Category Archives: Karty

Cliff Robinson (1966-2020)

Cliff Robinson

Sad Fact: Zeskanowałem tę kartę jeszcze w styczniu, planując zilustrować nią post dotyczący pewnego meczu sprzed 28 lat, w którym Clifford Robinson był najlepszym strzelcem swojej drużyny, ale niestety muszę ją wykorzystać w ramach bardzo skromnego hołdu dla Robinsona, który zmarł 29 sierpnia. 53-letni koszykarz od trzech lat zmagał się z różnymi chorobami – w 2017 przeszedł udar, w 2018 z jego szczęki usunięto niezłośliwy nowotwór, a rok temu zdiagnozowano u niego chłoniaka.

Cliff był jednym z najbardziej ikonicznych koszykarzy lat 90. nie tylko dzięki swojej opasce, ale też dzięki roli pioniera pozycji stretch four (no dobra, głównie dzięki opasce). Poza tym nawet dzieciakowi z dalekiej Polski wydawał się on sympatycznym gościem. W końcu niesympatyczni goście nie dostają ksywy „Wujek”. Uncle Cliffy miał też drugą ksywę – „Uncle Spliffy” – ale to tylko czyniło go jeszcze bardziej sympatycznym (Robinson wprost przyznawał, że w trakcie swojej kariery często palił marihuanę, która pomagała mu walczyć ze stresem i – jego zdaniem – pozwoliła spędzić na zawodowych parkietach aż 18 sezonów).

Dla mnie Cliff będzie zawsze tym nieco nieobliczalnym i lekko badylowatym zmiennikiem Jerome’a Kerseya i kluczową postacią tamtej ekscytującej ery w historii Portland Trail Blazers, ale pozostawał ważnym graczem także w trakcie czterech lat w Phoenix i dwóch sezonów w Detroit („Wujaszko” potem zaliczył 1.5-letnią przygodę z Warriors, którzy wysłali go do New Jersey, gdzie dokończył sezon i rozegrał jeszcze dwa – ostatnie – lata kariery).

Choć to nominalnie nie łapie się w przedziale czasu, na którym zafiksował się mój blogasek, to warto wspomnieć, że choć Robinson mógł w późniejszych latach kariery wyluzować i skupić się na rekreacyjnym ciskaniu trójek, to w 2000 i 2001 roku – gdy miał, odpowiednio, 33 i 34 lata – był wybierany do drugiej piątki najlepszych obrońców ligi. Te wyróżnienia to obok powołania do Meczu Gwiazd 1994 oraz tytułu Sixth Man Of The Year z 1993 roku, są najważniejszymi wpisami w CV Cliffa, który w 2020 roku utrzymuje się na piątym miejscu listy najlepszych strzelców w historii Blazers, zajmując też drugie miejsce w klasyfikacji bloków oraz siódme wśród Portlandczyków najczęściej trafiających za trzy.

To był świetny koszykarz, pamiętna postać i w porządku gość, który miałby na pewno jeszcze wiele pomysłów na to, jak fajnie spędzić te kilkadziesiąt lat, które zostały mu zabrane…

Fun Fact: Uncle Cliffy nie zawsze był stretch four. Właściwie stał się nim praktycznie z sezonu na sezon. Konkretnie z sezonu 1993/94 na sezon 1994/95. Jego średnia oddawanych trójek w każdym meczu wzrosła wówczas z 0.6 do 5.1 (przy zbliżonej ilości minut), a odsetek trafień podskoczył z 24.5% do 37.1%. Tym samym Robinson stał się największym beneficjentem skróconej linii trzypunktowej, która debiutowała jesienią 1994. Poprawa o 4.5 trójki na mecz jest największą wówczas zanotowaną. Inni prominentni dystansowi oportuniści to Scott Burrell (+3.5, ale on akurat dostał dwa razy więcej minut), Isaiah Rider (+3.4), Todd Day (+3.2), Calbert Cheaney (+3.2) i inny pionier „stretchingu” Terry Mills (+3.1).

Otagowane

Glen Rice & Terry Mills

Glen Rice i Terry Mills

Fun Fact: Gdy Glen Rice bił all-starowe rekordy punktów w kwarcie (20) i punktów w połowie (24), zgarniając w nagrodę tytuł MVP Meczu Gwiazd 1997, miał na nogach buty marki Warner Bros, które w tamtym czasie nosił jeszcze tylko jeden zawodowy koszykarz – Bryant Reeves (i miało już tak zostać na zawsze). Superstrzelec najwyraźniej uważał, że to tłok (cóż, Big Country zajmował sporo przestrzeni), bo tuż po pamiętnym występie w All-Star Game podpisał nowy kontrakt obuwniczy, tym razem z marką, która nie współpracowała z żadnym innym graczem NBA (i też tak miało pozostać). Ponownie była to marka zupełnie nie kojarzona z obuwiem sportowym.

Nautica to – według amerykańskich stereotypów – producent odzieży dla twojego starego (o ile twój stary ma własny jacht) lub dla gogusiów z prywatnych szkół. Trudno powiedzieć czy po grze w butach Marsjanina Marwina był to dla Rice’a awans, czy degradacja.

Na pewno był to jednak kolejny wspólny mianownik z kumplem z czasów studenckich, Terrym Millsem, któremu z kolei zdarzało się wybiegać na parkiet w obuwiu innej mało znanej marki – Aearial Assault. Przyznam, że zupełnie nic o niej nie wiem, ale nazwa brzmi, jakby ktoś chciał się podczepić pod popularność Nike Air Force (w którym to zresztą modelu Mills pojawiał się często w pierwszej połowie kariery, więc może sam się pomylił). Internet zdaje się milczeć o AA, ale związek marki z Terrym jest udokumentowany:

Oczywiście jako koleś, który w latach dziewięćdziesiątych nosił Roobinsy (jedne z wielu „prawie Reeboków”), jestem ostatnim, który powinien nabijać się z nieprestiżowych modeli obuwia (ani z noszących ich koszykarzy – w końcu mój ulubiony gracz biegał w czymś takim). No i przynajmniej ani Warner Bros, ani Nautica, ani Aerial Assault nie kazali żadnemu sportowcowi zakładać na nogi żelazka (jak Adidas), worka jutowego (jak Air Jordan) czy też pasieki (jak Reebok).

Otagowane ,

Bryant Reeves

Bryant Reeves

Fun Fact: Jedni grają w filmach wytwórni Warner Bros, a inni grają w… butach Warner Bros. Ilustracją do takiego właśnie zdania jest twarz Bryanta Reevesa w jego zawsze aktualnej/nigdy nie na miejscu stylówce oraz same buty, które ESPN nazwało kiedyś „największą i najbardziej białą wersją butów sportowych, jakie można znaleźć w drucianym koszu na tyłach lokalnego dyskontu, tych, których zakup rozważasz, gdy potrzebujesz czegoś, czego nie szkoda pobrudzić podczas pracy w ogrodzie”.

Warner postanowił spróbować swoich sił na rynku obuwia sportowego na fali „Kosmicznego meczu” i jednym z koszykarzy, którym zaproponował swoją własną linię obuwia był właśnie Big Country (dodajmy, że oprócz niego na tę propozycję przystał jeszcze tylko jeden gracz – Glen Rice). Cóż – Grizzlies mieli bardzo kreskówkowe logo, a Bryant był trochę jak skrzyżowanie Prosiaka Porky’ego z Gossamerem więc może to wcale nie był aż tak dziwny mariaż…

A tak w ogóle, to obejrzyjcie sobie „Finding Big Country”.

Akcja nie jest może zbyt wartka i Michael Jordan nie ma zawsze ostatniego słowa, ale to chyba najsłodszy koszykarski dokument jaki powstał. No i „warnery” Bryanta grają jedną z ról!

Otagowane ,

Mike Iuzzolino

Mike Iuzzolino

Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 35. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Mike Iuzzolino to trochę taki Chris Corchiani.

Otagowane ,

Chris Corchiani

Chris Corchiani

Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 36. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Chris Corchiani to trochę taki Mike Iuzzolino.

Otagowane ,

Bryon Russell

Bryon Russell

Fun Fact: Przy okazji posta o Michealu Williamsie, mianowałem go playmakerem pierwszej piątki All-Literówka Team zbierającej zawodników z popularnymi imionami ale niepopularną pisownią. Wydawało mi się, że już kiedyś prezentowałem gdzieś jej skład, ale nie mogę znaleźć gdzie, więc zbierzmy ją do kupy jeszcze raz:

PG – Micheal „Nie Michael” Williams

SG – Dwyane „Nie Dwayne” Wade

SF – Bryon „Nie Byron” Russell

PF – Antawn „Nie Antwan, ani Antoine” Jamison

C – Ervin „Nie Earvin/Nie Magic” Johnson

Najbardziej pokrzywdzony jest tu Bryon Russell, bo jeśli to jego imię przekręcimy zgodnie z bardziej naturalną pisownią, otrzymamy zupełnie inne imię. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy, którzy robili to przed 1997 rokiem, są trochę usprawiedliwieni.

Dziś pamiętamy Russella jako dobrego strzelca z dystansu, atletycznego penetratora i „plaster” na Michaela Jordana, ale kariera Bryona przez pierwsze trzy lata wcale się dobrze nie zapowiadała. W sezonie poprzedzającym rozgrywki, w których był podstawowym skrzydłowym Jazz i pomógł zajść im aż do finału, grzał ławę, rzucając po 2.9 punktu w każdym spotkaniu przy skuteczności 39.4%. Choć jako rookie pojawiał się regularnie w pierwszej piątce (przy czym jego czas gry z reguły nie przekraczał 17 minut), to jego rola od 1993 roku systematycznie malała. Doszło do tego, że Jazz poważnie rozważali jego zwolnienie, ale plan zmienił się ze względu na kontuzję Grega Ostertaga. W tamtym okresie dorabiał sobie do pensji sprzedając w klubowym sklepiku t-shirty z własną uśmiechniętą buźką i napisem „DON’T CALL ME BYRON”…

Jerry Sloan zaufał mu dopiero w trakcie playoffów 1996, w których jego czas gry podskoczył od 9.8 minut na mecz w sezonie zasadniczym do 25.5, a Russell odwdzięczył się m.in. 24 punktami i 10 zbiórkami w trzecim meczu finałów konferencji przeciwko Sonics. Utah wygrało wówczas „spotkanie kontaktowe” przed własną publicznością a skrzydłowy Jazzmanów mógł się czuć wyjątkowo… I wtedy do szatni wparowali dziennikarze, nazwali go „Byron” już w pierwszym pytaniu, a B-R-Y-O-N zabrał pytającemu dyktafon i zaczął literować do mikrofonu swoje imię.

W rozgrywkach 1996/97 Bryon przebił się na dobre do pierwszej piątki, przy okazji ustanawiając rekord klubu pod względem liczby celnych trójek (108). Trafiał je ze skutecznością 40.9%, która chyba najwięcej mówiła o pracy, jaką wykonał na treningach od momentu przyjścia do NBA – w sezonie debiutanckim, jego celność z dystansu wynosiła… 9.1%. Większość osób jednak uświadomiła sobie istnienie Russella dopiero w finałach 1997. Gdy seria przeniosła się do Salt Lake City i dostał zadanie krycia Jego Powietrzności, a skuteczność Mike’a nagle zauważalnie spadła, wszyscy zaczęli wieścić pojawienie się nowego „Jordan Stoppera”. MJ nie był zachwycony. „On jest Bryon, czy Byron?” – pytał dziennikarzy. „On jest Michael czy Michelle?” – ripostował „nie-Byron”.

Co ciekawe, żona Bryona też ma literówkę w imieniu (Kimberli), którą to państwo Russellowie przekazali córkom Kajun i Britnee. Tylko brat bliźniak Britnee – Brandon – ma imię zapisane zgodnie z ogólnie przyjętą normą. No, chyba, że to efekt literówki…

A co dziś słychać u Russella?

Cóż… Nadal mówi się o nim głównie w kontekście krycia Jordana – konkretnie w jego „ostatniej” akcji – i nadal przekręca się jego imię.

Widowiskowym combo tych dwóch trendów była sytuacja z Twittera, kiedy w jednym z wielu memów powstałych na fali „The Last Dance” ktoś przez pomyłkę nazwał go „Byronem Scottem„. Obruszył się na to sam B-Y-R-O-N Scott, ćwierkając w odpowiedzi na mema: „Po pierwsze to Byron Russell…”. Oczywiście na odpowiedź „Po drugie, Bryon”, nie trzeba było długo czekać…

Otagowane

Vlade Divac

Vlade Divac

Fun Fact: Po nieco zbyt długiej przerwie kontynuujemy wątek pierwszej fali europejskich gwiazd zasilających szeregi ligi NBA (oraz wątek palaczy). Po Żarko Paspalju, czas na drugą najbarwniejszą postać tamtego wesołego kontyngentu – Vlade Divaca.

Vlade przychodził do NBA jako „Michael Jordan Jugosławii” (jego słowa, a konkretnie „jestem jak Michael Jordan i Big Ben”). Był gwiazdą tak wielką, że jego ślub był transmitowany w jugosłowiańskiej telewizji. Nic dziwnego, że bardzo szybko odnalazł się w pełnej blichtru rzeczywistości Los Angeles. I choć jego ulubionym zajęciem podczas pierwszego roku w USA było granie po sześć godzin dziennie w Super Mario Bros., to jego świeżo upieczona żona ciągnęła go w stronę Hollywood.

Snezana Divac, której Vlade oświadczył się, bo nie chciał lecieć samemu do USA, była początkującą aktorką. Latem 1990 roku obydwoje załapali się na plan filmu „Odlotowy Trabant” o niemieckim wynalazcy, który stworzył trabanta napędzanego sokiem z rzepy (¯\_(ツ)_/¯). Śnieżka i Władek grają tam dealerów Yugo (postać Divaca nazywa się „Yugo Boss”) i mają bardzo mało czasu antenowego (właściwie to nawet nie wiem czy Snezana ma jakikolwiek, ale oglądałem na fastforwardzie). Kariera filmowa żony Divaca ostatecznie nie była zbyt udana i według IMDb składa się na nią 6 roli, raczej epizodycznych w stylu „dziewczyna na przyjęciu” lub „prostytutka numer 3”. Ale załapała się do filmu „Eddie”, więc szacun. Vlade też pojawia się w „Eddie” i w ogóle to ma bardziej okazałe ekranowe CV niż żona. Grał m.in. siebie samego, podrywanego przez Kelly Bundy, w tym samym odcinku „Świata według Bundych”, w którym pojawili się Xavier McDaniel i Clyde Drexler. Oczywiście żadna z jego ról nie przebiła tej z reklamy maszynek do golenia z A.C. Greenem.

Kończąc wątek gwiazdorstwa Vlade pozwolę sobie nadmienić, że jest on zdecydowanie w czołówce koszykarzy z najlepszymi piosenkami na swoją cześć:

A co do zajawionego na wstępie wątku szlugów, to Vlade twierdzi, że palił ich po 10 dziennie i rzucił je na samym początku kariery w USA. Spotkałem się z anegdotą, że łatkę hardkorowego palacza załatwił mu Jerry West, który obiecał mu pracę w posiadających 26. pick Lakersach jeśli obniży swoje draftowe notowania pokazując się wszędzie z fajkiem. Ta historia jest absolutnie niewiarygodna, ale przynajmniej nikt w niej nie jeździ Trabantem napędzanym sokiem z rzepy.

Otagowane

Żarko Paspalj

Zarko Paspalj

Fun Fact: Żarko Paspalj to mniej znany reprezentant tej pierwszej, ekscytującej fali europejskich koszykarzy, która ruszyła na podbój NBA. On, Vlade Divac, Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Ołeksandr Wołkow pobudzali wyobraźnię amerykańskich fanów na starcie sezonu 1989/90, a prasa uwielbiała kronikować ich nierzadko anegdotyczną aklimatyzację w JU-ES-EJ!

Gwiazda Partizanu Belgrad miała najmniej udaną przygodę z NBA z całej tej piątki (28 meczów w koszulce Spurs, 72 punkty, 30 zbiórek, prawie 2/3 spudłowanych rzutów), ale była autorem chyba najbardziej kultowego cytatu. Zapytany przez San Antonio Light o opinię na temat Ameryki, Jugosłowianin powiedział:

Kocham Pizza Hut. Supreme Pizza. Jest wspaniała. Jem ją pięć razy w tygodniu. Chcę otworzyć Pizza Hut w Jugosławii. Chcę zobaczyć Eddie’ego Murphy’ego i Whitney Houston, i Jacka Nicholsona. Chcę kupić Mitsubishi. Kocham papierosy Marlboro.

Te papierosy to w ogóle był motyw przewodni, bo Żarko nie popalał jak Vlade Divac – on kopcił jak smok, średnio trzy paczki dziennie. Spurs wysłali go nawet do słynnego na całe Stany hipnotyzera z Bostonu.

Parę godzin później, gdy Ostrogi wsiadały do busa wiozącego ich na mecz Celtics, Paspalj podszedł do trenera Larry’ego Browna i wyszczerzył się pokazując wypchane czymś usta: „Patrz trenerze, czekoladki.”

– relacjonował efekty sesji hipnotycznej Los Angeles Times. Oczywiście Żarko już wkrótce wrócił do ulubionego, obok pizzy („Pizza nie dla wszystkich. Dla mnie wspaniała.”), nałogu.

Nie tylko hipnoza nie zniechęciła go do palenia – z papierosów nie zrezygnował nawet po dwóch zawałach. W grudniu 2017 roku doznał udaru. Odwiedzał wówczas San Antonio i po wyjściu ze szpitala zamieszkał w domu Gregga Popovicha. U Popa – ówczesnego asystenta Larry’ego Browna – mieszkał także w czasie swojej krótkiej przygody ze Spurs.

Nie wiem, czy Żarko w końcu rzucił palenie, ale ostatnio widziałem go w telewizji i trzyma się całkiem OK.

Zdrówka.

Otagowane

Tim Hardaway

Tim Hardaway

Fun Fact: Po sześciu meczach sezonu 1988/89 Larry Bird był zmuszony poddać się operacji usunięcia ostróg kostnych z obydwu pięt i opuścił resztę rozgrywek, przez co Celtowie wygrali tylko 42 spotkania i ledwo-ledwo wślizgnęli się do playoffów (odpadając po trzech meczach z Detroit Pistons). Nagrodą za trudny sezon był trzynasty pick w drafcie, który miał wzmocnić pulę młodych talentów zbierających doświadczenie w cieniu Wielkiej Trójki. Choć wszyscy byli zgodni, że Birda, Kevina McHale’a i Roberta Parisha nie da się zastąpić, oraz że strata Lena Biasa jest niepowetowana, to kapitał w postaci Reggie’ego Lewisa i Briana Shawa uważany był za bardzo dobry początek budowania drużyny na kolejną dekadę. Po drafcie 1989 widoki Celtów na lata dziewięćdziesiąte mogły być jeszcze lepsze, ale wszystko zepsuł… Red Auerbach.

To właśnie architekt legendy Celtics uparł się, żeby ze wspomnianym trzynastym pickiem wybrać Michaela Smitha – podstarzałego już skrzydłowego (miał za sobą cztery lata na mormońskiej uczelni Brigham Young oraz dwa lata spędzone na łażeniu po górskich wioskach Argentyny i szukaniu chętnych na chwilę rozmowy o naszym panu i zbawcy), który jednak zdobywał na uczelni dużo punktów i jak się zmrużyło oczy, wyglądał trochę jak Larry Bird.

Inne zdanie miał właściciel bostońskiego zespołu, Alan Cohen. On uważał, że z trzynastką należy wybrać Tima Hardawaya, ale uległ Redowi. Śliniący się Golden State Warriors szybciutko zgarnęli Tima z czternastym pickiem (a wiecie kto poszedł cztery miejsca po Smithcie? Shawn Kemp).

Michael Smith szybko wyrobił sobie opinię lenia i buca, a do tego na tle koszykarzy NBA wyglądał na drewniaka. Jego kariera w Celtics trwała dwa, spędzone na ławce, lata. Karierę Tima Hardawaya z grubsza pewnie pamiętacie… Dość powiedzieć, że w ostatnim sezonie Bostonu w roli realnego faworyta do mistrzostwa – rozgrywkach 1990/91, które Bird i spółka zaczęli od wygrania 29 z 34 meczów – Hardaway po drugiej stronie kontynentu wykręcał 23 punkty i 10 asyst, a jego talent i potencjał byłyby bezcenne dla podstarzałych gwiazd, których ciała ostatecznie nie dźwignęły obciążenia. Warto dodać, że nowy trener, Chris Ford, forsował wówczas szybką, ofensywną koszykówkę, w której Tim Bug czułby się jak ryba w wodzie. Gdy Celtowie toczyli ostatecznie przegrany bój z Detroit Pistons w drugiej rundzie playoffów 1991, Warriors pojedynkowali się z Lakers, a niedoszły gracz Celtics robił tak:

W tamtej przegranej 1-4 serii, Hardaway miał średnie 26.8 PPG, 12.8 APG i 3.8 SPG (a nawet dorzucał po jednym bloku na mecz). Zaczął od 33 punktów w meczu numer 1, a skończył z 27 punktami i 20 asystami w piątym spotkaniu.

Red Auerbach przyznał się do błędu już po 1.5 miesiąca sezonu Smitha w Bostonie. Nie bacząc na poczucie wartości swojego debiutanta (który zdążył go już wyprowadzić z równowagi, gdy na obóz treningowy stawił się zupełnie bez formy), Auerbach powiedział wprost, że powinni byli wybrać Vlade Divaca („ale nie wiedzieliśmy, że potrafi tak dobrze grać”). Gdy nieco ponad rok później Tim Hardaway rzucał 37 punktów w Boston Garden, Red zapewne byłby gotów przyznać, że to jednak on był właściwym wyborem.

Otagowane

Vinnie Johnson

Vinnie Johnson

Fun Fact: Vinnie Johnson jest autorem jednego z zapomnianych finałowych game winnerów.

Tak na marginesie – bo akurat ostatnio oglądałem to spotkanie – warto wspomnieć, że Microwave nie musiałby się rozgrzewać w końcówce, gdyby Blazers w całym spotkaniu nie spudłowali nieprzyzwoitej ilości layupów i rzutów wolnych (choć Pistons na linii byli jeszcze gorsi).

Już wcale nie na marginesie chciałem też zauważyć, że choć wynik serii był dość jednostronny, emocji nie brakowało. Drugi mecz, wygrany przez Blazers 106:105, zakończył się dwoma zwycięskimi rzutami wolnymi Clyde’a Drexlera w dogrywce (wcześniej trójkę trafił Bill Laimbeer, a później Clifford Robinson zablokował Jamesa Edwardsa). W czwartym starciu Danny Young trafił wyrównującą trójkę równo z końcową syreną, ale sędziowie orzekli, że oddał rzut za późno…

No i w końcu, w piątym pojedynku, Vinny pognębił Blazers na 0.7 sekundy przed końcem.

Lata 90. były bardzo urodzajne jeśli chodzi o rzuty dające zwycięstwo w ostatnich sekundach spotkań finałowych. Jestem prawie pewien, że już kiedyś je zbierałem w jednym miejscu, ale nie mogę tego nigdzie znaleźć więc spisuję poniżej:

1990, mecz #2, 2.1 do końca: dwa rzuty wolne Clyde’a Drexlera

1990, mecz #5, 0.7 do końca: rzut Vinnie’ego Johnsona

1993, mecz #6, 3.9 do końca: trójka Johna Paxsona

1995, mecz #1, 0.3 do końca: dobitka Hakeema Olajuwona

1997, mecz #1: buzzer beater Michaela Jordana

1997, mecz #6, 5.0 do końca: rzut Steve’a Kerra (co prawda Toni Kukoc zdobył potem jeszcze dwa punkty, ale umówmy się, że to była bardziej cieszynka niż pełnoprawne koszykarskie zagranie – rzut Kerra był game-winnerem i basta)

1998, mecz #6, 5.2 do końca: ostatni rzut Michaela Jordana

1999, mecz #7, 47.0 do końca: rzut Avery’ego Johnsona

Sporo, przeważnie bolesnych, wspomnień…

A wracając do Vinniego. Choć jest jednym z ikonicznych graczy rezerwowych, nigdy nie został wyróżniony nagrodą Sixth Man Of The Year. Po swoim game-winnerze doczekał się nowej boiskowej ksywki „007”, ale cieszył się nią tylko dwa lata, kończąc karierę w 1992 roku (po ostatnim sezonie w koszulce Spurs). Microwave zarobił w NBA 5 milionów dolarów, ale na emeryturze rozkręcił biznes motoryzacyjny, który dziś warty jest około… 400 milionów.

Otagowane