Fun Fact: Złoty ząb Larry’ego „AAAAAAAAAAAAAAAA” Johnsona to chyba najfajniejszy ninetiesowy trend, który nigdy nie został podchwycony, może przez liczne artykuły w amerykańskiej prasie straszące opłakanymi konsekwencjami jakie mogą dla zębów i dziąseł przynieść złote/pozłacane nakładki. Wiele osób tęskni za ówczesnym „babcinym” uśmiechem, przewidując, że dziś złoty ząb zawodowego koszykarza z pewnością miałby swoje konto na Twitterze. Ponieważ jednak złoty ząb Larry’ego nie załapał się na erę social media, fanatykom NBA z lat 90 pozostają próby zaproszenia do grona znajomych na Facebooku mieszkańca Tuba City w Arizonie nazywającego się Larry Goldtooth.
Fun Fact: Oto najbardziej „ninetiesowa” reklama jaka powstała w XXI wieku: Tex Winter uczy „trójkątów” Detlefa Schrempfa, ŚP Mosesa Malone’a, George’a Gervina, Xavier McDaniela i Muggsy’ego Boguesa.
Spot jest z 2002 roku, zaraz będzie 2016, a osób rozumiejących ofensywę trójkątów wciąż jest mniej więcej tylu ilu Niemców, którzy zrobili karierę w NBA…
A skoro już jesteśmy przy wątkach niemieckich, to wspominałem niedawno koszykarską ramówkę na Sat.1 i DSF, która wychowała mnie niemal w tym samym stopniu co Szaranowicz i Łabędź. Powód – ni z tego, ni z owego, nie mogę od pewnego czasu przestać nucić melodii podkładanej przez Sat.1 do rankingów najlepszych akcji montowanych na potrzeby ich magazynu o NBA…
Melodia z czołówki programu deesefowego nie jest aż tak zaraźliwa, ale też pamiętna…
No i jeszcze jeden kultowy niemiecki koszykarski artefakt – Lou Richter.
Ktoś go jeszcze pamięta?
Co by nie mówić, Niemcy – ze Schrempfem, Richterem i Nowitzkim – zrobiły wiele dla podniesienia poziomu kultowości koszykówki w latach 90. Znacznie mniej dla podniesieniu poziomu fryzurowego.
Fun Fact: Gdybyście się zastanawiali, poniedziałkowa 51-punktowa porażka Sixers w spotkaniu ze Spurs nie jest nawet w pierwszej dziesiątce najwyższych porażek w historii ligi. Najwyższą ponieśli w 1991 roku Miami Heat, przegrywając 80:148 z Cleveland Cavaliers. W 1998 roku Pacers przeprowadzili anihilację Blazers w stosunku 124:59, w 1972 Lakers byli lepsi od Warriors o 63 punkty (162:99), a w 1991 roku Warriors częściowo sobie to odbili, pokonując inny zespół ze stanu Kalifornia, Sacramento Kings, 153:91. To były cztery największe łomoty spuszczone w historii NBA, a dzisiejszą ciekawostką jest fakt, że wiecznie drugoplanowa (i wiecznie chwalona za obronę, pracowitość oraz umiejętność gry na pozycjach 1-3) postać Vincenta Askew wzięła udział w dwóch spośród tych czterech spotkań – raz w roli gromionego, a raz w roli oprawcy. Zagrał 6 minut z ławki Portland, gdy jego zespół przegrał różnicą 65 punktów (TAAAKI blowout i tylko 6 minut „śmieciowego czasu”?), a siedem lat wcześniej, 15 punktami, 8 asystami i 3 zbiórkami pomógł zdetronizować Królów różnicą 63 punktów jako zmiennik w Golden State (Sacramento się nie obraziło i w następnym sezonie ściągnęli Askew do siebie).
Fun Fact: Z transmisji wczorajszego spotkania Knicks-Mavs dowiedziałem się, że w składzie Dallas jest obecnie trzech zawodników, którzy urodzili się tego samego dnia. 26 czerwca 1984 roku na świat przyszli Deron Williams, Raymond Felton i J.J. Barea. Niezwykły zbieg okoliczności. Inny zbieg okoliczności: także 26 czerwca, choć 1962 roku, urodził się Jerome Kersey. O którym pamięć wciąż ma się dobrze:
Fun Fact: Keith Closs to jedna z największych osobliwości NBA lat 90. Długi (221 cm), chudy (90-coś kilo) i brzydki (piłka Spaldinga ma lepszą cerę niż on), a na dodatek grający dla Clippers. Jeśli chodzi o dwa ostatnie przymioty, zdecydowanie pozostajemy w klimacie poprzedniego wpisu.
W lidze wytrzymał tylko 3 niepełne sezony, przegrywając nierówną walkę z alkoholizmem. Szkoda. Miał przed sobą świetlaną przyszłość w roli tego dryblasa, który równie często blokuje rzuty, co daje nad sobą widowiskowo dunkować…
Shawn Bradley approves.
W tej sytuacji jego najbardziej znanym highlightem pozostaje amatorskie wideo z niesławną bójką pod klubem nocnym, w którym pijany Closs prowokuje i zostaje pobity przez bandę nie mniej pijanych imprezowiczów (Clossowi nie tylko nic się nie stało, ale następnego dnia rozegrał jeden z najlepszych meczów życia, z drugim największym dorobkiem punktowym w karierze). Drugie miejsce to chyba ta akcja:
Przez pewien czas wydawało się, że połączenie niespełnionego talentu, nieludzkich warunków fizycznych i przykuwającej uwagę ze złych powodów aparycji czyni z Keitha Clossa gracza niepowtarzalnego, ale potem na 19 meczów wpadł do NBA Peter John Ramos.
A Closs ostatecznie się ogarnął, wygrał z nałogiem i wrócił do gry w kosza, zaliczając m.in. całkiem udany epizod w lidze chińskiej. I życzy Wam wszystkim Wesołych Mikołajek…
Fun Fact: Aby jak najlepiej wyjaśnić moją sympatię do tej karty, zacytuję fragment „The Book Of Basketball”, w której Bannister dostał cały akapit jako członek drużyny złożonej z najbardziej niepowtarzalnych zawodników ery „po Billu Russellu” – drugich takich, „z powodów genetycznych lub fizycznych”, nigdy już nie będzie:
„Nie jestem pewien w jaki sposób Bannister, skrzydłowy Knicks w połowie lat osiemdziesiątych, dorobił się ksywki „The Animal”, ale mam kilka podejrzeń. Za każdym razem, gdy Kenny Bannister wychodził tunelem na parkiet, wszyscy cichli, tak jakby działo się właśnie coś złego (to zdarzało się tylko w przypadku trzech osób: Bannistera, Cadillaca Andersona i Popeye’a Jonesa – są jak Bird, Magic i MJ brzydoty). Jest kapitanem Drużyny Gwiazd „Dzięki Bogu, Że W Jego Czasach Nie Było Jakości HD”, która składa się z Dennisa Rodmana, Grega „Cadillaca” Andersona, Gheorghe Muresana, Brooka Steppe, Tyrone’a Hilla, braci Cummings (Terry’ego i Pata), Paula Mokeskiego, Anthony’ego Masona, Davida Wesleya, Ervina „Nie Magica” Johnsona, drużyny Celtics z 1987 roku, Kings z 2002 i nieśmiertelnego Popeye’a Jonesa, o którym kiedyś napisałem, że ‚Niczym Wielki Kanion i Kaplicę Sykstyńską, Popeye’a trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy’„.
Też nie wiem skąd wzięła się ksywa „The Animal”, ale Bannister przez krótki czas spędzony w NBA (1984-1991) ze sporym oddaniem ją kultywował. Przykładowo: w sezonie 90/91 przekazywał 50 dolarów ogrodowi zoologicznemu w Los Angeles za każdy spudłowany rzut wolny (co było dość hojnym gestem w wykonaniu gościa, który miewał problemy z trafianiem 40% swoich osobistych). „Zwierzak” pozostawał jednak wierny swojemu przydomkowi nie tylko poza parkietem:
Klinika Weterynaryjna Bannister w Raytown, Missouri, wbrew pozorom nie jest już jednak z nim związana. W zasadzie to po 2000 roku (gdy skończył karierę międzynarodową) słuch po Kenie zaginął. Mam nadzieję, że żyje i ma się dobrze. Pozdrowienia.
Sad Fact: Gdyby jego serce nie poddało się w trakcie treningu latem 1993 roku, Reggie Lewis obchodziłby dzisiaj swoje 50 urodziny.
Fun Fact: Jak dobry był Reggie Lewis? Kibice (w tym ja) mają dziś pewne problemy z recenzjami jego talentu, bo zostaliśmy przez los pozbawieni okazji do oglądania go u szczytu formy (zmarł w wieku 27 lat, akurat gdy Celtics zostali jego zespołem po odejściu Larry’ego Birda), a poza tym trudno wyobrazić sobie jego dalszą ścieżkę kariery ze względu na brak oczywistych porównań z innymi zawodnikami. Był łowcą punktów w starym stylu – graczem obwodowym z ciągiem na kosz, ale bez rzutu trzypunktowego – który wchodził w swój „prime” w lidze u progu nowej ery. Znamienny jest jednak fakt powszechnego szacunku wśród jemu współczesnych zawodników. Jeden z najlepszych defensorów w swoich czasach, Joe Dumars, powiedział kiedyś, że wyłączając Michaela Jordana, Lewis był najtrudniejszym do upilnowania graczem z jakim przyszło mu się zmagać. Jordan z kolei porównywał go do właśnie Dumarsa i choć chodziło mu o stalowe nerwy na parkiecie, to wspólnym mianownikiem była też dobra gra w obronie (wzmiankę o wypowiedziach Dumarsa i Jordana znajdziecie w tym artykule). W skrócie: Reggie Lewis był dobry.
(Moje karciane zbieractwo bardzo rzadko polega na kolekcjonowaniu konkretnych podserii, ale kiedyś wziąłem się za kompletowanie setu Elusive Ink wchodzącego w skład serii 2011-12 Panini Past & Present. To co mnie w nim ujęło i co chciałem w cyklu „Atrament Sympatyczny” wypromować, to idea stojąca za Elusive Ink – przypomnienie mniej znanych zawodników nie tylko z lat 90, ale też 70 i 80. Oto kolejny bohater tej serii, którego ulotny urok tradycyjnie spróbuję uchwycić w pięciu krótkich punktach…)
1. Nazywanie Scota Pollarda typowym wyrobnikiem jest błędem. Był wyrobnikiem bardzo nietypowym…
2. W ujęciu liczbowym, jego wkład w historię NBA to mało imponujące 4.4 PPG i 4.6 RPG za całą karierę (trwającą 11 sezonów z postojami w Detroit, Sacramento, Indianie, Cleveland i Bostonie), z rekordowymi skokami do 6.5 PPG w sezonie 00/01 i 7.1 RPG w 01/02. Swój najlepszy mecz rozegrał 16 kwietnia 2002 roku, gdy zastępując Chrisa Webbera w pierwszej piątce zaaplikował Golden State Warriors 23 punkty (jego rekord strzelecki) i 14 zbiórek, 3 asysty oraz 2 bloki. Spuścizny Pollarda nie da się jednak oddać liczbami… No bo kto zliczy jego wszystkie dziwne fryzury?
3. Scot zagrał tytułową rolę w horrorze „Axeman”, w którym przy pomocy równie tytułowej siekiery (i nie tylko) dołożył swoją cegiełkę do przetrzebiania szeregów napalonych nastolatków spędzających wakacje w odciętych od świata chatkach.
4. Mordowanie ludzi to jednak nie najbardziej kontrowersyjna rzecz w wykonaniu Pollarda, jaką uchwyciły kamery:
5. Scot został zaproszony do 32 edycji reality show „Survivor” (premiera w amerykańskiej telewizji w lutym 2016), w ramach której będzie zmagał się z naturą (także ludzką) na kambodżańskiej wyspie. Dajcie mu siekierę i macie moją uwagę…
Fun Fact: Zapewne zauważyliście, że lubię wynajdować stare reklamy z bohaterami mojego bloga. Stara reklama z Vinem Bakerem też istnieje.
Hmm… Chyba wszyscy wiemy jak tę porażkę odreagował Vin…
Ale kiepskie żarty na bok – najbardziej „fun” ze wszystkich bakerowych faktów to w tym momencie jego kolejne sukcesy w wychodzeniu na prostą. Baker alkohol zamienił najpierw na komżę ministranta w kościele prowadzonym przez swojego ojca, a teraz na pracę w Starbucksie. Ktoś tam pewnie odchrząknie znacząco, bo w teorii przejście z bycia gwiazdą NBA do robienia hipsterom latte w sieciówce jest dość dramatycznym zwrotem akcji, ale jak dla mnie to news jednoznacznie pozytywny i trzymam kciuki za pozbawioną skrótów karierę Bakera w korpoświecie.
Fun Fact: W składach klubów NBA na początku sezonu 15/16 jest dziewięciu zawodników z lat 90. Są to: Kevin Garnett (zaczął karierę w 1995 roku), Kobe Bryant (1996), Tim Duncan (1997), Vince Carter (1998), Dirk Nowitzki (1998), Paul Pierce (1998), Jason Terry (1999), Andre Miller (1999) i Koszykarz Znany Wcześniej Jako Ron Artest (1999). Ich klasa i długowieczność sprawia, że nawet lepiej pasowaliby do bloga o latach zerowych lub dziesiętnych w NBA, ale metryki nie kłamią. Gdy Paul Pierce zaczynał karierę, Will Smith śpiewał „Gettin’ Jiggy With It”, Celine Dion „My Heart Will Go On” a Aerosmith „I Don’t Want To Miss A Thing”. Trudno o bardziej ninetiesowe rzeczy do śpiewania.
Z tym początkiem kariery Pierce’a, wiąże się też klasyczna anegdota z serii „co by było, gdyby”, której centralnym punktem jest pochopna obietnica i honor Larry’ego Browna. Gdy w drugiej połowie lat 90 prowadził 76ers, wybrał z numerem ósmym Draftu 1998 Larry’ego Hughesa, którego zhandlował za Toniego Kukoca półtora roku później. Paul Pierce był wtedy wciąż do wzięcia i na swoich przednaborowych listach rankingowych, Sixers umieszczali „Prawdę” wyżej niż Larry’ego. Trener Brown jednak w trakcie testów Hughesa w Philly chlapnął, że obiecuje mu, iż Sixers wezmą go z ósemką, jeśli wciąż będzie do wzięcia. W dniu draftu postanowił dotrzymać słowa, zagłuszając zdrowy rozsądek także tradycyjnym bełkotem o wyborze ze względu na pozycję (Tim Thomas, dla którego w teorii było zaklepane miejsce na small forward, został oddany do Milwaukee jeszcze w debiutanckim sezonie Pierce’a). Allen Iverson i Paul Pierce w jednej drużynie? Zważywszy na to, że A.I. nigdy nie doczekał się drugiej gwiazdy do pomocy, można fantazjować, że początek XXI wieku mógł mieć zupełnie inny przebieg…
Z drugiej strony, gdyby Sixers zgarnęli Pierce’a, Boston mógł wziąć Hughesa (który zresztą nie był złym zawodnikiem, zdobywał kiedyś po 22 punkty w meczu i trafił do pierwszej piątki All-Defensive w 2005), co dałoby nam w jednej drużynie gościa, który doczekał się strony internetowej o adresie larryhughespleasestoptakingsomanybadshots.com oraz gościa tłumaczącego, że rzuca tak często za trzy punkty, bo nie da się za cztery. Nie wiem, czy ten sport by to przetrwał…
Prawdą jest jednak, że w 1999 roku i tak uważałem, że w Drafcie 1998 wszyscy powinni wybrać Jasona Williamsa. No, ewentualnie Vince’a Cartera…