bowiem ojcem chrzestnym Royce’a. A skoro już przy najmłodszym z trójki synów Woolridge’a jesteśmy, to tak jak dwaj pozostali gra on w koszykówkę, ma chyba jednak największą szansę żeby otrzeć się o NBA – dwa lata temu był w czołówce strzelców wśród zawodników szkół średnich (30,2 punktu na mecz) i dostał stypendium od Uniwersytetu Kentucky. Po jednym sezonie opuścił jednak jedną z najlepszych ekip w NCAA, gdzie nie udało mu się wywalczyć miejsca w składzie i przeniósł się na uczelnię Washington State. Tam musiał obowiązkowo pauzować cały sezon 11/12 i od tej jesieni będzie miał 3 lata żeby zrobić karierę na szczeblu akademickim i otworzyć sobie ewentualnie furtkę do NBA. Zobaczymy. Ciężko bowiem cokolwiek wróżyć po highlightach ze szkoły średniej.
W każdym razie to na pewno ciekawszy montaż niż cokolwiek co można by zmontować z kariery Negele Knighta.