Fun Fact: Tak jak np. Karl Malone był uosobieniem pozycji power forward a jego kolega z Jazz, John Stockton – pozycji rozgrywającego, tak Bimbo Coles = rezerwowy rozgrywający. Pełnoprawnym pierwszopiątkowiczem jest tylko w drużynie zawodników NBA z kobiecymi przydomkami. A przydomek nadał mu kuzyn od tytuły piosenki country. O tej:
Jeszcze w jednej drużynie mógłby powalczyć o miejsce w pierwszym składzie – drużynie zawodników NBA, którzy zostali wybrani w drafcie do więcej niż jednej ligi zawodowej. W 1990 roku Sacramento Kings wzięli go z 40 pickiem naboru koszykarskiego, a California Angels w drafcie do MLB pozyskali do niego prawa dokonując wyboru z numerem… 1322. Bimbo chyba dobrze ocenił swoje szanse w obydwu ligach…
Fun Fact: Gdy przypominam sobie postać tego swingmana klasy średniej, zawsze nasuwają mi się dwa pytania: „Czy ma siostrę Yester?” oraz „Czemu rodzice Anthony’ego Morrowa zmarnowali okazję i nie nazwali go ‚Tomm’?”
Fun Fact: Okolice dawnego ronda Babka (obecnego Radosława) to chyba warszawskie zagłębie fanów San Antonio Spurs. Tak przynajmniej wynika z moich częstych ostatnio spotkań z osobami noszącymi koszulkę Ostróg, właśnie w tamtym rejonie. O ile młody chłopak w będącym inspiracją dla tej wrzuty trykocie Rodmana, zmierzający do centrum handlowego „Arkadia”, był mało refleksyjnym widokiem, to żul w jerseyu Tima Duncana pchający przed sobą wózek pełen złomu wzdłuż muru Cmentarza Powązkowskiego wymagał już przetrawienia. Panowie zdecydowanie powinni zamienić się na koszulki.
Fun Fact: Stephon Marbury wyprzedził swoją erę (erę atletycznych, ofensywnie nastawionych point guardów w typie dzisiejszych Irvingów, Wallów czy Lillardów) o kilkanaście lat. Trochę szkoda, że nie mógł się z nimi zmierzyć w swoim prime, ale są też plusy: gdyby Stephon Marbury debiutował dzisiaj, to wciąż bylibyśmy o 18 lat od premiery chińskiego musicalu na jego temat…
Fun Fact: Trzy lata temu ktoś ukradł Shawnowi Bradleyowi rower. Kradzież roweru przeznaczonego dla ludzi mających 230 centymetrów wzrostu musi być gdzieś w czołówce najbardziej idiotycznych decyzji wszech czasów. Nic więc dziwnego, że szybko go odnaleziono. Siodełko pewnie wystawało przez komin domu, w którym był skitrany.
Niestety Rexowi Chapmanowi nie udało się nim ostatecznie ukraść zwycięstwa Seattle Supersonics – ani w tym meczu, ani w całej serii. 17 lat później udało mu się jednak ukraść warty 14 tysięcy dolarów sprzęt ze sklepu Apple. Kolejny dowód na to, że życie pisze najgorsze scenariusze.
Fun Fact: Dziś 45 urodziny obchodzi Matt Geiger – koszykarz znany głównie z tego, że ogolił głowę w ramach gest solidarności z chorym bratem bliźniakiem, był niezłym centrem (zwłaszcza jak na kogoś, kto nie wyglądał na niezłego centra), hoduje watussi a jego wypasiona chata wystąpiła w filmie „Punisher” (tym z 2004 roku). Geiger jest też człowiekiem, któremu Filadelfia zawdzięcza wydłużenie ery Allena Iversona. Gdyby nie to, że Matt nie chciał w 2000 roku zrezygnować z zapisanej w kontrakcie podwyżki z okazji transferu, nie rozpadłby się mega deal, na mocy którego skłócony z Brownem Iverson miał przejść do Pistons (choć jak się miało okazać – co się odwlecze, to nie uciecze). Ponieważ przez Geigera nie udało się dograć szczegółów finansowych wymiany (miała być rozpisana na cztery drużyny i wyglądać tak: Iverson i Geiger przechodzą do Pistons; Glen Rice, Eddie Jones i Jerome Williams do Sixers; Toni Kukoc i Anthony Mason do Lakers a Jerry Stackhouse, Christian Laettner i Travis Knight do Hornets), A.I. został w Philly, pogodził się z Larrym Brownem i poprowadził 76ers do finału.
Fun Fact: Jeszcze w kwietniu na Facebooku Tomaszek domagał się aby z okazji włączenia do Hall Of Fame Mitcha Richmonda, poświęcił wpis tej legendzie gier komputerowych i planszowych. Ponieważ lepiej późno niż później, oto ten wpis. Proszę bardzo.
Przy jego okazji pogrzebałem trochę w statystykach Mitcha, żeby określić nieco bardziej precyzyjnie stopień prawdziwości obiegowej opinii o nim – że spośród wszystkich wielkich graczy lat 90., on był największym przegranym. Powszechnie wiadomo, że najlepsze lata kariery spędził w słabiutkich Kings i Wizards, smak playoffów zaznając jedynie w pierwszych sezonach z Warriors i na samym końcu kariery, gdy podczepił się pod mistrzowski skład Lakers. Wyliczyłem, że drużyny Richmonda wygrywały średnio 33 mecze w sezonie regularnym (przypominam, że wliczamy tu 58 zwycięstw Jeziorowców z sezonu 01/02). Nie mam takich danych (ani cierpliwości, żeby wyliczyć je samemu) dla innych Hall Of Famerów, ale podejrzewam, że trudno będzie znaleźć kogoś z gorszym dorobkiem. To czego jestem pewien to fakt, że spośród wszystkich graczy w historii NBA, którzy mogą się pochwalić średnią punktową w karierze nie mniejszą niż 20 punktów (Richmond rzucał po 21 punktów w każdym spotkaniu przez 14 lat), żaden nie rozegrał mniejszej liczby spotkań playoff niż „The Rock”. Mitch Richmond wystąpił w post season ledwie 23 razy (gdy Lakers szli po swój tytuł w 2002, Mitch pojawił się na boisku w playoffach tylko dwukrotnie).
Ale i tak rządził.
Wiadomo, że Richmond to średnio atrakcyjny bohater dla montaży z cyklu „TOP10”, bo głównie rzucał z wyskoku, ale szacun za ten wsad nad noszącym srebrną maskę Willem Perdue.
W ramach bonusu dla Tomaszka za długie czekanie na spełnienie prośby, dorzucam jeszcze tył karty…