Fun Fact: Wiesz, że twoja etyka pracy jest do kitu, gdy, w krótkim, entuzjastycznym materiale na twój temat, ktoś wspomina o tym, że nie starasz się na treningach (dodanie potem, że, spokojnie, w meczach robi co trzeba, w ogóle nie czyni czerwieni zapalającej się lampki bledszą)…
Skacowany DC zaspał na pociąg do ligowej elity. Miał być najlepszym power forwardem w NBA (i to jeszcze zanim Charles Barkley i Karl Malone zakończyli karierę), ale skończyło się na paru przebłyskach z pierwszych sezonów (zanim do złego prowadzenia się i ogólnego bycia bucem dołączyły częste kontuzje), takich jak miano jedynego gościa, który zadunkował nad Shaquille’em O’Nealem (według Shaquille’a O’Neala)…
Dla mnie jednak bardziej adekwatny jest inny „zaszczyt”, na który zapracował sobie przez 15 sezonów w NBA (dużo, ale trzeba pamiętać, że w ostatnich dziesięciu swoich kampaniach występował średnio tylko w 43 meczach) – bycie nieoficjalnym rekordzistą pod względem aresztowań w trakcie czynnej kariery według bloga NBA Crime Library (w tym np. za oddanie moczu na środku zatłoczonej chińskiej restauracji).
Fun Fact: Dawno nie gościła na tych łamach plereza Dwayne’a Schintziusa, na co reakcja statystycznego konesera otoczki NBA z lat 90 wygląda mniej więcej tak:
Na szczęście znalazłem jeszcze jedną kartę uświetnioną tą klasyczną fryzurą, która była czymś więcej niż po prostu fryzurą. Była żywiołem.
Żywiołem bywał też sam Dwayne, który lubił się kłócić z trenerami i sędziami oraz brzydko faulować rywali a poza parkietem, tych, którzy mu podpadli (na przykład żartując z jego wzrostu) zwykł w dobry dzień opluwać, a w gorszy bić rakietami tenisowymi i tym samym narzędziem demolować im samochody. Dwayne wyciszył się dopiero w NBA, gdzie okazał się niewypałem i stracił status wielkiego talentu, który nakręcał jego ego w czasie gry w NCAA. Był jednak w tym wszystkim bardziej dużym dzieckiem, niż łobuzem. No bo tylko duże dzieci wymyślają ksywki dla swoich fryzur (Schintzius nazywał swoją płetwę „Lobster”, czyli „Homar”).
Fun Fact: Ołeksandr Wołkow – tudzież Alexander Volkov dla lepiej czujących się w amerykańskiej terminologii – to Ukraiński koszykarz, który w 1989 roku stanął na czele wschodnioeuropejskiej ofensywy w NBA. Razem z nim – wybranym w szóstej rundzie draftu przez Atlantę – w tamtym roku swoje zaoceaniczne kariery rozpoczęli także Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Vlade Divać (był jeszcze Czarnogórzec Zarko Paspalj, który w wywiadach z rozbrajającą szczerością opowiadał, że jada pizzę pięć razy w tygodniu i kocha papierosy Marlboro – nic dziwnego, iż jego kariera w Spurs trwała tylko 28 meczów).
Wołkow ostatecznie grał w NBA tylko przez trzy sezony – środkowy tracąc w całości z powodu kontuzji – i wrócił do Europy. Chroniczne problemy ze zdrowiem przeszkodziły mu w rozwinięciu skrzydeł nie tylko w USA, bo już trzy lata później, jako 31-latek, zakończył zawodowe uprawianie sportu (nie liczę jego kaprysu po 2000 roku, gdy bywał grającym prezydentem swojego klubu BC Kijów).
Szkoda. Swego czasu był jednym z największych talentów Związku Radzieckiego, mierzącym 208 centymetrów skrzydłowym, który mógł grać na czterech pozycjach. Hawks znali go dobrze, m.in. dzięki ich zwariowanemu tournee po ZSRR z 1988 roku („Przez dwa tygodnie żywiliśmy się głównie ogórkami, pomidorami i ciepłą wódką” – podsumował tamten początek ekspansji NBA ówczesny komentator radiowy Jastrzębi, Steve Holman), choć tak naprawdę czuli miętę do Sarunasa Marciulionisa, który jednak w międzyczasie dogadał się z Golden State Warriors.
Choć był tylko nagrodą pocieszenia, miał już 25 lat i dryg do łapania urazów, Wołkow bez problemu wywalczył sobie miejsce w rotacji Hawks (w której przecież, pod koszem i na skrzydłach, minuty zaklepywali tacy goście jak Dominique Wilkins, Moses Malone i Kevin Willis). Jego średnie z kariery to 6.8 PPG, 2.6 RPG, 2.2 APG i 45.5% FG, ale gdy dostawał większe minuty, Ołeksandr „dowoził”…
W 19 meczach w karierze, w których grał przynajmniej przez 30 minut, statystyczne osiągi Ukraińca wzrastały do 16.2 PPG, 5.9 RPG, 5.7 APG, 50.7% FG. Dodawał też po 2 przechwyty na mecz i trafiał trójki ze skutecznością ponad 40%. Wołkow byłby dziś ulubieńcem graczy w fantasy basketball za takie linijki jak 21/6/7/2/2, 21/5/8/6/2 czy 17/8/10/5/2, wykręcane na pożegnanie z NBA, w marcu 1992 roku.
Fun Fact: Mimo niechęci do dominacji Bulls w latach 90., jedna rzecz zawsze wzbudzała moją sympatię – że choć mieli najlepszego i najbardziej godnego zaufania w kwestii wygrywania meczów koszykarza na świecie, to zawsze znalazło się u nich coś do roboty dla jakiegoś bardzo białego człowieka z drugiego lub trzeciego planu. Wszyscy pamiętają Johna Paxsona i Steve’a Kerra pieczętujących tytuły w, odpowiednio, 1993 i 1997 roku…
Dwie krótkie dygresje.
1. Bulls w czwartej kwarcie szóstego meczu z Suns zdobyli tylko 12 punktów, a trójka Paxsona była jedynym koszem gości nie zapisanym w tamtej ćwiartce Jordanowi.
2. Kerr nie zamieniłby się w bohatera, gdyby wcześniej Shandon Anderson nie zamienił się w Charlesa Smitha…
Koniec dwóch krótkich dygresji.
…zapominamy jednak często, że John i Steve nie byli pierwszymi bladymi twarzami tryumfu Bulls. Pierwszy był w 1992 roku Bobby Hansen. Dwunasty zawodnik tamtego składu, który co prawda nie wieńczył mistrzowskiego dzieła, ale dał sygnał do boju w szóstym meczu serii z Blazers.
Byki zaczynały ostatnie dwanaście minut starcia z 15-punktową stratą i wydawało się, że Phil Jackson wywiesza białą flagę wypuszczając na boisko piątkę składającą się ze Scottie’ego Pippena, B.J.’a Armstronga, Stacey Kinga, Cliffa Levingstona i właśnie Bobby’ego Hansena. Hansen zaskoczył jednak wszystkich trafiając trójkę z rogu, a potem zabierając piłkę nikomu innemu, jak Jerome’owi Kerseyowi (najlepszemu zawodnikowi Blazers tamtego wieczora), co odmieniło dynamikę meczu i dało początek niesamowitej pogoni gospodarzy. Gdy Bobby oddawał miejsce na parkiecie Michaelowi Jordanowi, Chicago traciło już tylko 3 punkty do rywali.
Wiedząc, że w koszykówce nie spotka go już nic lepszego niż niepodważalny wkład w byczą dynastię, jako 31-latek przeszedł na sportową emeryturę, dzięki czemu tamta trójka pozostała jego ostatnim rzutem w karierze.
Do dziś może się chwalić, że przez pięć minut był godnym zastępcą Michaela Jordana.
Mógłby się też chwalić, że kiedyś (w czasach gdy w Jazz aspirował do roli, którą później pełnił Jeff Hornacek) połamał MJ’owi kostki… gdyby zaraz potem nie spudłował layupa…
Fun Fact: Rick Mahorn jest twardy. Tak twardy, że przepychając się pod koszem w walce o pozycję serdecznie się uśmiecha (patrz karta powyżej). Tak twardy, że gdy ktoś próbuje go uderzyć pięścią w twarz, przysypia z nudów (patrz wideo poniżej).
Pewnie nawet tak twardy, że nie bada się u lekarza, a u nadzorcy budowlanego.
I choć Rick Mahorn jest twardzielem jakich mało, do dziś musi dławić łzy na wspomnienie 15 czerwca 1989 roku. Tego dnia brał udział w mistrzowskiej paradzie Detroit Pistons, po której dowiedział się… że klub stracił go w trakcie expansion draftu. Personifikacja ducha Złych Chłopców, wciąż jeszcze skąpana w mieszance szampana, konfetti oraz dymu zwycięskich cygar, musiała się spakować i ruszyć do mroźnego Minneapolis, gdzie zamiast obrony tytułu czekała walka o kilkanaście zwycięstw. „To był najwyższy ze szczytów i najgłębszy z dołów” – wspominał Rick tamten dzień w dokumencie ESPN, zanim żal ścisnął go za gardło.
Oczywiście Rick miał w dupie taką imprezę, więc odmówił gry dla Wolves, którzy za picki opchnęli go do Sixers (podobny pakiet dawali wcześniej Pistons za to, żeby zespół z Minnesoty zamiast Mahorna wziął w trakcie ekspansji Micheala Williamsa – który zresztą ostatecznie też skończył w Wilkach). Był graczem NBA aż do samego końca lat 90. (z krótką przerwą na roczną przygodę we Włoszech), zaliczając dwa sentymentalne pojednania – w 1992 roku podpisał kontrakt z New Jersey Nets, trenowanymi przez byłego coacha Bad Boys, Chucka Daly’ego, a jako 38-latek powrócił na dwa sezony do Motor City (gdzie wciąż jeszcze grał Joe Dumars).
Warto jednak dodać, że Rick Mahorn po odejściu z Bad Boys nie stracił humoru na zbyt długo i szybko odnalazł się w zwanym „Thump’N’Bump” duecie z Charlesem Barkleyem.