
Fun Fact: To mógłby być początek dowcipu, odcinek zakręconego sitcomu lub podwaliny pod scenariusz kolejnego sequela „Szklanej Pułapki”: odcięty od świata przez śnieżycę stulecia hotelowy bar, a w nim zamknięci zawodowi koszykarze, skandalizujący zespół rockowy u progu światowej sławy, ekipa obwoźnego teatru opartego na telewizyjnym programie dla dzieci oraz para młoda z gośćmi weselnymi.
Tyle, że to prawdziwa historia.
Tymi koszykarzami byli Orlando Magic.
Tym zespołem – Marylin Manson z kumplami.
Tą ekipą – Sesame Street Live.
Pary weselnej nie jestem w stanie zidentyfikować, ale gdzieś mignęła mi niepotwierdzona informacja, że to było polskie wesele.
W pierwszych dniach 1996 roku, śnieżyca sparaliżowała całe wschodnie wybrzeże, co odbiło się m.in. na ligach sportowych, których drużyny nie były w stanie dotrzeć na zaplanowane mecze. Było tak źle, że nawet koszykarze New York Knicks zamieszkali na ten czas w hotelu na Manhattanie, bo nie byli w stanie dotrzeć do swoich domów na przedmieściach.
Magików z Orlando, śnieżyca zastała w powietrzu. Lecieli na mecz z Philadelphia 76ers, ale jedynym w okolicy miastem z wciąż działającym lotniskiem było Allentown, gdzie zespołowi udało się zarezerwować miejsca w Holiday Inn. Śnieg był po pas, więc samo wyjście z hotelu było wyzwaniem. Było jasne, że koszykarze utknęli tam na dwa lub trzy dni.
Jak się miało okazać – nie tylko oni, a miejscem spotkań i interakcji uwięzionych podróżnych oraz przypadkowych tubylców stał się hotelowy bar w stylu sportowym, „Trophy’s”.
Duszą towarzystwa był oczywiście Shaquille O’Neal, który albo podnosił Marylina Mansona, albo śpiewał melodię z czołówki „Ulicy Sezamkowej” razem z gośćmi, którzy na co dzień wcielali się w Elmo, Oscara, Berta, Ernie’ego czy Wielkiego Ptaka podczas stadionowego show na żywo.
Brian Hill, ówczesny trener Magic z nudów także zszedł do baru i tak wspominał to po latach:
„Zobaczyłem obsadę ‚Ulicy Sezamkowej’, zobaczyłem Marylina Mansona, zobaczyłem weselną imprezę a także zobaczyłem, że są tam wszyscy moi zawodnicy. Bardzo szybko oceniłem, że jest to miejsce, w którym nie powinienem być.”
Pracujący wówczas w sztabie Hilla, Richie Adubato, miał jeszcze ciekawszy osąd sytuacji. Pierwszej nocy, gości obudził alarm pożarowy. Niezdarną ewakuację relacjonował później wieloletni komentator meczów Magic, David Steele:
„Wszyscy wyszli na korytarz, w tym cały zespół Marylina Mansona. W powietrzu wisiał zapach marihuany, a my tłoczyliśmy się na schodach z tymi wszystkimi wytatuowanymi facetami, z kolcami z włosów na głowie, zmierzając do lobby. Richie Adubato, asystent trenera, odwrócił się do mnie i powiedział: ‚myślę, że nie żyjemy, bo jestem prawie pewny, że tak wygląda piekło'”
Ale najwięcej i tak działo się w barze. Trenerzy oficjalnie pozwolili swoim graczom wrzucić na luz, widząc w przymusowej przerwie w ligowej młócce okazję do integracji. Zawodnicy świetnie się w sytuacji odnaleźli. Jon Koncak sytuację opisywał tak:
„Pamiętacie tę scenę z kantyny w ‚Gwiezdnych Wojnach’, z tymi wszystkimi zwierzakami? Tak to właśnie wyglądało. To była strefa mroku. Banda koszykarzy, Ulica Sezamkowa i jakiś gość z zielonymi włosami ubrany jak ponury żniwiarz, palący papierosa za papierosem. Musiałbym mieć kamerę wideo, żeby ktoś mi uwierzył. Nadal próbuję sobie poradzić z tym, co widziałem.”
Jest jeszcze jeden doskonały komentarz do tego zdarzenia – najbardziej upvote’owany komentarz w redditowym wątku poświęconym tej historii – który, co prawda dopiero 15 lat później, doskonale oddaje koloryt sytuacji:

Pozostali komentujący głównie żartowali, że to opis odcinka Scooby Doo lub filmu dla dorosłych, i to także są bardzo adekwatne reakcje.
Shaq nigdy za bardzo nie wchodził w szczegóły tamtego wydarzenia, ale powiedział kiedyś, że pewnego razu napisze książkę pod tytułem „Uwięziony w Allentown”.
Trzymam go za słowo.
