Tag Archives: orlando woolridge

Życie i śmierć Orlando Woolridge’a z podziałem na głosy

Orlando Woolridge

O śmierci w wieku 52 lat Orlando Woolridge’a – człowieka, którego poniekąd wybrałem sobie na patrona i o niepokojącym zbiegu okoliczności między tym smutnym wydarzeniem a pewnym nienajweselszym wydarzeniem z mojego życia pisałem na tym blogu jakiś czas temu. Ale tamten tekst był bardziej o mnie niż o Orlando Woolridge’u, dlatego tym razem postanowiłem oddać głos osobom trzecim. Bo to co zostało powiedziane i napisane na jego temat chyba najlepiej oddaje najważniejsze aspekty postaci jaką był Orlando Woolridge – nie dla mnie, zafascynowanego bardziej jego nazwiskiem i goglami – ale dla wszystkich, którzy mieli to szczęście by podziwiać go w najlepszych latach. Zresztą nawet w najgorszych momentach jego życia obcowanie z Orlando Woolridgem było przyjemnością. Bo to był po prostu fajny facet. Tak fajny, że z największego obok nieziemskiego atletyzmu i talentu do umieszczania piłki w koszu błogosławieństwa, ta fajność szybko stała się jego największym przekleństwem. Niby wiadomo nie od dziś, że „nice guys finish last”, szkoda tylko, że „nice guy” w tym wypadku „finished so soon”.

A teraz kilka osób chciałoby Wam coś powiedzieć o Orlando Woolridge’u…

Orlando był magnesem. Ludzie kleili się do niego, chcieli być w jego pobliżu. Jego pokój w akademiku był jak ruchliwa stacja kolejowa. […] Mogłeś być najmniej rzucającą się w oczy postacią, nikim dla większości studentów, ale Orlando sprawiał, że czułeś się częścią grupy. I widziałeś, że jest w tym szczery.

– Terry Pfaff, przyjaciel Woolridge’a, którego poznał jeszcze za czasów studiów na uniwersytecie Notre Dame

Orlando nas nakręcał. Rozmawiałem o nim z kolegą, który był w futbolowej drużynie i on chyba najlepiej to podsumował. Powiedział, że jeśli widziałeś Toma Hanksa w filmie „Duży” to taki właśnie był Orlando. Był małym dzieckiem w ciele dorosłego mężczyzny i gdy z nim przebywałeś, znów stawałeś się dwunasto- lub trzynastolatkiem, bawiłeś się dobrze i śmiałeś.

– Stan Wilcox, kolega z drużyny koszykarskiej Notre Dame

Gdyby Orlando nie został koszykarzem NBA, nie sposób ocenić jak wielką karierę mógłby zrobić jako komik. I nie mówimy tu o wielkości poczucia humoru w stylu „haha śmieszne”. Przy nim człowiek bał się brać za jedzenie, bo natychmiast wypluwał je ze śmiechu.

– Terry Pfaff

Był jednym z niewielu graczy w historii koszykówki uniwersyteckiej będącym członkiem drużyny, która pokonała cztery zespoły rozstawione z numerem 1 w kraju, a na dodatek dwa z tych spotkań wygrał w pojedynkę.

– Digger Phelps, trener drużyny koszykarskiej Notre Dame

Zawsze czułem, że mogę po prostu rzucić piłkę w okolice kosza, a on zawsze ją złapie i coś z nią zrobi.

– John Paxson, który grał z Woolridgem zarówno w Notre Dame jak i Chicago Bulls.

Pamiętam, że był taki czas w latach 80., że karty koszykarskie Orlando Woolridge’a były bardziej pożądane niż jakiegokolwiek innego gracza (wliczając młodego Michaela Jordana).

– Dr Dickweed, internauta

Był pierwszym graczem, który po potężnym wsadzie wydawał głośny okrzyk… teraz wszyscy to robią… on zaczął to wszystko.

– LONNIE, internauta

Widziałem wiele alley oopów, które kończył po podaniu Magica.

– Whiskey Bum, internauta

To być może jeden z największych zmarnowanych talentów w historii NBA. Był facetem ze świetnym podejściem na parkiecie i poza nim, pomimo swoich osobistych demonów. Był pierwszą wersją Amar’e Stoudemire’a, mierzącą 6 stóp i 9 cali wersją Michaela Jordan i Clyde’a Drexlera. Był aż tak atletyczny. Gdyby nie uzależnienie (od kokainy – przyp. MMJK), jego potencjał nie miał granic.

– Mychal Thompson, kolega z drużyny Los Angeles Lakers

Michael Jordan, debiutant w 1984 roku, opowiadał, że gdy na wyjazdach przechodził obok pokoi hotelowych kolegów z drużyny, w powietrzu wisiał zapach dymu marihuanowego. Tak się robiło w tamtym czasie w NBA, jeśli nie we wszystkich zawodowych sportach, a Woolridge był zawsze osobą, która chciała się ze wszystkimi bratać i być lubiana.

– Sam Smith, były dziennikarz „Chicago Tribune”, redaktor strony Bulls.com i autor kontrowersyjnego bestsellera „The Jordan Rules”

Chciał być przyjacielem wszystkich, ale za każdym razem był przez innych używany do własnych celów. Uczyłam go by był skromny i miły ale to go skrzywiło. Ludzie go wykorzystywali.

– Mattie Woolridge, mama

Dobry chłopak. Dużo rzeczy dzieje się w życiu. Trzeba walczyć. Ale on zawsze się uśmiechał. Dobrze mi się z nim grało, prawdziwy lotnik i skoczek.

– Charles Oakley, kolega ze składu Chicago Bulls.

Orlando Woolridge zawsze był we właściwym miejscu w niewłaściwym czasie. […] Woolridge grał z Jordanem w Bulls, ale nie wtedy gdy wygrywali tytuły mistrza NBA. Grał z Magikiem Johnsonem, Jamesem Worthym i Kareemem Abdul-Jabbarem w Lakers, ale nie wtedy gdy wygrywali tytuły. Grał z Isiah Thomasem i Joe Dumarsem w Pistons, ale nie wtedy gdy wygrywali tytuły. Woolridge skończył karierę u boku Mosesa Malone w 76ers w sezonie 1993-94, gdy Moses i Sixers byli tylko cieniem mistrzowskiej drużyny z 1983. Sixers skończyli sezon z bilansem 25-57.

– Mark Potash, dziennikarz „Chicago Sun-Times”

Orlando Woolridge był „O” zarówno jeśli chodzi o numer na koszulce ale i o wykrzykniki stawiane podczas jego kariery. Wielkie „O” było w „wOw” wykrzykiwanym na widok talentu prowadzącego Notre Dame do największych sukcesów w historii uczelni, w zdumiewających O-mój-Boże-wsadach, po których wybór Bulls z pierwszej rundy draftu 1981 dostał zaproszenie od NBA do historycznych, dwóch pierwszych konkursów wsadów gdzie rywalizował z Juliusem Ervingiem, Michaelem Jordanem i Dominique’iem Wilkinsem. Była też umiejętność gry „One-On-One”, dzięki którym wszyscy krzyczeli „Oh!” gdy mijał przeciwnika w drodze do kosza zakończonej widowiskowym wsadem i dzięki której kiedyś zdobywał ponad 25 punktów na mecz. No i był jeszcze smutek związany z Osobistymi demonami, przez które został zawieszony za złamanie przepisów NBA dotyczących narkotyków a nawet aresztowany za kradzież na początku 2012 roku.

– Sam Smith

To niefortunne, ponieważ jego atletyzm był tak wciągający i ekscytujący, że prawdopodobnie mógł dokonać więcej. Kiedy pojawiają się narkotyki i alkohol, wszystko się zmienia. Ale nie chcę umniejszać niczego co dokonał. Tak wiele osób skupia się na tym co stało się później z jego życiem, a nie chcę żeby nikomu umknęło jak wspaniałym był człowiekiem.

– Kevin Hawkins, kolega z drużyny koszykarskiej Notre Dame

Powiedział mi „Mamo, przepraszam, że moja kariera potoczyła się w ten sposób, to moja wina”.

– Mattie Woolridge

Ktoś kto się nie stara, nie może utrzymać się w NBA tak długo (co Woolridge – przyp. MMJK).

– Kevin Hawkins

W późniejszych latach czuł, że powinien nadal trenować (Woolridge przez pewien czas po zakończeniu kariery koszykarskiej był trenerem w ligach WNBA i ABA – przyp. MMJK) albo być blisko koszykówki w inny sposób. Czasem najlepiej jest zrobić sobie przerwę od tego sportu, spróbować czegoś zupełnie nowego i dopiero wtedy wrócić. Ale on był ciągle blisko, rozkwitał w świetle reflektorów i było mu ciężko, kiedy to się skończyło.

– Stan Wilcox

Wpadł w depresję więc powiedziałam mu, żeby wracał do domu.

– Mattie Woolridge

Kiedy trafiał w złe towarzystwo, zawsze był podatny na perswazję. Kiedy napisały o tym gazety, przyszedł do domu płacząc. Było mu tak przykro.

– Mattie Woolridge o aresztowaniu jej syna, które miało miejsce 3 miesiące przed śmiercią – schorowany (wcześniej miał 3 zawały, nie kwalifikował się do przeszczepu serca ze względu na stan zdrowia), niezdolny do znalezienia pracy i mający kłopoty finansowe Woolridge ukradł z placu budowy aluminiowe rury, które potem sprzedał na złom.

Po tym wydarzeniu, zaczął codziennie chodzić na ryby, aż do momentu gdy zabrakło mu sił. Wtedy miał już pewność.

– Melissa Isaacson, dziennikarka ESPN

Powiedział „Mamo, zawsze myślałem, że będę żył przynajmniej 55 lat”

– Mattie Woolridge

Przez ostatni tydzień nie mógł mówić, ale słyszał nas. Jego oddech zwolnił i odszedł po cichu. Miał mnóstwo przyjaciół, ale myślę, że ludzie nigdy tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego jak są kochani.

– Mattie Woolridge

My Pops, Orlando Woolridge he’s driving to the net

Taking off like a jet, then he’s dunking on your neck

He left with a legacy, some you won’t forget

Rookie to a vet with world wide respect

My Pops! Big ups!

King of the hops!

– Renaldo Woolridge, syn Orlando (jeden z czwórki jego dzieci), koszykarz akademicki i aspirujący raper Swiperboy aka SB Babyy

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Otagowane

Orlando Woolridge’u, Ty zawsze przy mnie stój…

Orlando Woolridge i Michael Jordan

Cholera. Naprawdę nie wiem od czego zacząć…

Ponieważ jednak nie mam złych i dobrych wieści zacznę po prostu od tej złej: 31 maja zmarł na serce 52-letni były koszykarz Bulls, Nets, Lakers, Nuggets, Pistons, Bucks i 76ers (a także ligi włoskiej), Orlando Woolridge – jeden z patronów tego bloga, ale także patronów całej mojej pasji koszykarskiej, którego kartę przez lata nosiłem w portfelu, o którym układałem wierszyki (o jednym i drugim pisałem w pierwszym w poście na tym blogu) i którego imię i nazwisko przybrałem pisząc dla pewnego nieczynnego serwisu rozrywkowego. I tu właśnie robi się trochę przerażająco… Bo widzicie, ten serwis, dla którego pisałem jako Orlando Woolridge, został zamknięty zgodnie z dużo wcześniejszym planem dokładnie… uwaga, ciarki… 31 maja. Brrr. Podsumowując – w dniu, w którym umarł mój pseudoartystyczny pseudonim umarła także osoba, na cześć której go przybrałem…

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Oczywiście przede wszystkim jest mi smutno, bo 52 lata to zdecydowanie za mało, zwłaszcza dla dwumetrowych łowców punktów, którzy zakładali na mecz dwie pary skarpetek (Woolridge po przejściu do Lakers nie mogąc złapać formy zaczął pod skarpetami „Jeziorowców” nosić stare skarpety New Jersey Nets – klubu, w którym po raz ostatni zdobywał powyżej 20 punktów na mecz). Poza tym jednak mam lęki, że beztroskie wykorzystywanie jego imienia do niecnych celów mogło rzucić na niego jakąś klątwę, no bo sami powiedzcie – jakie były szanse? Jakie były pieprzone szanse? Jestem wstrząśnięty, zdezorientowany i lekko przestraszony. I przepraszam jeśli w jakikolwiek sposób zszargałem imię Orlando Woolridge’a (choć to nie ja wylądowałem na narkotykowym odwyku i nie mnie aresztowano za kradzież aluminiowych rur z placu budowy). Fajnie by było, gdy wszyscy zapamiętali go takim jakim był na parkiecie, czyli z akcentem na jego zamiłowanie do wsadów (to on jako pierwszy wykonał wsad z przełożeniem między nogami w Slam Dunk Contest) i innych sposobów zdobywania punktów (4 sezony powyżej 20 pkt/mecz i średnia z kariery 16,0):

Tak – Orlando Vernada Woolridge (ciekawostka: był kuzynem Willisa Reeda) potrafił grać, nawet jeśli wielu wytykało mu, że nie umiał bronić i w swoich najlepszych latach był trade’owany aż czterokrotnie a jego nowa drużyna zawsze przegrywała więcej meczów niż rok wcześniej. Przede wszystkim był on jednym z symboli widowiskowej koszykówki, która pomogła w latach 80. spopularyzować będącą w kryzysie ligę. Co prawda Orlando, po tym jak trafił do sztandarowego składu tamtych lat, czyli grających słynny „Showtime” Lakersów, rozegrał najgorszy sezon w swojej karierze, ale należy raczej zwalić to stracony na odwyku poprzedni rok. No właśnie – Woolridge był tak bardzo typowym dla lat 80. graczem NBA, że był równie oddany jej najlepszemu trendowi, jak i najgorszemu – w 1988 roku przyznał się do uzależnienia od kokainy, która w tamtej dekadzie zniszczyła wiele karier i żyć. Na szczęście Woolridge zdołał uniknąć najgorszych, nie tylko koszykarsko, efektów tego nałogu (choć kto wie czy kokaina nie była odpowiedzialna za to, że w wieku 52 lat Woolridge miał chroniczne problemy z sercem, które były powodem jego śmierci) i nawet już zbliżając się do zmierzchu swojej kariery potrafił rzucać po 25 punktów w meczu jako zawodnik Denver Nuggets, a na początku lat 90. został nawet bohaterem takiego oto poematu opublikowanego w jednym z numerów „Sport’s Illustrated”:

If Andre Turner is but a blur, Michael Jordan is pure poetry in motion.
Set free of earthly bonds, Dennis Rodman reaches basketball heaven.
In the blink of an eye, Orlando Woolridge achieves maximum net effect.
Defying logic—and gravity—Scottie Pippen goes airborne to punch a hole in the sky.
Suspended above it all, Doc Rivers is a picture of clarity amid the chaos.

Oczywiście nadal wolę swój wierszyk „Orlando Woolridge’u/Ty zawsze przy mnie stój”, ale to równie dobry przykład na to, że Orlando poruszał wyobraźnię i to nie tylko w taki sposób w jaki poruszał moją – czyli osoby, która nie miała okazji oglądać go w akcji u szczytu formy – jako dziwny koleś w dziwnych goglach i z dziwnym nazwiskiem, biorący udział w pierwszym meczu NBA jaki obejrzałem w swoim życiu. Ale i to nie jest zły sposób, żeby go zapamiętać – za to imię, za te gogle, za te anegdotki wyczytane po fakcie, ba, nawet za tę brawurową kradzież wartych 1,5 tysiąca dolarów aluminiowych rur (która miała miejsce w lutym tego roku) – w końcu koszykarz NBA, który na emeryturze nie ma żadnych brain fartów i nie musi sobie radzić z nagłym brakiem stałych dopływów dużej gotówki, to nie koszykarz NBA.

Ja chciałem podziękować Orlando nie tylko za użyczenie nazwiska pewnej części mojego zawodowego dorobku, ale przede wszystkim za bycie twarzą mojej największej życiowej pasji. Co prawda ten pierwszy fakt spowodował chyba najbardziej przerażający zbieg okoliczności (tak, zbieg okoliczności, tego się trzymajmy, ok?) w moim dotychczasowym życiu, który pewnego wietrznego poranka w Ciechanowie zmroził moje serce (oto powód, dla którego piszę ten tekst dopiero teraz – gdy dotarły do mnie smutne wieści byłem offline, a co gorsza, w wietrznym Ciechanowie), ale wszystko inne co dał mi Orlando Woolridge będzie zawsze ciepłym wspomnieniem i zamierzam je nadal kultywować. Ok – z ksywy „Orlando Woolridge” oficjalnie rezygnuję, bo teraz to trochę i głupio i straszno, ale poza tym nic się nie zmienia, ba – jego karta znów ląduje w moim portfelu. A mój idiotyczny wierszyk nabiera jeszcze mocniejszego wydźwięku. Trzymaj się Orlando. Wierzę, że będziesz najwyżej fruwającym aniołkiem.

Orlando Woolridge

Otagowane

Wpis #100 i kilka kart, bez których taki jubileusz nie mógłby się obejść

Chris Webber patch

My tu gadu-gadu, skanu-skanu, kartu-kartu, mercy-mercy, a to już setny wpis na tym blogu. Fakt ten postanowiłem zilustrować limitowanym właśnie do 100 patchem Chrisa Webbera – najcenniejszą kartą w mojej dość skromnej jeszcze, 300-kartowej kolekcji ulubionego koszykarza. To jednak nie jedyna karta, która nieprzypadkowo znajduje się w tym okolicznościowym tekście. Kolejne, wraz z wyjaśnieniem czemu właśnie one dostały zaproszenie na setkę, poniżej…

Jerome Kersey

Obowiązkowa karta Jerome’a Kerseya.

Orlando Woolridge

Obowiązkowa karta Orlando Woolridge’a.

Renaldo Balkman

Jeden z moich ulubionych okazów w kolekcji kart z autografami i „relikwiami” graczy Knicks. Oczywiście nie byłby nim, gdyby Renaldo Balkman nie miał dreadów i wielkiego nosa.

Mike Sweetney

Jedna z dwóch kart z kawałkami koszulek graczy Knicks, które kiedyś sprezentowała mi niespodziewanie moja dziewczyna powodując nagły rozkwit miłości do zbierania kart. I nie tylko do zbierania kart. (Choć obydwa rozkwity bledną przy rozkwicie tuszy Mike’a Sweetneya)

Harold Miner

Harold Miner z mojej pierwszej w życiu paczki kart (o której rozpisywałem się tutaj). Przez długi czas moja ulubiona karta na świecie.

Isaiah Rider

Druga ulubiona karta ever we wspomnianym wyżej okresie. Nie dało się wtedy nie lubić J.R. Ridera.

Isaiah Rider back

Tył kultowej karty Ridera. Z jej powodu uważałem w połowie lat 90., że niebieska bluza z białym t-shirtem pod spodem, to najlepsza stylówa ever. Oczywiście, gdy sam zacząłem się tak nosić, szybko okazało się, że nie wyglądam tak cool jak J.R., ale przynajmniej potrafiłem zrobić wsad z przełożeniem między nogami na małej obręczy przyczepionej przyssawkami do szafy w korytarzu mojego mieszkania.

Tim Duncan

Karty z mojej kolekcji pochodzą z 5 głównych źródeł. Z polskiego kiosku dawno, dawno temu, z kartonu po papierosach, który kiedyś przyniósł kolega z podstawówki (jeszcze dawniej temu), z Allegro, z eBaya i z prywatnych zbiorów członków jedynego w Polsce forum o kartach NBA. Ta karta trafiła do mnie jednak w nieco mniej standardowy sposób – została wyciągnięta z jednej z dwóch paczek, które kupiłem w przypadkowo napotkanym sklepiku w Budapeszcie parę lat temu. Pokazuję akurat ją, żeby przy okazji  wyrazić swoje poparcie dla San Antonio Spurs w walce o tytuł Mistrza NBA 2012.

Walt Frazier

Żeby ostatecznie osadzić tę setkę w jakieś ramy kartowo-czasowe, prezentuję powyżej także mój najświeższy karciany nabytek.

Jednocześnie lojalnie ostrzegam, że od setnego postu mogą zacząć się pewne przestoje w aktualizacji bloga. Przed chwilą bowiem odebrałem na poczcie NBA Live 07, ostatnią pecetową koszykówkę, która jest w stanie odpalić na moim komputerze, a co za tym idzie, moją ulubioną pecetową koszykówkę, w którą nie grałem już jakiś rok (dawno temu zgubiłem starą płytę, a wersja elektroniczna legalnie kupiona przez internetowy sklep EA przestała działać because fuck you that’s why). Po miesiącach poszukiwań znalazłem w końcu do kupienia używany egzemplarz, odpalam zatem instalatora, rozpakowuję patch z aktualnymi składami i będę grał w grę.

I! EJ! SPORTS! csynegejm!

Żegnam się do stówy dokładając pionę.

Otagowane , , , , , , , , ,

Orlando Woolridge (po kilku latach trzymania w portfelu)

Orlando Woolridge

Zawsze chciałem założyć bloga o starych kartach NBA. Zawsze chciałem założyć bloga o nazwie „Mercy Mercy Jerome Kersey”. Zawsze nosiłem w portfelu kartę Orlando Woolridge’a. Jak wygląda noszona w portfelu karta Orlando Woolridge’a możecie zobaczyć powyżej. Jak wygląda blog o nazwie „Mercy Mercy Jerome Kersey” też już mniej więcej wiecie. Jak wygląda blog o starych kartach… tego na razie sam jeszcze nie wiem, ale pewnie będzie zawierał znaczne ilości starych kart NBA (a konkretnie z lat 90.), a także niezbyt mądre nawiązania do tego co aktualnie dzieje się w świecie dwumetrowych łowców punktów.

I tak o.

Aby stosownie zamknąć inauguracyjny wpis, licząc na wstawiennictwo u koszykarskich bogów w sprawie prowadzenia tego bloga, zacytuję mój ulubiony dwuwiersz:

Orlando Woolridge’u

Ty zawsze przy mnie stój

Otagowane