

Sad Fact: W końcówce 2025 roku straciliśmy dwóch bardzo charakterystycznych zawodników z drugiego planu lat dziewięćdziesiątych – Rodneya Rogersa i Eldena Campbella.
Rogers zmarł niemal równo 17 lat po wypadku na quadzie, od czasu którego był sparaliżowany od ramion w dół, z – jak napisała jego żona Faye w oficjalnym oświadczeniu – „przyczyn naturalnych związanych z urazem rdzenia kręgowego”. Miał 54 lata.
57-letni Campbell zmarł podczas wyprawy na ryby. Aktualna wersja wydarzeń mówi, że po powrocie na brzeg poczuł się źle i stracił przytomność. Oficjalna przyczyna śmierci to przypadkowe utonięcie.
Rodneya pamiętamy głównie z lat spędzonych w stanie Kolorado, gdzie rzucił kiedyś 9 punktów w 9 sekund i popisywał się niezwykłym połączeniem siły i atletyzmu. Gdy wszyscy jarali się jeszcze Zionem Williamsonem, na łamach „Magic Basketballa” sporządziłem jego drzewo genealogiczne. Rogersa uczyniłem ciocią:
Najlepszy rezerwowy NBA A.D. 2000 i członek kultowych składów Denver Nuggets z połowy lat 90. już w szkole średniej miał ksywę „Byk”, a gdy przystępował do draftu, przywoływał skojarzenia z Larrym Johnsonem. Ciocie zazwyczaj pytają o to, czy masz dziewczynę (a gdy ją masz, o ślub, a po nim – o dzieci). Ciocia Rodney powinien jednak zamęczać Ziona pytaniami o trening rzutów z dystansu. Wśród potężnie zbudowanych, ale niewysokich graczy, Rogers był jednym z lepszych rzucających za trzy (43,9% w nagradzanym sezonie 1999/00) i właśnie tu może tkwić klucz do sukcesów Williamsona na zawodowym szczeblu.
U Ziona dużo się od tego czasu zmieniło, ale ja wciąż widzę podobieństwo.
Rodney Rogers często też towarzyszył mi podczas gry w koszykówkę. Gdy jako dzieciak, razem z bratem stryjecznym, próbowałem trafiać piłką w środek felgi przybitej do drzwi stodoły naszych dziadków, mieliśmy swoje hasło: „akcja w stylu Denver”. Oznaczało to symulację szybkiego kontrataku z przynajmniej dwoma podaniami, zakończoną wsadem. W mojej głowie ta akcja zawsze uwzględniała Roberta Packa i właśnie Rodneya, bohaterów wielu highlightów z „NBA Action” („akcja w stylu Denver” to zresztą bezpośredni cytat z Ryszarda Łabędzia komentującego jedną z pozycji w zestawieniu 10 najlepszych akcji tygodnia).
Elden Campbell z kolei mógł być najmniej ekscytującym z ekscytujących graczy swoich czasów. Miał sprężyny w nogach i dryg do efektownych dobitek, ale mimo tego, w jakiś sposób, nie zwracał na siebie uwagi. Miał ksywkę „Easy E”, więc może po prostu jego spokój był zaraźliwy? Tu Elden uspokaja Charlesa Barkleya w akcji uwiecznionej na karcie ilustrującej ten wpis:
Możliwe też, że był aż za bardzo wyluzowany, bo w pierwszym okresie kariery krytykowano go za nierówną grę i nieszczególne zainteresowanie poprawą swoich umiejętności.
Jeśli mu się chciało, bywał jednak naprawdę niezły. Gdy w sezonie 1996/97 dłuższą przerwę od gry miał kontuzjowany Shaquille O’Neal, to właśnie Campbell wziął na siebie spory ciężar: na przestrzeni 25 meczów wykręcił średnie 21.6 PPG, 8.5 RPG i 2.2 BPG. 34 punkty i 14 zbiórek miał w wygranym meczu z mistrzowskimi Bykami, 40 i 10 – z 4 blokami – zaaplikował Knicks, a cztery dni później, w starciu z Bullets, zdobył 38 punktów (w swojej karierze, 30 lub więcej punktów zanotował w 8 meczach – cztery z nich miały miejsce właśnie w tamtym okresie).
No i do tego Elden był jednym z tych graczy, którzy wyróżniali się cechami fizycznymi – miał małe dłonie, grube łydki i długi tułów, a jak go sobie wyobrażam, to zawsze mam wrażenie, że większość z jego 211 centymetrów stanowiła szyja. Choć może to być po prostu złudzenie spowodowane małą głową. Zresztą obydwaj z Rodneyem nie byli najbardziej foremnymi koszykarzami, zwłaszcza gdy Rogersowi zaczął rosnąć tyłek.
Na tym blogu podtrzymuję pamięć o latach dziewięćdziesiątych w NBA, a to oznacza także pamięć o Rodneyu Rogersie i Eldenie Campbellu. Jestem przekonany, że ich wyczyny przewiną się w moich tekstach jeszcze nie raz. Dzięki Panowie za te wspomnienia.



Obu Panów doskonale pamiętam. Rodneyem Rogersem jarałem się bardzo, liczyłem, że będzie graczem na miarę Chuckstera. O wypadku RR nic nie wiedziałem. To bardzo przykre, taki dunker a potem takie życie, co to za życie być całkowicie sparaliżowanym, a będąc wcześniej takim atletą… Numer 54 i zmarł w wieku 54 lat…po tym wpisie jestem autentycznie smutny 😔
tak, to bardzo smutne co spotkało Rodneya, trudno sobie wyobrazić takie życie, ale można odnieść wrażenie, że Rogers starał się wycisnąć z niego co się da