Fun Fact: Jak czytamy na odwrocie tej karty, Scottie Pippen sekretnie marzył o byciu hodowcą psów. Znacznie mniej sekretnie marzył jednak w trakcie sezonu 94/95 o transferze…
Wyobraźcie sobie taką sytuację dzisiaj? Mega-gwiazda, w trakcie ogólnokrajowej transmisji z meczu, na luzie mówi – siedząc na cholernej ławce rezerwowych! – że w zasadzie nie wyobraża sobie dalszej gry dla swojej drużyny. To jest dopiero żądanie transferu a nie jakaś tam zakulisowa Kyrie-drama.
Ten trade do Suns, który Craig Sager sageruje sugeruje na wstępie, był tylko luźną plotką, ale mówiło się wówczas, że Bulls mieli otrzymać w zamian Dana Majerle, Wesleya Persona i picki. Mam tę wymianę na siódmym miejscu w TOP 10 ulubionych plotek transferowych dotyczących Pipa.
Oczywiście znamy wszyscy dalszy ciąg tego filmiku – miesiąc później do NBA wrócił Jordan, Pippen się zamknął, Jerry’emu Krause kazano się uspokoić (choć długo nie wytrzymał i już latem 1997 znów próbował opchnąć Scottie’ego) a Bulls zdobyli jeszcze trzy tytuły mistrzowskie.
Pippen nie doczekał się upragnionej podwyżki od Byków. Dostał ją dopiero w 1998 roku od Rockets.
Fun Fact: Znani gracze, którzy w latach 90 grali dla Golden State i zupełnie niczego nie osiągali (bo byli za starzy, za młodzi albo wpadali tylko przelotem):
Gracz, którego nazwisko jest szyldem dla tego wpisu, Kevin Willis, trafił do Oakland w czasie trade deadline 1996, w ramach wymiany Warriors z Heat. Razem z nim do Kalifornii powędrował Bimbo Coles, a w przeciwnym kierunku wysłano Tima Hardawaya i Chrisa Gatlinga. Willis dograł sezon 95/95 do końca, notując 11.3 PPG oraz 7.8 RPG w 28 meczach, po czym został zwolniony i mógł zająć się znacznie ciekawszymi rzeczami niż gra w Warriors w latach 90. Mózg rozwala fakt, że grając dla Dubs, Willis miał już 33 lata, a karierę zakończył dopiero w 2007 roku…
Fun Fact: Pewnie znacie tę historię o Bolu zabijającym włócznią lwa – temat „Manute Bol i długie, proste rzeczy”, jest jednak znacznie bardziej pojemny. Natrafiłem ostatnio na występ Jaysona Williamsa w podcaście Vice Sports sprzed roku i jest on pełen inspiracji na kolejne wpisy na tym blogu, ale zwala na kolana segmentem właśnie o sudańskim patyczaku. Okazuje się bowiem, że Matka Natura poszła na całość w wydłużaniu elementów jego ciała…
Nie mam dla Was precyzyjnego cytatu bo rozmowa miała bardzo luźny charakter, ale Williams twierdzi, że Manute Bol miał przyrodzenie długości dziecięcego kija do baseballa. Skąd wie? Bo Manute większość czasu w szatni spędzał nago. Kiedyś jego „two feet johnson” (eufemizm używany przez Jaysona) tak zahipnotyzował jednego z dziennikarzy, że Bol wyrwał mu mikrofon i uderzył go w głowę krzycząc, żeby przestał się gapić na jego krocze.
Ale to nie koniec anegdot od Williamsa, które oczywiście – jak każde anegdoty – trzeba traktować z przymrużeniem oka, choć nie ma czegoś takiego jak anegdota o Manucie Bolu, w którą nie uwierzę.
Jayson – który był kolegą klubowym Bola w Sixers w latach 1990-1992 – twierdzi, że trenerzy tak bardzo chcieli, żeby Manute przybrał na wadze, że pozwalali mu pić piwo nad przed meczami.
Przechadzał się więc nago po szatni, popijając Heinekeny.
– mówi Williams, dodając, że według niego Bol ani jednego meczu nie rozegrał na trzeźwo.
Wisienką na tym torcie jest opowieść o rzekomym prawdziwym wieku Sudańczyka, który, gdy dołączył do Sixers, miał oficjalnie 28 lat:
Zwykł twierdzić, że ma 35 lat […], ale pewnego razu, zapytałem go o znaczenie blizn na jego głowie, na co on odpowiedział: „cóż, biały człowiek zgubił w dżungli mój akt urodzenia, więc co pięć lat biorę kamień i rozcinam sobie nim głowę”. Mówię więc, „aha, w porządku”, po czym zaczynam liczyć te jego blizny i, o cholera, wychodzi mi, że Manute Bol ma 55 lat.
60 centymetrowe przyrodzenie (nie ma mowy, żeby zmieściło się w spodenkach z lat 80, w których Bol zaczynał karierę), żłopanie na okrągło piwa i udawanie dwa razy młodszej osoby – czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Manute Bol zasługuje na pieśni na swoją cześć?
PS: A tak serio, to nie zapominajmy, że Manute nie był pijakiem i oszustem, tylko po pierwsze i przede wszystkim człowiekiem o sercu znacznie większym od penisa, który praktycznie wszystko co zarobił, przekazywał na cele charytatywne w rodzinnym kraju.
Fun Fact: Co zrobili Clippers, kiedy ich jesienią 1996 roku center Stanley Roberts roztył się tak niemożebnie, że musieli zawiesić go na czas nieokreślony za niesubordynację? Ściągnęli innego gościa, który był trochę mniej spasiony niż Roberts tylko dlatego, że dopiero co wypuszczono go z obozu dla osób walczących z otyłością. Dlatego właśnie tak bardzo tęsknię za starymi Clippers.
Duckworth w szczytowych momentach nie dbania o linię ważył około 160 kilogramów, ale w odróżnieniu od takich żarłoków jak Roberts, miał też szczytowe momenty koszykarskie.
Dwa razy – w 1989 i 1991 – wystąpił w Meczu Gwiazd, otrzymał nagrodę Most Improved Player w 1988 roku, a w najlepszych latach dawał Portland Trail Blazers 18 punktów i 9 zbiórek, dwukrotnie awansując z nimi do Finałów NBA.
Do tego wszystkiego stosował jedną z najdziwniejszych technik przy rzucie z wyskoku: w końcowej fazie pchał piłkę jedną ręką (co pozostało kultową zagrywką do dziś dzięki odwzorowaniu stylu Duckwortha w grach wideo – na YouTube filmików z serii „Kevin Duckworth jumpshot challenge” jest chyba więcej niż faktycznych highlightów centra Blazers).
Fun Fact: Wielokrotnie na tym blogu wspominałem moje pierwsze doświadczenia z NBA (właściwie to po to go założyłem), więc co bardziej wnikliwi Czytelnicy mogą pamiętać, że moje fanbojstwo rozdziewiczyli w pierwszej rundzie Playoffów 1992 New York Knicks, a w szczególności podania za plecami Marka Jacksona i ogólna badasseria Xaviera „Iksmeeeeeeennn!” McDaniela. To także Knicks rozdziewiczyli mnie jeśli chodzi o pierwsze rozczarowanie związane z NBA, a było nim pozbycie się w ciągu jednego offseason właśnie moich dwóch ulubionych zawodników.
Dopiero niedawno dowiedziałem się, że winni są temu Washington Bullets i Harvey Grant (choć tak naprawdę oczywiście winni są przede wszystkim sami Knicks).
Otóż latem 1993 McDanielowi – po ledwie jednym sezonie w Wielkim Jabłku – wygasał kontrakt. Nowy Jork różnymi sposobami wygospodarował sporą ilość wolnych funduszy na wolnych agentów i szukał wzmocnienia właśnie na skrzydle. Oferta przedłużenia kontraktu X-Mana niby była w planach, ale Knicks chcieli najpierw wykorzystać cap space na nowego gracza, a dopiero później usiąść do rozmów z Xavierem, dla którego mogli przekroczyć salary cap.
Niestety poszukiwania small forwarda przerodziły się w mały skandal. Knicks napalili się na Harveya Granta, który po dwóch średnich sezonach na początku kariery, nagle zmienił się w gościa rzucającego po 18 punktów w meczu i zaczął narzekać na ciągłe przegrywanie w Waszyngtonie. Był zastrzeżonym wolnym agentem, ale obawiający się o brak funduszy na kontrakt dla właśnie wybranego w drafcie Toma Gugliotty, Bullets wprost powiedzieli, że mogą nie wyrównać szczególnie wysokiej oferty.
Gdy Knicks taką właśnie ofertę złożyli – 17 milionów dolarów za 6 lat gry – Pociski się wściekły i oskarżyły – także oficjalnie, w biurze ligi – Nowojorczyków o nielegalną manipulację i opracowanie kontraktu wspólnie z Grantem w taki sposób, żeby był jak najbardziej niekorzystny dla stołecznej ekipy. Szczególnie w Waszyngtonie nie podobała się opcja zawodnika już po drugim sezonie, która zdawała się mówić „jeśli wyrównacie, to Grant i tak odejdzie po roku za darmo” (zresztą Grant to potem potwierdził, więc można sobie było darować te subtelności). Choć Knicks zostali oczyszczeni z zarzutów, Bullets po złości wyrównali ofertę.
Temu wszystkiemu przyglądał się ze zniecierpliwieniem Xavier McDaniel, ostatecznie stwierdzając, że nie ma ochoty czekać aż jego drużyna łaskawie zaproponuje mu zasłużone przedłużenie i przyjmując ofertę od Boston Celtics.
Jako że Knicks zostali w tej sytuacji bez niskiego skrzydłowego, zaaranżowali z Los Angeles Clippers wymianę, na mocy której pozyskali Charlesa „Mogłeś po prostu wsadzić z góry tę je***ą piłkę” Smitha i Doca „Gorbaczowa” Riversa (i Bo „Bo Kimble!” Kimble’a!), wysyłając w przeciwną stronę Marka Jacksona i jego słodkie-słodkie podania.
Dobitkę X-Mana z 2 minuty i 54 sekundy poniższego wideo (razem z „liściem” wymierzonym w podstawę konstrukcji tablicy) pamiętam z retransmisji Playoffów 1992 w TVP2 i to zawsze pierwszy obraz, który staje mi przed oczami, gdy myślę o McDanielu, oraz jeden z pierwszych, gdy próbuję sobie przypomnieć dlaczego właściwie kibicuję Knicks.
Fun Fact: Gdy wspominamy Dennisa Scotta zachwycamy się jego potencją w rzutach z dystansu, jego wesołym usposobieniem i często dodajemy, że był najlepszym kumplem Shaquille’a O’Neala. Zdecydowanie za rzadko wypominamy mu jednak jego niesamowicie niepokojące/śmieszne załamanie nerwowe na oczach dzieciaczków, których rodzice zapłacili po 200 dolarów za udział w campie koszykarskim.
Będący w trakcie kłótni o pieniądze z Orlando Magic i wkurzony złą prasą oraz oskarżeniami o problemy z narkotykami Scott krzyczał, gestykulował, puszczał pełen bluzgów hip hop z wielkich głośników zamontowanych w swoim vanie, zabronił nazywać się 3-D i rzucił w twarz wystraszonym małym miłośnikom koszykówki słowa: nie pytajcie mnie o autografy, pytajcie o gniew, który jest we mnie.
Innymi słowy: zrobił wszystko, żeby jeszcze bardziej zrazić do siebie klub oraz prasę i utrudnić sobie zdementowanie plotek o nadużywaniu narkotyków.
Wideo zobaczycie pod tym linkiem (bo nie potrafię zaembedować klipu ze Streamable).
Skończyło się transferem do Mavericks za 36-letniego Dereka Harpera i niesławnego Eda O’Bannona, po którym jego kariera właściwie się skończyła – przez trzy kolejne sezony grał dla pięciu drużyn i jako 31-latek nie miał już chętnych na swoje usługi. Nie pomogło nawet bycie najlepszym kumplem Shaqa – Lakers, którzy zaprosili go na obóz treningowy zwolnili go jeszcze przed sezonem. Widocznie gniew, który w nim był, wyparł większość jego przydatnych umiejętności koszykarskich…
Fun Fact: Skan karty Douga Overtona zalegał na moim dysku już od dłuższego czasu, ale ciągle brakowało mi pretekstu, żeby wrzucić ją na bloga. Tak to już jest z goścmi, od których odrysować można definicję przeciętności. Jego druga kariera jako szkoleniowca także nie była wystarczająco podniecająca. Na szczęście dzisiaj natknąłem się na ten nagłówek sprzed kilkunastu dni:
Doug Overton zaprzecza oskarżeniom o nieprzyzwoity spacer w miejscu publicznym, twierdząc że spodnie, owszem, zsunął z tyłka, ale tylko po to, żeby zaspokoić potrzebę fizjologiczną w trakcie wyprowadzania swojego psa. #trudnesprawy
Jeśli chodzi o karierę zawodniczą Overtona, długą, ale spędzoną głównie w roli drugiego lub trzeciego rozgrywającego, to najjaśniejszymi jej momentami jest udział we wszystkich kultowych PR’owych akcjach Washington Bullets, które z ogromną chęcią po raz kolejny przypominam na MMJK!
Doug w liceum grał w jednej drużynie z Hankiem Gathersem i Bo Kimble’em co pewnie w największym stopniu unieśmiertelnia go jako koszykarza.
Fun Fact: Derrick był często chwalony za bycie plastrem – nie tylko na graczy przeciwnika, ale także na wszelkie możliwe rysy jakie mogą pojawiać się w drużynie na parkiecie i poza nim (podobno Sonics rozsypali się w playoffach 1994, bo gdy zabrakło regularnych domówek u Derricka, zabrakło czynnika jednoczącego indywidualności w składzie Seattle) oraz za umiejętność krycia właściwie wszystkich pięciu pozycji. Jednocześnie był równie często krytykowany za to, że przy sporej ilości talentu i warunkach fizycznych, które zarówno wtedy, jak i dziś predysponowałyby go do roli gwiazdy, był pasywny w ataku i często znikał, gdy piłka wkraczała na połowę przeciwnika.
W Seattle, McKey tworzył tercet o nazwie Big Mac z Nate’em McMillanem i Xavierem McDanielem, a potem Larry Brown uznał go za gracza wystarczająco cennego, żeby oddać za niego niezadowolonego z zarobków All-Stara Detlefa Schrempfa. Trudno powiedzieć, że Pacers osiągnęliby w latach 90 mniej z Detlefem zamiast Derricka, ale na pewno McKey wpisał się świetnie w tamtą drużynę. Najfajniejszy moment pierwszego sezonu po zamianie miejsc to TOP 10, w którym obok siebie znalazły się dwa no-look passy w wykonaniu Niemca i byłego gracza Alabamy (miejsca 6 i 5):
Rzadko jednak mówi się o czym innym: że bardzo możliwe, iż to z jego „winy”, Sonics zrobili ten nieszczęsny trade, oddając w dniu draftu Scottie’ego Pippena za Oldena Polynice’a. Pip trafił do Seattle z piątym pickiem w 1985, a McKey z dziewiątym, mimo że podobno przymierzano go nawet do drugiego miejsca. Sonics nie dali Derrickowi spaść niżej i w ten sposób mieli dwóch obiecujących small forwardów, stąd zapewne pomysł, aby pozbyć się jednego z nich (zwłaszcza, że McKey był przymierzany także do gry na czwórce)…