Monthly Archives: Sierpień 2020

Glen Rice & Terry Mills

Glen Rice i Terry Mills

Fun Fact: Gdy Glen Rice bił all-starowe rekordy punktów w kwarcie (20) i punktów w połowie (24), zgarniając w nagrodę tytuł MVP Meczu Gwiazd 1997, miał na nogach buty marki Warner Bros, które w tamtym czasie nosił jeszcze tylko jeden zawodowy koszykarz – Bryant Reeves (i miało już tak zostać na zawsze). Superstrzelec najwyraźniej uważał, że to tłok (cóż, Big Country zajmował sporo przestrzeni), bo tuż po pamiętnym występie w All-Star Game podpisał nowy kontrakt obuwniczy, tym razem z marką, która nie współpracowała z żadnym innym graczem NBA (i też tak miało pozostać). Ponownie była to marka zupełnie nie kojarzona z obuwiem sportowym.

Nautica to – według amerykańskich stereotypów – producent odzieży dla twojego starego (o ile twój stary ma własny jacht) lub dla gogusiów z prywatnych szkół. Trudno powiedzieć czy po grze w butach Marsjanina Marwina był to dla Rice’a awans, czy degradacja.

Na pewno był to jednak kolejny wspólny mianownik z kumplem z czasów studenckich, Terrym Millsem, któremu z kolei zdarzało się wybiegać na parkiet w obuwiu innej mało znanej marki – Aearial Assault. Przyznam, że zupełnie nic o niej nie wiem, ale nazwa brzmi, jakby ktoś chciał się podczepić pod popularność Nike Air Force (w którym to zresztą modelu Mills pojawiał się często w pierwszej połowie kariery, więc może sam się pomylił). Internet zdaje się milczeć o AA, ale związek marki z Terrym jest udokumentowany:

Oczywiście jako koleś, który w latach dziewięćdziesiątych nosił Roobinsy (jedne z wielu „prawie Reeboków”), jestem ostatnim, który powinien nabijać się z nieprestiżowych modeli obuwia (ani z noszących ich koszykarzy – w końcu mój ulubiony gracz biegał w czymś takim). No i przynajmniej ani Warner Bros, ani Nautica, ani Aerial Assault nie kazali żadnemu sportowcowi zakładać na nogi żelazka (jak Adidas), worka jutowego (jak Air Jordan) czy też pasieki (jak Reebok).

Otagowane ,

Bryant Reeves

Bryant Reeves

Fun Fact: Jedni grają w filmach wytwórni Warner Bros, a inni grają w… butach Warner Bros. Ilustracją do takiego właśnie zdania jest twarz Bryanta Reevesa w jego zawsze aktualnej/nigdy nie na miejscu stylówce oraz same buty, które ESPN nazwało kiedyś „największą i najbardziej białą wersją butów sportowych, jakie można znaleźć w drucianym koszu na tyłach lokalnego dyskontu, tych, których zakup rozważasz, gdy potrzebujesz czegoś, czego nie szkoda pobrudzić podczas pracy w ogrodzie”.

Warner postanowił spróbować swoich sił na rynku obuwia sportowego na fali „Kosmicznego meczu” i jednym z koszykarzy, którym zaproponował swoją własną linię obuwia był właśnie Big Country (dodajmy, że oprócz niego na tę propozycję przystał jeszcze tylko jeden gracz – Glen Rice). Cóż – Grizzlies mieli bardzo kreskówkowe logo, a Bryant był trochę jak skrzyżowanie Prosiaka Porky’ego z Gossamerem więc może to wcale nie był aż tak dziwny mariaż…

A tak w ogóle, to obejrzyjcie sobie „Finding Big Country”.

Akcja nie jest może zbyt wartka i Michael Jordan nie ma zawsze ostatniego słowa, ale to chyba najsłodszy koszykarski dokument jaki powstał. No i „warnery” Bryanta grają jedną z ról!

Otagowane ,

Mike Iuzzolino

Mike Iuzzolino

Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 35. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Mike Iuzzolino to trochę taki Chris Corchiani.

Otagowane ,

Chris Corchiani

Chris Corchiani

Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 36. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Chris Corchiani to trochę taki Mike Iuzzolino.

Otagowane ,

Bryon Russell

Bryon Russell

Fun Fact: Przy okazji posta o Michealu Williamsie, mianowałem go playmakerem pierwszej piątki All-Literówka Team zbierającej zawodników z popularnymi imionami ale niepopularną pisownią. Wydawało mi się, że już kiedyś prezentowałem gdzieś jej skład, ale nie mogę znaleźć gdzie, więc zbierzmy ją do kupy jeszcze raz:

PG – Micheal „Nie Michael” Williams

SG – Dwyane „Nie Dwayne” Wade

SF – Bryon „Nie Byron” Russell

PF – Antawn „Nie Antwan, ani Antoine” Jamison

C – Ervin „Nie Earvin/Nie Magic” Johnson

Najbardziej pokrzywdzony jest tu Bryon Russell, bo jeśli to jego imię przekręcimy zgodnie z bardziej naturalną pisownią, otrzymamy zupełnie inne imię. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy, którzy robili to przed 1997 rokiem, są trochę usprawiedliwieni.

Dziś pamiętamy Russella jako dobrego strzelca z dystansu, atletycznego penetratora i „plaster” na Michaela Jordana, ale kariera Bryona przez pierwsze trzy lata wcale się dobrze nie zapowiadała. W sezonie poprzedzającym rozgrywki, w których był podstawowym skrzydłowym Jazz i pomógł zajść im aż do finału, grzał ławę, rzucając po 2.9 punktu w każdym spotkaniu przy skuteczności 39.4%. Choć jako rookie pojawiał się regularnie w pierwszej piątce (przy czym jego czas gry z reguły nie przekraczał 17 minut), to jego rola od 1993 roku systematycznie malała. Doszło do tego, że Jazz poważnie rozważali jego zwolnienie, ale plan zmienił się ze względu na kontuzję Grega Ostertaga. W tamtym okresie dorabiał sobie do pensji sprzedając w klubowym sklepiku t-shirty z własną uśmiechniętą buźką i napisem „DON’T CALL ME BYRON”…

Jerry Sloan zaufał mu dopiero w trakcie playoffów 1996, w których jego czas gry podskoczył od 9.8 minut na mecz w sezonie zasadniczym do 25.5, a Russell odwdzięczył się m.in. 24 punktami i 10 zbiórkami w trzecim meczu finałów konferencji przeciwko Sonics. Utah wygrało wówczas „spotkanie kontaktowe” przed własną publicznością a skrzydłowy Jazzmanów mógł się czuć wyjątkowo… I wtedy do szatni wparowali dziennikarze, nazwali go „Byron” już w pierwszym pytaniu, a B-R-Y-O-N zabrał pytającemu dyktafon i zaczął literować do mikrofonu swoje imię.

W rozgrywkach 1996/97 Bryon przebił się na dobre do pierwszej piątki, przy okazji ustanawiając rekord klubu pod względem liczby celnych trójek (108). Trafiał je ze skutecznością 40.9%, która chyba najwięcej mówiła o pracy, jaką wykonał na treningach od momentu przyjścia do NBA – w sezonie debiutanckim, jego celność z dystansu wynosiła… 9.1%. Większość osób jednak uświadomiła sobie istnienie Russella dopiero w finałach 1997. Gdy seria przeniosła się do Salt Lake City i dostał zadanie krycia Jego Powietrzności, a skuteczność Mike’a nagle zauważalnie spadła, wszyscy zaczęli wieścić pojawienie się nowego „Jordan Stoppera”. MJ nie był zachwycony. „On jest Bryon, czy Byron?” – pytał dziennikarzy. „On jest Michael czy Michelle?” – ripostował „nie-Byron”.

Co ciekawe, żona Bryona też ma literówkę w imieniu (Kimberli), którą to państwo Russellowie przekazali córkom Kajun i Britnee. Tylko brat bliźniak Britnee – Brandon – ma imię zapisane zgodnie z ogólnie przyjętą normą. No, chyba, że to efekt literówki…

A co dziś słychać u Russella?

Cóż… Nadal mówi się o nim głównie w kontekście krycia Jordana – konkretnie w jego „ostatniej” akcji – i nadal przekręca się jego imię.

Widowiskowym combo tych dwóch trendów była sytuacja z Twittera, kiedy w jednym z wielu memów powstałych na fali „The Last Dance” ktoś przez pomyłkę nazwał go „Byronem Scottem„. Obruszył się na to sam B-Y-R-O-N Scott, ćwierkając w odpowiedzi na mema: „Po pierwsze to Byron Russell…”. Oczywiście na odpowiedź „Po drugie, Bryon”, nie trzeba było długo czekać…

Otagowane