Author Archives: kostrzu

Shaquille O’Neal

Shaquille O'Neal

Fun Fact: W 1995 roku Shaquille O’Neal i Hakeem Olajuwon nie tylko dzielili parkiet w być może najciekawszych jednostronnych finałach w historii, ale też dzielili agenta, Leonarda Amato, oraz zobowiązania reklamowe wobec sieci Taco Bell.

Te trzy czynniki – przy czym lokaut z pewnością odegrał rolę katalizatora – doprowadziły miesiąc po finałach do opublikowania na łamach USA Today jednostronnicowego listu Shaqa do The Dreama. Jego treść brzmiała:

Hakeem-

Finały się skończyły, ale między nami to nie koniec. Jasne, jesteś całkiem niezły, gdy masz wsparcie swojej drużyny, ale ja chcę zobaczyć jak sobie poradzisz jeden na jednego.

-Shaq

Tak właśnie wyglądał początek kampanii Taco Bell, które niedługo potem ogłosiło, że 30 września w Atlantic City odbędzie się gala One On One Championship. W ramach tego eventu, transmitowanego na całe Stany w systemie pay-per-view, O’Neal i Olajuwon mieli rozegrać dziesięć dwuminutowych rund, a zwycięzca każdej z nich dostawał 100 tysięcy dolarów (podobno miał obowiązywać zegar 12-sekundowy, a wśród specjalnych reguł był m.in. rzut za 6 punktów).

Niestety, dzień przed imprezą, Hakeem wycofał się z powodu kontuzji pleców, a organizatorzy (wśród których był Donald Trump, właściciel Taj Mahal Casino, które było areną tzw. „War On The Floor”), próbowali na szybko znaleźć zastępstwo, zwracając się do Alonzo Mourninga oraz namawiając na występ w duecie przeciw O’Nealowi… Muggsy’ego Boguesa i Spudda Webba. Ostatecznie galę odwołano i mówi się, że powodem nie był tak naprawdę uraz Olajuwona, a interwencja od początku nieprzychylnej pomysłowi ligi NBA.

Straciliśmy wtedy nie tylko okazję na rozstrzygnięcie który z wielkich centrów był lepszy jeden na jednego, ale też towarzyszące pojedynki, w których na przeciw siebie mieli stanąć Nick Van Exel i Kenny Anderson oraz, świeżo wybrani w drafcie, Joe Smith i Kevin Garnett.

Przykładowe starcie Shaqa i Hakeema z 1995 roku wygląda tak…

…zaś o prognozę wyników pozostałych par możemy np. zapytać serwis Basketball Reference, którego baza danych, po zapytaniu o osiągi wspomnianych zawodników w meczach bezpośrednich, wypluwa takie wyniki:

Regular Season Table
Player G W L MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PTS
Kenny Anderson 21 15 6 35.4 .482 1.0 2.7 .386 .778 3.1 7.3 1.6 0.0 2.5 15.9
Nick Van Exel 21 6 15 36.2 .336 1.2 4.9 .243 .783 3.0 7.4 0.9 0.0 2.6 12.1
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/17/2020.
Regular Season Table
Player G W L MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PTS
Kevin Garnett 25 19 6 36.6 .534 0.0 0.1 .000 .735 9.8 4.6 1.5 1.8 2.3 19.0
Joe Smith 25 6 19 32.7 .428 0.0 0.2 .167 .808 7.6 1.0 0.8 0.7 1.6 13.5
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/17/2020.

Ja wiem, że te wszystkie dziwne pojedynki gwiazd sportu, które w latach 90. wymyślali spece od marketingu (pamiętacie 150-metrowy bieg Michaela Johnsona i Donovana Baileya?) to groteska, ale trudno nie fantazjować o pojedynku Shaqa i Hakeema, zwłaszcza tuż po finałach z 1995 roku… Choć ja, z moimi masochistycznymi skłonnościami, fantazjuję równie mocno o pojedynku na rzuty wolne Shaqa i Nicka Andersona.

Otagowane ,

Charles Barkley

Charles Barkley

Fun Fact: Przygoda Charlesa Barkleya w Phoenix zaczęła się wspaniale – od nagrody MVP i występu w finałach – ale skończyła się raczej gorzko. Po trzech rozczarowujących pofinałowych kampaniach (dwie drugie rundy i jedna pierwsza po sezonie z bilansem 41-41), 33-letni Sir Charles ogłosił, że jeśli nie trafi do drużyny walczącej o mistrzostwo, zakończy karierę.

Gwiazdora nie udało się udobruchać, a Suns wykorzystali krótkowzroczność Rockets, zgadzających się w zamian za Barkleya wysłać do Arizony dwóch gości, którzy mogli zostać liderami zespołu ery post-hakeemowej, czyli Sama Cassella i Roberta Horry’ego (uzupełniając transfer Markiem Bryantem i Chuckym Brownem). To wszystko zadziało się w sierpniu 1996 roku, ale Słońca były bliskie jeszcze ciekawszej wymiany z udziałem Rakiet już w lipcu. Barkley powiedział wtedy, że trójstronny deal z udziałem Nuggets został unieważniony przez ligę ze względu na złamanie przepisów dotyczących rekrutacji (czyli niesławnego w dzisiejszych czasach „tampering”). W ramach tego transferu Chuckster trafiłby do Houston, Cassell i Horry do Denver, a do Phoenix miał powędrować Dikembe Mutombo (ostatecznie podpisał kontrakt z Hawks, którzy zresztą także rozmawiali z Suns na temat Sir Charlesa).

Phoenix odpowiedniej wymiany szukało jednak jeszcze przed draftem. Trzy dni przed naborem plotkowano, że Krągły Pagórek Zbiórek próbowano wcisnąć Dallas Mavericks. Ceną był Jim Jackson oraz pick Teksańczyków. Gdyby ten trade doszedł do skutku, Słońca w drafcie 1996 miałyby 9 i 15 wybór. Ten drugi mogli wykorzystać tak, jak to zrobili w rzeczywistości – na Steve’a Nasha – ale z pierwszy z nich, zamiast na Samakiego Walkera, przeznaczyć mogli np. na Kobe’ego Bryanta.

Inna plotka transferowa z tamtego okresu: Charles Barkley do Pacers. Indiana znalazła się na liście życzeń byłego MVP (obok Rockets, Bulls i Knicks) i dysponowała dziesiątym pickiem w drafcie po wcześniejszej wymianie z Nuggets. Zgadywano, że pakiet jaki szykowano dla Suns zawierałby też Derricka McKey i/lub któregoś z „braci” Davis.

Gdyby w latach 90. istniało Trade Machine, to przegrzewałoby się już w styczniu, gdy w prasie można było przeczytać takie pomysły na pozbycie się niezadowolonego skrzydłowego, jak wymiana z Knicks za Anthony’ego Masona lub Charlesa Oakleya, deal z Bulls za Toniego Kukoca i Billa Wenningtona czy trójstronna wymiana z Lakers i Nuggets, w której ekipę z Kolorado wzmacniają Cedric Ceballos i Vlade Divać, a w Arizonie ląduje Mutombo. Pomysłów było tyle, że do plotek załapali się nawet Clippersi, których haczykiem był obiecujący rookie Brent Barry.

Sporo tu historii z cyklu „co by było gdyby”, tyle że niestety czas miał pokazać, że Charles Barkley najlepsze lata miał już za sobą. Rakiety z nim w składzie liczyły się tylko jeden sezon (zakończony przegranym finałem konferencji po rzucie Johna Stocktona), a najsłynniejszym highlightem z Sir Charlesem w koszulce Rockets jest jego wymiana uprzejmości z Shaquille’em O’Nealem.

Otagowane

Tim Kempton

Tim Kempton

Fun Fact: Tim Kempton to taki Brian Scalabrine dla średnio zamożnych. Rudy dryblas, który w grze miał tyle finezji, że aż dziwne, iż w kółko nie mówił „I am Groot”, ale udało mu się przez kilka lat zahaczać w składach drużyn NBA. O ile jednak na początku kariery – w trzech pierwszych sezonach (przeplecionych roczną przygodą z ligą włoską) – miał miejsce w rotacji swoich drużyn (a byli to, kolejno, Clippers, Hornets i Nuggets), tak później zaliczał już tylko role epizodyczne. W sezonie 1992/93 (czyli po kolejnej, tym razem dwuletniej przygodzie z ligą włoską) był czwartym wysokim wicemistrzów NBA, Phoenix Suns i występował po 5 minut w 30 meczach (ale w składzie playoffowym już się nie znalazł), ale ilość spotkań jakie zaliczał w kolejnych sezonach była już znikoma (kolejno: 13 – Hornets i Cavs, 0 – francuska, 3 – Hawks, 10 – Spurs, 8 – Magic i Raptors).

W rezultacie spuścizna Kemptona to michałki pozaboiskowe:

– w tekście Robesa Pattona z 1995 roku o modzie na tatuaże w NBA, Danny Ainge (który grał z naszym bohaterem w Suns) zdradził, że Kempton na pośladku wytatuowanego Diabła Tasmańskiego;

– w czasach gry w Charlotte, Kempton zjadł Whoppera jednym kęsem…

– technicznie poza boiskiem był także wtedy, gdy wziął udział w swojej najsłynniejszej akcji:

W takiej sytuacji nic więc dziwnego, że jego „highlight reel” na YouTube’ie wygląda tak:

Niehumorystyczne montaże nie są jednak dla Tima dużo bardziej łaskawe. Druga dostępna na YT składanka jego zagrań zawiera przybijanie piątek, poprawianie spodenek, dwa rzuty wolne, faul na Timie, kolejny rzut wolny, asystę do Rexa Chapmana, podkoszowe pudło i samobójczą dobitkę przeciwnika, zupełnie zwykły layup przyćmiony efektowną asystą Chapmana i jeszcze jedno dość zwykłe umieszczenia piłki w koszu:

Łaskawe niech mu będzie za to długie życie w zdrowiu czego Timowi, pracującemu od wielu lat jako komentator meczów Suns, życzę dziś z okazji 56. urodzin.

Otagowane ,

Blue Edwards

Blue Edwards

Fun Fact: Gdybym miał wybrać najważniejsze wydarzenie z ostatnich miesięcy, w których ten blog leżał odłogiem (najważniejsze, oczywiście, z perspektywy fiksacji na punkcie lat 90.), byłby to powrót na boiska NBA koszulek Vancouver Grizzlies, które już parokrotnie odkurzyło Memphis (dygresja: ktoś jeszcze ma wrażenie, że Ja Morant to powtórne przyjście Steve’a Francisa, tylko tym razem wszystko pójdzie tak, jak powinno, z brakiem odmowy gry dla Grizzlies na czele?).

Aby to uczcić, wrzucam kartę przedstawiającą owe kultowe stroje, w kolorze cyraneczki, który ja wolę nazywać „kolorem lat dziewięćdziesiątych”.

A skoro już przy kolorach jesteśmy, to wiecie skąd Theodore „Blue” Edwards ma swoją ksywkę? Jako malutkie dziecko zakrztusił się i zanim został uratowany, zdążył zsinieć na twarzy. Działo się to na oczach jego rodzeństwa, które potem zaczęło wołać na niego „blue boy”…

Cóż, nie jest to może „origin story” godne bohatera komiksowego, ale i tak Blue stał się jednym z niewielu koszykarzy, o których życiu nakręcono film… Konkretnie o tym etapie jego życia, który zaczął się wraz z przeprowadzką do Grizzlies. Blue poznał w Kanadzie pewną kobietę, której – jak przystało na koszykarza NBA – zrobił nieślubne dziecko. Edwards chciał żeby prawa do opieki nad chłopcem przyznano jemu i jego żonie. Sprawa zrobiła się głośna, gdy zagrano kartą rasową: ponieważ matka dziecka była biała, obóz państwa Edwards argumentował, że ciemnoskóry chłopczyk będzie miał lepiej u ciemnoskórych rodziców. Ta taktyka okazał się skuteczna, bo sąd, po apelacji koszykarza, przyznał mu prawa do opieki. Matka jednak nie rezygnowała i sprawa trafiła do Sądu Najwyższego Kanady, który ostatecznie wydał wyrok korzystny dla niej… I właśnie o tym opowiada film telewizyjny „Playing For Keeps”, znany też jako „What Color Is Love?”

Blue Edwards w czasie pobytu za północną granicą USA nie tylko miał udział w najsłynniejszym vancouverskim procesie o określenie władzy rodzicielskiej, ale też był autorem dwóch z trzech najsłynniejszych rzutów w historii Vancouver Grizzlies. 5 stycznia 1996 roku zakończył dogrywkę meczu z 76ers zwycięskim buzzer-beaterem…

…a 3 kwietnia 1996 zdobył ostatnie punkty w starciu z Timberwolves, które pozwoliły Miśkom przerwać passę 23 porażek i uniknąć wyrównania ówczesnego rekordu kolejnych przegranych (należącego do Cavaliers i obejmującego koniec sezonu 81/82 i początek rozgrywek 82/83):

(Gdy ktoś się zastanawiał jaki jest ten trzeci najważniejszy rzut w historii zawodowej koszykówki w Vancouver, to odsyłam do wpisu na temat Chrisa Kinga)

Otagowane

Danny Schayes

Danny Schayes

Fun Fact: Napisałem w swoim życiu wiele bzdur. Na tym blogu znajdziecie ich mnóstwo, bo wiele opowiadanych tutaj historii bazuje na plotkach, miejskich legendach i Jaysonie Williamsie.

Jeden mój błąd jest jednak szczególnie gruby. Napisałem kiedyś, że…

„Oprócz bycia jednym z najbardziej białych ludzi jacy grali w NBA w latach 90. i jednego z najgorszych wykonawców rzutów wolnych (48% w karierze), Danny Schayes jest też jednym z trzech najlepszych żydowskich koszykarzy w historii, obok swojego ojca Dolpha i, cóż, Amar’e Stoudemire’a.”

Pierwszej i ostatniej tezy wciąż będę bronił, ale skąd wziąłem tę środkową, nie mam pojęcia (pewnie w końcu wyedytuję ten wpis, ale najpierw chciałbym swój błąd udokumentować). Danny Schayes miał bowiem w swojej karierze skuteczność z osobistych na poziomie 80%, co jest doskonałym wynikiem jak na centra. Nie mam pojęcia o chodzi z tymi 48 procentami, ale widocznie musiałem Danny’ego pomylić z Chrisem Dudleyem. Schayes musiał być przecież świetny z wolnych, bo to była też specjalność jego ojca, który trzykrotnie przewodził w tym elemencie całej NBA.

W ogóle Dolph Schayes to była ciekawa postać. Był pionierem gry przodem do kosza i rzucania z dystansu z pozycji silnego skrzydłowego, mistrzem NBA z 1955 roku, 12-krotnym All-Starem i członkiem drużyn All-NBA, wyróżnionym włączeniem do Hall Of Fame i grona 50 najlepszych zawodników wybranych na 50-lecie ligi. Zmarły cztery lata temu Dolph (który gdy złamał prawy nadgarstek, po prostu nauczył się grać lewą ręką), dbał by pamięć o jego dokonaniach nie zaginęła – podczas każdej rozmowy o koszykówce fundował interlokutorowi szybki quiz wiedzy, w którym prawidłową odpowiedzią było zawsze „Dolph Schayes”. Tak przynajmniej wspomina to Danny.

„Dolph Schayes” to także odpowiedź na pytanie: „Który ojciec zawodnika NBA wszczął bójkę w trakcie meczu jego syna?” 4 maja 1997 roku, Dolph był na trybunach hali Miami Heat, gdy podejmowali Orlando Magic z Dannym w składzie. Gdy w trakcie trzeciej kwarty Burnie, maskotka Heat, opryskał wodą kilku fanów, papa Schayes wstał i przywalił mu pięścią. Dolpha musiała uspokoić ochrona, która eskortowała Burnie’ego na bezpieczną odległość.

„Strzelał w nas wodą. […] Myślą, że to śmieszne? To koszykówka, więc po prostu grajmy w koszykówkę.”

mówił potem Schayes, którego od 69. urodzin dzieliły raptem dwa tygodnie.

Co do Danny’ego, to jest znacznie mniej pytań dotyczących historii ligi, w których jest dobrą odpowiedzią, ale grał aż 18 sezonów, więc przewijał się w tle różnych wydarzeń.

W finałach konferencji zachodniej z 1985 roku przyduszał go Kareem (za co wyleciał z boiska).

To nad jego rękami Mario Elie trafił wygrywający serię rzut nazwany potem „pocałunkiem śmierci”.

W meczu poprzedzającym bójkę jego starego z maskotką uprzykrzał życie Alonzo Mourningowi tak skutecznie, że ten w szatni zaczął wyżywać się na dziennikarzach, nie przebierając przy tym w słowach (to była pierwsza runda playoffs, a Danny i Magic, rozstawieni wówczas z numerem 7, wyrównali właśnie stan serii na 2-2… Richard O’Brien pisał wtedy w Sports Illustrated, że w sondzie/rankingu dostępnym na stronie „Famous Jews–Interactive”, Schayes po tym meczu dostał tyle głosów, że awansował z 73 na 23 pozycję).

Schayes jako wieloletni członek składu Nuggets, załapał się też na legendarny mecz z Pistons zakończony największą łączoną zdobyczą punktową w historii. W starciu, w którym rzucono 370 punktów, Danny oddał tylko jeden – niecelny – rzut z gry, za to trafił 11 z 12 rzutów wolnych… co sprawia, że tym bardziej jest mi głupio za tę pomyłkę ze starego posta…

Otagowane ,

Anfernee Hardaway (i powrót Magic Basketball)

Anfernee Hardaway

Fun Fact: Trochę mi głupio. Po 19 latach przerwy (a 25 lat od debiutu) powraca magazyn „Magic Basketball”, bez którego przecież zapewne nie byłoby tego bloga, a ja piszę o tym dopiero teraz… Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jako (fanfary) wiceredaktor naczelny trochę przy tym wskrzeszeniu pomagałem, co z miejsca ląduje na szczycie listy moich najlepszych wymówek na okoliczność kolejnej przerwy w dostawie bloga. Jeśli jednak śledzicie MMJK na Facebooku (lub samo Magic Basketball), wiecie o tym wielkim comebacku już od dawna.

Tydzień temu powrót MB stał się faktem, bo światło dzienne ujrzał dostępny tylko w wersji cyfrowej numer zerowy – darmowa próbka tego, co czeka nas w czerwcu, gdy wyjdzie pełnowymiarowa wersja drukowana. Wyszło nam tego w przeliczeniu na papier około 30 stron, więc jest co czytać. Wśród tekstów zerówkowych jest m.in. mój felieton dotyczący żądań transferowych, mam nadzieję że udany.

Żeby przeczytać Magic Basketball 0/2019, trzeba ściągnąć aplikację – o stąd (na komórce link rozpozna Wasz system a na komputerze po prostu przeniesie na stronę internetową MB, gdzie można np. zamówić już pierwszy numer). Życzę miłej lektury…

…i przechodzę do tradycyjnej części posta, w której nawiązuję do karty użytej jako ilustracji. To oczywiście karta z Magic Basketball (uprzedzę ewentualne pytania i powiem, że nie wiem czy będziemy robić własne karty – czas i pieniądz pokaże), ale nie jest to jedyne a propos. To bowiem także karta Anfernee Hardawaya, którego zdjęcie znajdziecie w zerówce przy wstępniaku. To także nawiązanie do jeszcze jednego ujęcia tematu… Oto bowiem miałem wspomnieć, że nowy Magic Basketball to taki Magic Basketball na miarę czasów, bo wersja cyfrowa, World Wide Web i w ogóle, po czym uświadomiłem sobie, że przecież gdy rozstawaliśmy się z magazynem, żyliśmy już w całkiem nowoczesnych czasach – a dorobek reklamowy Penny’ego to dokumentuje:

Otagowane ,

A.C. Green

AC Green

Fun Fact: O ile nie rąbnąłem się w obliczeniach, w historii Meczów Gwiazd na parkiecie pojawiło się 417 różnych zawodników. Spośród nich tylko dziesięciu nie uczciło swojego wyróżnienia zdobyciem punktów. Tę dziesiątkę tworzą: Anthony Mason, Dan Issel, Mark Eaton (on jest jedynym w tym gronie, który nawet nie oddał rzutu), Andrew Bynum, Austin Carr, Bill Gabor, Chuck Noble, Darrall Imhoff, John Johnson (wybija się na tle innych, bo w przeciwieństwie do reszty zagrał nie w jednym, a dwóch Meczach Gwiazd – w 1971 i 1972 roku – choć spędził na boisku najmniej, ex aequo z Carrem, minut, czyli ledwie 5…) oraz A.C. Green.

Green w 1990 roku w Miami grał 12 minut, zebrał 3 piłki miał jedną asystę, 1 blok, 1 stratę i 1 faul, ale jeśli chodzi o zdobycz punktową to (mimo trzech rzutowych okazji) zachował czystość (see what I did there?).

Wiadomo, że A.C. to nie łowca punktów, ale to jego zero było bardzo widoczne, bo Green został wtedy przez fanów wybrany do pierwszej piątki Zachodu, wypierając ze składu… Karla Malone’a. Fanów Showtime było więcej niż fanów Jazzu (skrzydłowym z największą ilością głosów był James Worthy) i zdobywający średnio 13 punktów i 9 zbiórek zadaniowiec dostał nieco ponad tysiąc głosów więcej niż rozgrywający najlepszy indywidualny sezon Mailman – autor, co spotkanie, 31 punktów (to jego rekord kariery) i 11 zbiórek przy skuteczności ponad 56%.

Malone był tak wściekły, że zbojkotował All-Star Game. Tuż po ogłoszeniu piątek powiedział, że być może wybierze się do Miami, ale w chwili obecnej łowienie ryb w Luizjanie brzmi jak lepszy plan. Trochę to wkurzyło ligę, która kazała MVP poprzedniego Meczu Gwiazd schować wędkę i zasuwać na Florydę. Karl posłuchał, ale w spotkaniu i tak nie wystąpił z powodu tajemniczej kontuzji.

Złość Malone’a miała jeszcze bardziej nieprzyjemne sportowe oblicze – po tym jak poznał wyniki głosowania fanów, wyżył się na Bucks, rzucając 61 punktów…

Greenowi było pewnie głupio, ale ani głosowanie, ani dąsy Karolka nie były jego winą, więc mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się w Miami bawił… Nawet jeśli zakończył mecz z taką samą ilością punktów co pierwszy lepszy wędkarz z Luizjany.

Otagowane

Rex Chapman

Rex Chapman

Fun Fact: Ponieważ dziś w nocy Slam Dunk Contest, czyli to, co tygryski… jeszcze nie całkiem mają w dupie jeśli chodzi o atrakcje związane z Weekendem Gwiazd. Z tego powodu szybki dedykowany wpisik, bo tak się składa, że akurat mam zeskanowaną kartę, która nawiązuje do okazji.

28 lat temu All-Star Weekend także miał miejsce w Charlotte, a w Konkursie Wsadów także startował miejscowy zawodnik. Dziś będzie to Myles Bridges, a w 1991 roku – Rex Chapman, który ostatecznie zajął trzecie miejsce za Dee Brownem i Shawnem Kempem.

 

 

Dwa szybkie spostrzeżenia – obstawiam, że zdjęcie na karcie uwiecznia ostatni dunk z konkursu, a drugi wsad Rex wykonał w Slam Dunk Contest także rok wcześniej. W 1990 roku „The Flip” dał mu 45.5 punktu, a w Charlotte już 49.7 punktów. To był zdecydowanie ulubiony dunk Chapmana.

 

Bat Fact: Rex miał ksywkę Boy Wonder, która była nawiązaniem do komiksowego Robina, czyli sidekicka/syna Batmana. Przejrzałem bazę przydomków Basketball Reference, żeby móc stworzyć All-Time Batman & Robin Team:

PG – Monta Ellis (Robin)

SG – Paul George (Batman)

SF – Scottie Pippen (wołano na niego i Batman, i Robin)

PF – Danny Granger (Batman)

C – Tony Battie (Batman)

6th Man – Rex Chapman (Boy Wonder)

Co ciekawe, w historii ligi było tylko trzech koszykarzy imieniem Rex i dwóch z nich miało ksywkę na cześć Cudownego Chłopca – poza Chapmanem, per „Robin” zwracano się także do Rexa Morgana, który spędził dwa sezony w Boston Celtics w latach 1970-72.

Otagowane

Chris Dudley

Chris Dudley

Fun Fact: Cytat z Wikipedii… albo z Nagłowków nie do ogarnięcia:

W październiku 2018 podano do wiadomości, że we wrześniu 1985 roku, Chris Dudley i obecny sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, Brett Kavanaugh, wzięli udział w bójce barowej z mężczyzną, który wyglądał jak Ali Campbell, wokalista UB40.

Cudne.

Kusi mnie, żeby pozwolić temu zdaniu wybrzmieć i rzucić mikrofon…

…ale w sumie warto krótko rozwinąć temat.

Sprawa wypłynęła przy okazji nominacji Kavanaugh do Sądu Najwyższego. Oskarżano go bowiem o próbę gwałtu gdy był jeszcze studentem, a barowy incydent był jednym wielu z przykładów, że w tamtych czasach przesadzał z alkoholem i agresją (czemu sędzia Sądu Najwyższego wcześniej zaprzeczał zeznając pod przysięgą).

Dudley – kumpel Kavanaugh z uniwerku Yale – w samej aferze ma mały udział, ale w bójce już znacznie większy.

Panowie poszli razem na koncert UB40 a imprezę postanowili kontynuować w barze. Tam ich uwagę przykuł jeden z gości, wyglądający – ich zdaniem – jak wokalista reggae’owej kapeli. Sobowtór Aliego Campbella poczuł się nieco nieswojo w towarzystwie bezpardonowo gapiących się pijanych kolesi (z których jeden miał 210 centymetrów wzrostu) i zwrócił im uwagę, podkreślając wagę swoich słów wulgaryzmem. Sprowokowany Kavanaugh rzucił w niego piwem (są różne wersje tego, co zrobił przyszły sędzia, ale taką akurat wersję przedstawia świadek wydarzeń, grający z Dudleyem w reprezentacji Yale, Chad Ludington), mężczyzna wyprowadził cios i panowie zaczęli zapasy w kałuży złotego napoju. I wtedy do imprezy dołączył Chris Dudley, ochoczo – jakby chodziło o przepychankę w walce o zbiórkę – rozbijając butelkę na głowie „wokalisty UB40”. Cytując Ludingtona, „była krew, było szkło, było piwo i było trochę darcia się, aż przyjechała policja”.

Kilka lat później, Chris Dudley pomylił z Alim Campbellem Chrisa Corchianiego…

Najzabawniejsze jest to, że doczekaliśmy się oświadczenia od samego Aliego Campbella, który na wszelki wypadek potwierdził w rozmowie z „Guardianem”, że to nie on został poturbowany przez późniejszego gracza NBA i późniejszego sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda Ali Campbell w barze, oto dość wierne odwzorowanie tamtego październikowego wieczoru z 1985 roku, tyle że zamiast pękającej butelki mamy pękające serce, a zamiast krwi – czerwone czerwone wino…

Otagowane ,