
Fun Fact: Gdyby cała kariera Bryanta Reevesa była tak dynamiczna i udana, jak zdjęcie na tej karcie, to może Grizzlies wciąż graliby w Vancouver.
A może nie.
Dziś kanadyjskie początki Miśków wspominane są jako mała sportowa katastrofa, która zraziła lokalnych kibiców i ułatwiła przenosiny do Memphis. Owszem, Grizzlies przez sześć lat w największym mieście Kolumbii Brytyjskiej przegrali 78 procent rozegranych meczów, co jest najgorszym wynikiem w historii w takim przedziale czasowym (inne historycznie fatalne sześcioletnie wyniki to 74.4% Minnesoty Timberwolves między 1989 a 1995 oraz 74.1% pojordanowskich Chicago Bulls z lat 1998-2004).
Ale jakich innych efektów spodziewać się podczas budowy zespołu od zera? Zresztą lada moment mieli w jednym drafcie wybrać Pau Gasola (pick pozyskany za Shareefa Abdura-Rahima) oraz Shane’a Battiera i wreszcie ruszyć pewniej w stronę relewantności.
Mam wrażenie, że rozgoryczenie fanów w Vancouver mogło być większe przez ciągłe porównywania z Toronto Raptors, którzy zawsze radzili sobie znacznie lepiej i już w piątym sezonie awansowali do playoffów, a przede wszystkim posiadali magnes na fanów – najpierw w osobie Mocarnej Myszy, Damona Stoudamire’a, a chwilę później Półczłowieka-Półniesamowitości, Vince’a Cartera.
A Grizzlies?
Twarz tej drużyny była pulchna, czasem z lekko głupkowatym wyrazem i miała niemodną fryzurę.
Ale trudno też powiedzieć, że Bryant Reeves był złym wyborem. Nie był najlepszym, bo zaraz po nim Raptors zgarnęli przyszłego Debiutanta Roku, wspomnianego Stoudamire’a, ale żaden inny zawodnik z tamtego rocznika bardziej by Miśkom nie pomógł.
Tamten proces decyzyjny streszcza ówczesny szef skautingu Grizzllies, blisko pracujący z generalnym menadżerem, Stu Jacksonem i mający sporo do powiedzenia podczas draftu, Larry Riley:
„Jeśli chodzi o nasz pierwszy nabór, to można by argumentować, że Big Country nie był tym, kim powinien być… Ale spójrzcie na tamten draft. Pierwszych pięciu graczy było naprawdę świetnych, a potem na szóstym miejscu, na którym my byliśmy, następował spadek poziomu. Uważaliśmy (…), że wybór środkowego, który może być naszym centrem przez następne 10 lat, to będzie właściwa decyzja.”
Niestety Reeves nie dbał o siebie, łapał kontuzje i bardziej jarał się rolnictwem niż koszykówką, ale gdy wchodził na wysokie obroty, zdecydowanie miał papiery na bycie podstawowym centrem drużyny NBA przez 10 lat, co w połowie lat 90. było syrenim śpiewem dla działaczy.

Jackson i Riley uważali, że znacznie łatwiej będzie im znaleźć point guarda przyszłości w kolejnych naborach… i trochę mieli rację, a trochę jej nie mieli.
W następnym drafcie jeszcze go nie szukali, bo postawili na łowcę punktów, Abdur-Rahima, ale z kolei gdy już zaczęli, to przedobrzyli.
W trzech kolejnych latach wybrali trzech rozgrywających („potrzymajcie nam piwo” – powiedzieli Brooklyn Nets z 2025 wybierając trzech point guardów w JEDNYM DRAFCIE), ale żaden z nich nie został w ich zespole dłużej niż trzy sezony.
Najpierw był, wybrany z czwórką, Antonio Daniels, który się nie sprawdził i rok później przeszedł do San Antonio za Carla Herrerę i Felipe Lopeza – marny „haul”, biorąc pod uwagę, że podobno Suns byli gotowi oddać im Steve’a Nasha, pochodzącego zresztą z Kolumbii Brytyjskiej, za czwarty pick, który Grizzlies ostatecznie woleli wykorzystać sami.
Potem był Mike Bibby – celny strzał, choć Bibby miał nigdy nie wspiąć się na poziom All-Star – ale był wystarczająco kompetentny by być podstawowym point guardem bardzo dobrej drużyny, czego dowiódł już w Sacramento Kings (tam jednak wysłał go już kolejny reżim menadżerski, zainstalowany przez nowego właściciela, Michaela Heisleya).
Jednak najgorszym ruchem kanadyjskich Grizzlies było postawienie na Steve’a Francisa, mimo iż twardo powtarzał, że nie zamierza przeprowadzać się do Kanady. To był zupełnie stracony pick w naprawdę niezłym drafcie (po Francisie poszli: Baron Davis, Lamar Odom, Jonathan Bender, Wally Szczerbiak, Richard Hamilton, Andre Miller, Shawn Marion oraz Jason Terry i na dobrą sprawę to nawet niewypał Bender miałby więcej sensu niż otrzymany za Steve’a dziaderski pakiet Antoine Carr + Michael Dickerson + Othella Harrington + Brent Price).
Zdecydowanie najlepszą decyzję jako pracownik Grizzlies, Larry Riley podjął 9 stycznia 1997 roku, na lotnisku Cincinnati/Northern Kentucky.
Oczekiwał wtedy na lot do Detroit, który opóźniał się z powodu opadów śniegu. Riley czekał i czekał, ale coś mu mówiło, że powinien odpuścić tę skautingową delegację i po prostu wrócić do Vancouver. Parę razy rozmawiał z pracownikami linii dopytując o prognozy dotyczące lotu do Detroit, aż w końcu spontanicznie poprosił o zmianę biletu na lot do domu z przesiadką w Seattle.
Samolot, w którym miał lecieć na mecz rozbił się parę godzin później podczas podejścia do lądowania w Detroit.
Nikt nie przeżył.
(Jedną z ofiar była Maureen DeMarco, lecąca na pogrzeb brata, Briana Scully’ego, który zginął… w katastrofie lotniczej dwa tygodnie wcześniej).
Jak wiemy z „Oszukać przeznaczenie”, Śmierć zaczęła wtedy polować na Larry’ego, ostatecznie zadowalając się śmiercią koszykówki w Vancouver. A początkiem dramatycznej sekwencji splatających się okoliczności był tamten wybór Steve’a Francisa.
To był naprawdę, naprawdę zły ruch.
I nie chodzi nawet o wymiar sportowy, ale o to, że postawił klub i miasto w roli koszykarskiej Syberii.
Mogło się wręcz wtedy wydawać, że młode aspirujące gwiazdy wolałyby wziąć udział w zawodach, w których uzbrojeni bogaci ludzie polują na nich dla zabawy, niż grać w koszykówkę w koszulce Grizzlies.
Przez ten impas na linii Miśki-Steve, uprzedzenia Francisa zostały upublicznione i utrwalone w zbiorowej świadomości, upokarzając już i tak niezbyt dumną ze swojego teamu fanbazę. Nic dziwnego, że Heisley ukradł drużynę bez większych problemów.
Inaczej być nie mogło. Wiosną 2000 roku, czyli rok po francisowym fiasku, Stu Jackson i Larry Riley nie byli już pracownikami Vancouver Grizzlies.
Ale parę lat później, Larry w końcu znalazł swojego point guarda…
W 2009 roku, zaczynając pierwszy sezon pracy w roli generalnego menadżera drużyny NBA, Riley miał za zadanie jak najlepiej wykorzystać siódmy pick w drafcie. Wybrał wtedy chyba nawet jeszcze lepiej niż tamtego śnieżnego dnia na lotnisku Cincinnati:


„Jak wiemy z „Oszukać przeznaczenie”, Śmierć zaczęła wtedy polować na Larry’ego, ostatecznie zadowalając się śmiercią koszykówki w Vancouver.”
Ale piękne zdanie do annałów koszykówki.
Tak w ogóle to o tej sytuacji z Larrym przeczytałem niedawno przeglądając jakiś stary „Pro Basket”. Jako fan w równym stopniu „Oszukać przeznaczenie” i „Katastrof w przestworzach”, musiałem to jakoś przemycić 😉