Tag Archives: john bagley

John Bagley

John Bagley

Fun Fact: Zasady zdrowej i wartościowej diety były dla Johna Bagleya jak Biblia.

Tyle że John był ateistą.

Dodatkowo, jeśli akurat nie narzekano na jego problemy z utrzymaniem wagi, to narzekano na niski wzrost (choć Basketball Reference przypisuje mu w swojej bazie równe sześć stóp wzrostu – pewną granicę przyzwoitości w tej lidze – to w artykułach sprzed draftu pisano, że ma cal lub nawet dwa albo i trzy mniej).

To wyjątkowo niewdzięczna kombinacja w koszykówce i dlatego właśnie dość rzadka, bo do głowy przychodzi mi ledwie dwóch jego „następców”: Khalid El-Amin i Raymond Felton. W tym kontekście, jedenastoletnia kariera Bagleya, zwieńczona średnimi 8.7 PPG i 6.0 APG, budzi wręcz szacunek.

Ale nie ma też wątpliwości, że mogło być lepiej, albo, przynajmniej, trochę dłużej.

Do NBA trafił w 1982 roku, jako gwiazda Boston College, wybrany z numerem 12 przez Cleveland Cavaliers. Klubem wciąż jeszcze zarządzał wtedy niesławny Ted Stepien, więc oczywiście trudno było traktować jego wybór na poważnie, zwłaszcza, że ekscentryczny właściciel w drugiej rundzie nakazał wybrać Davida Magleya tylko dlatego, że ich nazwiska się rymowały (na konferencji prasowej prezentującej debiutantów Stepien rozdawał koszulki z napisem „Bagley Magley Duo”). Inna sprawa, że znacznie szerzej komentowano pierwszy pick tego naboru, wykorzystany na Jamesa Worthy’ego przez Los Angeles Lakers, który jeszcze dwa i pół roku wcześniej należał do Kawalerzystów ale został oddany za Dona Forda i 22 pick dratu 1980 zmarnowany później na Chada Kincha.

Choć ówczesny trener Cleveland, Tom Nissalke, nie był zbyt wielkim fanem Bagleya i dopiero jego następca, młody George Karl, obsadził go w roli podstawowego rozgrywającego – nasz bohater odchodził z Cavs po pięciu latach jako najlepszy asystujący w historii Cavs (do dziś wyprzedzili go tylko LeBron James, Mark Price i Darius Garland).

Miało się jednak wrażenie, że po przełomowych rozgrywkach 1984/85 (zbliżył się wówczas, na dwa sezony, do poziomu 10 punktów i 10 asyst w każdym meczu), zrobił albo krok wstecz, albo w niewłaściwym kierunku.

Żeby było zabawniej, jeden z zakrętów prowadził przez… „Manute Manię”. Latem 1986 roku, Manute Bol i – z jakiegoś powodu, nie wnikam – właśnie John Bagley, wzięli udział w cyklu eventów, podczas których wylosowani z publiczności śmiałkowie mogli albo spróbować zdobyć punkty przeciwko Sudańczykowi, albo pokonać „Bagsa” w konkursie rzutów za trzy. Powtórzę, nie wnikam dlaczego ktoś zaproponował tę fuchę Johnowi, ale nie stała za tym jakaś żelazna logika, skoro w roli speca od rzutów z dystansu zatrudniono gościa, który do tamtej chwili trafił raptem 14 „trójek” przez cztery lata i to przy skuteczności wynoszącej 14.9%… Manute spokojnie mógł ogarnąć obydwa konkursy sam.

Gdy szkoleniowcem Cavaliers został Lenny Wilkens, po roku wspólnej pracy oddał Johna do New Jersey Nets, bo wolał postawić na jeszcze niesprawdzonego drugoroczniaka, Price’a. Do stanu Nowy Jork ściągnął go generalny menadżer, Harry Weltman, który odpowiadał za jego wybór w drafcie przez Kawalerzystów, ale to była wówczas umieralnia karier i tej bagleyowej również się nie przysłużyła mimo utrzymania przyzwoitych zdobyczy statystycznych. Ci, którzy zwrócili na niego uwagę, gdy poprowadził marnych Cavs do playoffów w 1985, zdążyli już o nim zapomnieć. No chyba, że akurat wymyślali żarty o otyłych sportowcach.

Pomocną dłoń wyciągnęli szukający wsparcia dla starzejącego się Dennisa Johnsona, Boston Celtics, którzy byli gotowi wymienić za niego dwa picki drugorundowe. Choć ich Wielka Trójka zaczynała się sypać, światła Boston Garden wciąż były bardzo jasne. Gdy padły na wyciągniętego z koszykarskiego niebytu Bagleya, zrzędliwi lokalni dziennikarze natychmiast dostrzegli nadprogramowe kilogramy. I byli bezlitośni.

„Celtowie podpisali kontrakt z point guardem, Johnem Bagleyem. Gdzie on ma poprowadzić tę drużynę? Do najbliższego fast-fooda? Jan Hubbard, były felietonista ‚Dallas Morning News’, w zeszłym sezonie umieścił Bagleya w swojej All-Big Mac Team. Ze swoimi problemami z to rosnącą, to spadającą wagą, wydaje się, że jeśli chodzi o podania, to najlepiej wychodzi mu podawanie jedzenia samemu sobie.”

– pisał John Nash w „Bangor Daily News”.

John ostatecznie zagrał w 54 spotkaniach (17 z nich zaczynał w wyjściowym składzie) i, występując po 20 minut w meczu, był trzecim najlepszym bostońskim asystentem. Niestety całe kolejne rozgrywki stracił z powodu kontuzji kolana zakończonej artroskopią.

W międzyczasie Celtics zmienili trenera – Jimmy’ego Rodgersa zastąpił Chris Ford.

Jak zrobić wrażenie na nowym szefie, który swoją filozofię boiskową oparł o szybką grę?

Według wracającego do zdrowia Johna Bagleya, odpowiedź brzmiała: „stawić się na obozie przygotowawczym z 15 kilogramami nadwagi”.

Ford był wściekły i gotowy zwolnić Bagleya (który w międzyczasie zdążył już przekroczyć 30-tkę), ale kontuzje Dee Browna oraz Briana Shawa sprawiły, że rekonwalescent bez formy został jedynym rozgrywającym w składzie i to on otworzył sezon w pierwszej piątce.

Choć Celtowie zaczęli od bilansu 5-5, wygrali 9 z następnych 10 spotkań, w których John notował średnio 9 punktów i 7 asyst przy skuteczności rzutów z gry ponad 52%.

Pod koniec sezonu był już wręcz bohaterem Bostonu, który – nawet, gdyby jej trochę nie zrzucił – był wart swojej wagi w złocie.

W drugim meczu pierwszej rundy playoff, z Indiana Pacers, zagrał mecz życia, notując 35 punktów i 15 asyst, prowadząc grający bez Larry’ego Birda Boston do wygranej po dogrywce.

Kevin McHale powiedział, że Bagley był tamtego wieczoru „większy niż Alaska” a większość osób nawet nie uznała tego za dowcip o grubasach – tak bardzo zmieniła się narracja wokół naszego bohatera (nawet cytowany wcześniej John Nash z „Bangor Daily News” przyznawał w tamtym czasie, że John schudł i gra dobrze… choć i tak znalazł 10 innych powodów do narzekania na Celtów).

Średnie Johna z tamtej trzymeczowej serii – 20 punktów i prawie 12 asyst – nie utrzymały się niestety w kolejnym pojedynku, z jego byłym zespołem z Cleveland. Boston stracił okazję by wyjść na prowadzenie 3-1, przegrywając po dogrywce czwarty mecz we własnej hali, w którym – pierwszy raz od ponad miesiąca – na boisku pojawił się Bird. Celtowie przegrali tę serię w siedmiu spotkaniach, a Larry Legenda zakończył po sezonie karierę.

Chris Ford nie chciał dramatycznej przebudowy, ale w imię odmładzania składu postanowił nie przedłużać kontraktu z „Bagsem” i wypróbować na pełnym etacie chimerycznego Shermana Douglasa (wciąż nie tracąc nadziei, że zrobi point guarda z Dee Browna). Wkurzyło to innych weteranów. Robert Parish otwarcie skrytykował tę decyzję. Po tym, jak Celtics zaczęli kampanię 1992/93 od bilansu 10-13, leciwy center powiedział:

„Cały czas powtarzam, że chciałbym go tu widzieć, bo w zeszłym sezonie wykonał kawał dobrej roboty. Nawet gdybyśmy mieli na obozie przygotowawczym dwudziestu point guardów, to mam to gdzieś – John Bagley powinien być jednym z nich. Gdyby nie było go z nami w zeszłym roku, to sezon nadawałby się do spuszczenia w toalecie, bylibyśmy ostatni. To oczywiste, że nam go brakuje.”

Tydzień później, John Bagley był znów graczem Celtics.

Źródła milczą jednak na temat formy, w jakiej wrócił, ale wszyscy już znamy jego modus operandi.

Sporo mówi fakt, że choć John został w drużynie przez resztę rozgrywek, pojawił się na boisku tylko w 10 meczach.

Jeszcze więcej mówi anegdota posezonowa. John Bagley – który ponownie nie otrzymał od Celtów propozycji przedłużenia kontaktu – pojawił się w lipcu (czyli raptem dwa miesiące po zakończeniu rozgrywek) na obozie dla wolnych agentów Miami Heat nie tylko z dobrze znanymi Chrisowi Fordowi, 15 kilogramami nadwagi, ale też z torbą kijów golfowych na ramieniu.

Do składu się oczywiście nie załapał.

W listopadzie zakotwiczył w składzie Atlanty Hawks. Wystąpił w trzech meczach, uzbierał 2 punkty, 3 asysty, został zwolniony i więcej do NBA nie wrócił. Jego kariera skończyła się niemal równo rok po tym, jak Robert Parish przekonywał dziennikarzy, że John Bagley to najlepsza osoba do prowadzenia ataku Celtics.

Nie poprowadził go jednak do relewantności w erze post-birdowskiej.

Nie poprowadził go nawet, jak sugerował lata wcześniej felietonista dziennika z Bangor, do najbliższego fast-foodu.

Jak się miało okazać, „Bags” obrał już wtedy kurs na pole golfowe.

Postaw kawę
Otagowane