
Fun Fact: Do sezonu 1992/93, który miał się zakończyć 71 porażkami (do dziś trzeci najgorszy wynik w historii), Dallas Mavericks przystąpili z pięcioma debiutantami w składzie, choć najważniejszy z nich, Jim Jackson, opuścił 54 spotkania nie mogąc dogadać się z klubem w sprawie swojego pierwszego kontraktu (przez długi czas wydawało się nawet, że Mavs stracą jego prawa i Jackson przystąpi raz jeszcze do draftu, co było wówczas zgodne z przepisami).
Kim byli pozostali?
W skali lat dziewięćdziesiątych – poza Seanem Rooksem, który spędził w NBA 12 sezonów – praktycznie nikim, ale o każdym można powiedzieć przynajmniej jedną ciekawą rzecz, dlatego postanowiłem przybliżyć sylwetki ich wszystkich w ramach nieoficjalnego cyklu (którego robocza nazwa to „Teksańska masakra piłką koszykową: młode pokolenie”).
Dziś pierwszy z nich. Bond. Walter Bond.
Wiosną 1991 roku nie był najbardziej rozchwytywanym młodym zawodnikiem na świecie. Nie tylko nie został wybrany w drafcie do NBA, ale w naborze do pośledniej ligi CBA, dostał ofertę pracy dopiero jako 99. gracz (w tamtym naborze największym talentem był wybrany z numerem 27 Robert Pack, a do ciekawostek można zaliczyć między innymi brata Dikembe Mutombo – Ilo, oraz brata Dana Majerle – Jeffa).
Po roku gry w Wichita Falls – którego zwieńczeniem było 9 celnych trójek w jednym z meczów playoffs oraz wybór do pierwszej piątki All-Rookie – udało mu się wywalczyć koszykarski awans w oddalonym o dwie godziny drogi samochodem Dallas. Oczywiście, jak miał się dość szybko przekonać, był to awans pozorny, bo Mavericks nie byli wcale dużo lepsi od drużyny CBA (jeśli w ogóle byli).
Raczej nikt nie wiązał z jego przybyciem żadnych nadziei, ale – między innymi ze względu na brak porozumienia klubu z Jimem Jacksonem – w pierwszym meczu sezonu 1992-93, Bond wyszedł w podstawowej piątce Mavericks. Już w drugim meczu, mierzący 196 centymetrów obrońca ustanowił rekord kariery rzucając 25 punktów. Ostatecznie do końca sezonu 38 razy wystąpił w pierwszym składzie. Do dziś żaden inny niewybrany w drafcie debiutant, nie zdobył dla Mavs tylu punktów, co on (590 w 74 spotkaniach)
Kolejne rozgrywki spędził jako gracz szerokiej rotacji Utah Jazz. Zwolniony w grudniu 1994 roku, zakotwiczył w Detroit na pięć meczów, kończąc sezon i karierę w NBA w styczniu 1995, znów jako zawodnik Jazzmanów. To jednak w Pistons miał najbardziej pamiętną akcję – rozpoczął sekwencję wydarzeń zakończoną buzzer-beaterem Scottie’ego Pippena. Tym sposobem Bond trafił do montaży najlepszych akcji, ale i tak nikt nie wiedział, że to on, bo jego zespół nie zdążył mu na ten mecz załatwić koszulki z nazwiskiem…
Choć Bond jako rookie w łaski kolegów z zespołu wkupił się świadczeniem usług fryzjerskich, to na sportowej emeryturze nie otworzył barbershopu. Został za to mówcą motywacyjnym z flow tak dobrym, że raz dostał nawet pracę prowadzącego program „Giving You The Business” na kanale Food Network. Jest też być może jedynym graczem NBA, który sam wrzucił swoje highlighty na YouTube’a:
Po latach twierdził, że tamten katastrofalny sezon Mavs, to była dla niego najlepsza szkoła życia. To czego nauczył się wtedy o relacjach międzyludzkich i odnajdywaniu w sobie siły mimo trudnych okoliczności, teraz przekazuje innym podczas swoich wystąpień. Aż strach pomyśleć, jak dobrym motywatorem byłby, gdyby został w Dallas na kolejny sezon, zakończony bilansem 13-69.